maroko – nad oceanem

24.7.

Wstajemy o 7:00 i ruszamy zwiedzać miasto. W sumie nie ma tu nic specjalnego oprócz starego kazbachu – skupiska małych, glinianych domków, które stanowiły tło dla wielu produkcji filmowych. Gliniane budynki służą jako sceneria egipska, izraelska i mezopotamska. Idziemy na śniadanie w postaci wyśmienitych soków, a następnie na autobus.

Przekraczamy Atlas. Największa wysokość, na której się znajdujemy to około 2000 metrów. Chyba muszę być trochę nienormalny, skoro z uśmiechem na ustach patrzę w kilometrowe przepaśli i bez cienia obawy zachwycam się widokiem. Przecież istnieje kilka możliwości wypadku jadąc autobusem krętymi, wąskimi drogami. Po pierwsze – dobicie do ściany skalnej, po drugie – niewyrobienie z prędkością na zakręcie i spadnięcie w dół, po trzecie – błąd podczas wyprzedzania (tak, tak, na tych krętych i wąskich drogach też wyprzedzają), po czwarte – przygniecenie autobusu przez spadające głazy, po piąte – zderzenie się z innym pojazdem. Mimo wszystko dojeżdżamy bezpiecznie do Marrakeszu. Czekamy godzinę na kolejny transport, a już po trzech trafiamy do Eassaourii.

Przejeżdżając widzimy plantacje arganowca. Owoc, który na nich rośnie upodobały sobie kozy. Często widzi się je obrywające owoce na czubkach drzew. Pestki, które znajdą się w ich odchodach przerabiane są później na olej, mający zastosowanie w wielu dziedzinach, miedzy innymi w kosmetyce. Dla mnie jego zapach przypomina połączenie woni orzeszków ziemnych i oliwy z oliwek. Obecnie w procesie masowej produkcji nie wykorzystuje się niewolniczej pracy kóz, a jedynie specjalną obróbkę chemiczną, co znacznie zwiększa podaż i popularyzuje produkt.

Pierwsze wrażenia z Eassaourii – niebywale chłodno, wieje silny wiatr przynoszący swąd ryb i starego grilla. Ale w końcu to miejscowość portowa. Zatrzymujemy taksówkę, to znaczy konną bryczkę, która nie jest jakąś atrakcją turystyczną, ale najzwyklejszym środkiem transportu w miasteczku. Dowozi nas do hostelu położonego w starym mieście, kilkaset metrów od oceanu. Nie przyjechałem do tego kraju aby odpoczywać, ale po wielu dniach w upale i zmęczeniu cieszę się na widok ładnego miejsca, w którym można się zrelaksować. Jest tu naprawdę przytulnie, aranżacja wnętrza nawiązuje do typowego stylu. Kolorowo, róze w wazonach, sofy z poduszkami, chłodno, w katach małe fontanny. Warto było wydać prawie pięćdziesiąt złotych za nocleg tutaj. Dzisiaj kładziemy się stosunkowo wcześnie, zaraz po kolacji.

25.7.

Rano ruszamy w poszukiwaniu hammamu. Siostra stwierdza, że chce się rozpuścić i wybiera cały pakiet – peeling solny, masaże i jakieś olejki. Ja natomiast wizytę w tym miejscu traktuje bardziej jako nowe doświadczenie i atrakcję, dlatego wybrałem to co najtańsze, czyli peeling czarną solą za 40 dirhamów. Jest naprawdę przyjemnie. Leżąc na ciepłej posadzce pozwalam skórze pęcznieć. Nakładam na ciało mydło arganowe. Po kilkunastu minutach młoda arabka wręcz zdziera ze mnie martwy naskórek i oblewa gorącą wodą by zmyć zmęczenie. Dlaczego trwa to tak krótko? Dwadzieścia minut minęło w mgnieniu oka. Przemierzając szybko zatłoczoną ulicę wracam do hostelu i zasypiam. Siostra wraca odmieniona dwie godziny później i albo paliła haszysz, albo masaż był tak dobry.

Wychodzimy na miasto z zamiarem zjedzenia dobrej ryby. Tuż przy brzegu stoją budki restauracyjne z owocami morza na stałej ekspozycji. Wybieramy dwie ryby, o których cenę solidnie walczyliśmy. Ja od momentu wkroczenia w okolicę tego miejsca nie mogłem wytrzymać. Zapach ryb, ścieków, dym grilla przyprawiał mnie o mdłości. Poczułem się aż tak źle, że nie dokończyłem posiłku, który i tak mi nie odpowiadał. Pędem pobiegłem na molo podstawiając pod nos limonkę.

Fascynacja atlantyckim pejzażem została przerwana przez zaczepki sprzedawców ciastek. To tylko ich kamuflaż, co gdy nie wyraziłem chęci zakupu słodyczy, spytali czy nie mam ochoty zapalić skręta. I tak trzy razy z rzędu. Ostatni nawet zdziwił się po mojej odmowie – „Jesteś na wakacjach i nie zapalisz? To po co tutaj przyjeżdżałeś?” Powaliła mnie logika tego pana.

Po zjedzeniu dwóch ryb dołączyła do mnie siostra. Poszliśmy w końcu na plażę. Typowa, miejska, zatłoczona i głośna. Woda chłodna do tego stopnia, że żadne z nas nie zdecydowało się wejść do niej bardziej niż po kostki. Tak wiec przez dwie godziny leżymy na piasku bagatelizując popołudniowe słońce. Dopiero w hostelu zorientowaliśmy się, że ładnie nas spiekło. Plaża zdominowana przez mężczyzn oczywiście. Kobiety stanowią mniejszość, na palcach można policzyć wyzwolone Marokanki zażywające kąpieli słonecznej, większość zakryła się odpowiednio.

26.7.

Dzień jak poprzedni, może trochę więcej spacerujemy. Idziemy na plaże, pozwalam sobie nawet na wejście po pas do oceanu, ale temperatura wody nadal powstrzymuje mnie od pływania. Chcąc przełamać paranoiczną niechęć do zapachu ryb i całego zgiełku towarzyszącemu przeładunkowi owoców morza, udajemy się do starej części portu. Rybacy przekrzykują się podając konkurencyjne ceny, patroszą zwierzęta, dobijają targu. Nigdy przedtem nie powiedziałbym, że może tu być aż tak kolorowo – ceglaste kraby, cynobrowe homary, pąsowe krewetki, turkusowe płaszczki, jednym słowem cała paleta barw na jednym straganie. Ale nadal śmierdzi.

Jeszcze nigdy w życiu nie piłem tak dobrych soków jak tutaj. Słodkie, wyciskane na miejscu, pełne słońca i bardzo tanie.

Miejscowi chłopcy urządzili sobie zawody – skoki do wody na główkę. Mimo tłumu, nie dostrzegam w tym nic imponującego, zwłaszcza że wysokość nie jest duża, a nieopodal spływają ścieki z kilku rur kanalizacyjnych.

W portowej medinie znajdujemy basztę, przez którą można wyjść na mury. Bardzo przyjemny widok – panorama na miasto oraz wyspy, na jednej znajduje się nawet więzienie. Znów zaczepiają mnie sprzedawcy dobrego towaru. Co ciekawe, jeden pan robi interesy wraz ze swoim synem, którego dumnie przedstawia jako jednego z najlepszych dealerów. Siostra kupuje trzy gramy szafranu za 100 dirhamów. Podejrzewam, że taką samą przyprawę mogłaby dostać w kraju za znacznie niższą cenę.

Ogólne wrażenie po pobycie w tym mieście dobre. Jeśli ktoś planuje wakacje nad wybrzeżem to warto tu przyjechać, zwłaszcza że Eassaourii nie spowiły tłumy turystów.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: