Author Archives: podrozebezscenariusza

indonezja – jak smakuje śmierć

Krótki powrót na Jawę. Przeprawa powolnym promem przez ciemne morze i spokojną noc. Z każdym uderzeniem fal powieki stają się cięższe. Nie pobudza mnie adrenalina, ani wyobrażenia o tajemniczym kraterze przykrytym turkusową połacią. Tym razem niczego sobie nie obiecuję. Przecież nie tak dawno oczekiwania przerodziły się w chorą frustrację. Pozostaję od nich wolny odsuwając myśli o tym co było i co ma dopiero nadejść.

Wulkan Ijen, Jawa, Indonezja

Wokół totalna czerń. Światła samochodu odkrywają tylko skrawek rzeczywistości. Szutrowa droga przez las, gigantyczne paprocie, kałuże popołudniowego deszczu. Powietrze staję się coraz bardziej rześkie od głębokiej nocy i górskiego wiatru. Musimy być niedaleko. Jeszcze kilka godzin temu miałbym problemy z opisaniem uczucia chłodu, teraz zakładam sweter i kurtkę. W oczekiwaniu na przewodnika piję słodką kawę w chacie opalanej drewnem. Dym i wilgotny chłód tworzą mieszankę przypominającą mi o miejscu na drugim końcu świata, sprzed lat.

Na głowę zakładam latarkę, na szyi zawieszam maskę przeciwgazową. Rozpoczynam stromy marsz stawiając pierwsze kroki po omacku. Senne, zwężone źrenice dopiero po chwili zaczynają dostrzegać coś więcej. Uliczne światła zarysowują kontury wyspy, jakby była tylko jarzącą się obręczą pływającą po bezkresnym morzu nocy. Przede mną i za mną dziesiątki latarek pozostałych tułaczy, chaotycznie mruga i pulsuje, przypominając taniec czerwcowych świetlików w wysokiej trawie. Cichy wiatr przynosi zapach wydobywającej się z krateru siarki. Początkowo tylko przeszkadza, później drapie w gardło. Już wiem dlaczego noszenie masek jest tu koniecznością.

Pomimo późnej lub wczesnej godziny, wiele osób pracuje. Lokalni mężczyźni dorabiają wywożąc zagranicznych turystów za szczyt krateru prowizorycznymi tragaczami. Jakkolwiek to brzmi, ta praca i tak jest lepsza i bardziej opłacalna od pracy w biznesie siarkowym. Mijam wielu zmęczonych mężczyzn, którzy zwożą do skupu żółte bryły na metalowych wózkach. Inni wydobywają minerał z samego dna krateru i w koszach zawieszonych na barkach przenoszą go na szczyt. Nie mają masek, ani nawet odpowiedniego obuwia. W niebezpiecznych warunkach zarabiają dziennie mniej niż trzydzieści złotych, jednak chętnych nie brakuje. Jakoś trzeba wyżywić liczną rodzinę. Toksyczne opary powodują, że tylko garstka dożywa czterdziestki. Kolejny raz przenika mnie wdzięczność za życiowe szanse, na które w ogóle nie musiałem zapracować.

Wspinaczka w górę zakończona. Teraz ostrożnie schodzę w dół czując w nozdrzach coraz bardziej intensywny zapach. Potykam się ledwo widząc przez załzawione oczy. Duchota, pogłos syczących gazów ulatniających się gdzieś za plecami i ciemność. Tylko takie piekło mnie przeraża. Zdecydowane machnięcie ręką przewodnika daje znak do postawienia jeszcze kilku kroków. Mamy z bliska przyjrzeć się mistycznym niebieskim płomieniom. Choć widzę je stąd, coś kusi mnie, aby iść dalej. Już żałuję. Opary siarki tłoczą się do maski. Kwaśny osad zalega w gardle i dławi oddech. Niczego nie widzę, nie mam czym oddychać, stopy osuwają się po stromym zboczu. Klaustrofobiczna pułapka paraliżuje wszystkie mięśnie. Nie wiem co dalej robić, brakuje mi tlenu, popadam w panikę. Łzy leją się z podrażnionych oczu i coraz bardziej się duszę. Kiedy to się skończy, jak mogę się wydostać. Ktoś chwyta mnie za rękę i wyprowadza z gęstej chmury. Łapię oddech, głośno i instynktownie, jak dziecko opuszczające łono matki. Mogę przysiąc, że przez chwilę poczułem smak śmierci. Powoli się uspokajam, choć w przełyku nadal pozostają toksyczne opary. Nie mogę się od nich uwolnić, nie pomaga woda, ani jedzone dla zabicia smaku miętówki. Patrząc na łupiących bryły mężczyzn zastanawiam się tylko, czy do tych warunków można przywyknąć. Czy z biegiem czasu wprawiający początkowo w obłęd zapach staje się neutralny dla zmysłów. Zrobię wszystko, bym nie musiał się o tym sam przekonywać.

Jak najszybciej chcę oddalić się od tego miejsca. Z powrotem wchodzę nad krater i czekam na nadejście poranka. Pierwsze promienie słońca odsłaniają widok, którego się tu nie spodziewałem. Czy to możliwe, że pośrodku deszczowego lasu znajduje się namiastka lodowej krainy? Mlecznoniebieskie oko w bezruchu wypełnia ostrą koronę ze skał. Zbocza pokryła jakby cienka warstwa śniegu. Nad całą przestrzenią zapanował arktyczny błękit. Toksyczne opary przemieniły się w niewinną mgłę łagodnie meandrującą pomiędzy konarami, z których już dawno uszło jakiekolwiek życie. Wszystko ma coś z tajemniczości. Nieprzespana noc spowalnia prace neuronów, ten skrawek świata staje się jeszcze bardziej nierzeczywisty.

Kiedy słońce już w pełni ogrzało zziębniętą ziemię, zobaczyłem zupełnie inny obraz. Mogę przysiąc, że byłem w kilku miejscach w przeciągu zaledwie jednego poranka. Wszechobecny błękit i grafit zmienił się w pełną paletę barw, poczynając od ciepłego beżu po wszystkie odcienie miedzi. Dopiero teraz mogłem się dokładnie przyjrzeć strumieniowi gęstych oparów unoszących się z dna krateru. Kłębiący się i siwy jak warkocz sędziwej kobiety. Nawet z oddali ostrzegał przed sobą. Nie mogłem uwierzyć, że niczego nieświadomy zanurzyłem się w nim. Pewnie drugi raz nie odważyłbym się na bliskie spotkanie.

Choć schodziłem tą sama ścieżką, która prowadziła mnie wcześniej na szczyt, dopiero teraz mogłem przyjrzeć się wulkanicznej panoramie wschodniej Jawy. Horyzont przecinają kolejne wyższe lub niższe stożki oblane świeżą zielenią. Spacer w towarzystwie widoku na wulkan Raung stał się tak samo wielką przygodą jak nocna eksploracja krateru.

Z każdym kolejnym metrem w dół powietrze robi się bardziej przyjazne. Nareszcie jest ciepło. Pomimo ciężkich powiek i popękanych od braku snu warg, nadal czuję się w pełni sił. Chciałbym jeszcze coś zobaczyć, albo przynajmniej zacząć spisywać wszystko, co dzisiaj przeżyłem. Rozsiadłem się w aucie i tylko na chwilę zmrużyłem oczy. Obudził mnie dopiero sygnał syreny dobiegający z portu. Wracam na Bali.


indonezja

Wyruszam do Indonezji bez konkretnego planu. Zdaję się na intuicję i los. Mam nadzieję, że doprowadzą mnie do miejsc, o których istnieniu jeszcze nie wiem. Oczekuję niespodzianek, retuszu stworzonego dawno, mglistego obrazu tego kraju – niezliczonych wulkanów, odległych wysp, kawy, zatłoczonych miast, rajskich plaż, zaśmieconych plaż, islamu, ostrych potraw. Z głębi pamięci przebija się echo ostrzegawczych głosów osób, które już kiedyś tutaj były. Wolałbym ich nie słyszeć, ale pomimo usilnych starań ich ignorowania, wpływają na moje wybory, przynajmniej te początkowe.

Więcej tutaj: INDONEZJA

Świątynia Lempuyang, Bali, Indonezja


koniec półrocznej przygody

Byłem gotów na podróż bez scenariusza. Chciałem jej, chciałem przeżyć tę przygodę. Liczyłem na niespodzianki, spodziewałem się mniejszych lub większych trudności. Nie sądziłem jednak, że nie będę mieć wpływu na jej koniec. W obliczu panującego wirusa, każde moje posunięcie staje się błędne. Odwołany lot na Filipiny, zakaz wjazdu do Tajlandii, zamknięta granica w Malezji. Po sześciu miesiącach wracam zatem do kraju. Nie wiem nawet, czy mogę to nazwać powrotem do domu. Wszystko stało się pół na pół, i tak i nie. Paradoksalnie, myślami jestem teraz w miejscach, do których nie udało mi się dotrzeć – na Palawanie, w okolicach Wzgórz Czekoladowych, w Tajpej, w świątyniach w Mandalaj, nad jeziorem Inle.

6 monthsSpodziewałem się, że któregoś dnia nadejdzie moment, kiedy stanę na rozdrożu i będę musiał wybrać jedną z dróg – zostać w jakimś miejscu na dłużej, aby móc zarobić środki do dalszego podróżowania, lub wrócić do kraju i postarać się zacząć życie na nowo. Obecna sytuacja pozbawiła mnie tego dylematu. Zostałem bezradny. Czuje się jakby ktoś gwałtownie wybudził mnie ze snu, w którym śniłem o najlepszych dniach mojego życia. Nie mogę się odnaleźć, nie mogę się z tym pogodzić.

Biorę się w garść, zapominam o ostatnich dwóch tygodniach wypełnionych stresem, niewiadomą, trzaskiem zamykających się granic kolejnych krajów. Mam nadzieję, że sytuacja szybko się unormuje, nie tylko ze względu na egoistyczne pobudki. Ludzie nie powinni egzystować w izolacji, nie powinni umierać w ten sposób, nie powinni żyć w strachu.

Przeżyłem przygodę życia, na którą tak wiele osób nie zdecydowałoby się, mimo chęci spotkania się ze światem. Intymna projekcja wszystkich wspomnień, widoków, rozmów z ludźmi, smaków staje się najlepszym podsumowaniem ostatnich sześciu miesięcy i sposobem na lęk przed powrotem. To nimi będę żyć w najbliższej przyszłości. Nie wahałem się wsiadając do samolotu do Hanoi, nie mogę powiedzieć tego wsiadając do samolotu do Berlina.

Czy się zmieniłem przez ostatnie miesiące? Nie. Zawsze byłem tą samą osobą, zawieszoną miedzy tym co chcę, a tym, co powinienem. Wróciłem do mojego tekstu sprzed sześciu miesięcy, kiedy „rzucałem wszystko”. Jak się okazuje, nie zatęskniłem za leniwymi niedzielami, życie bez konkretnego harmonogramu nie sprawiło mi trudności, całkiem szybko zapomniałem o mieszkaniu, w którym spędziłem ostatnie dziesięć lat. Nie tęskniłem za spotkaniami z rodziną i przyjaciółmi, bo wiedziałem, że radzą sobie dobrze. Nie zmieniłem się, może tylko moje nastawienie uległo zmianie. Nawet inaczej, zobaczyłem, że można żyć mając dystans do życia i do wszystkich tych aspektów, które definiują jego normalność. Zdaje sobie sprawę, że może przez najbliższy czas znajdę się w trybie uwikłanym w częściową rutynę, jednak myśl o tym, że ponownie mogę zostawić wszystko za sobą i wyjechać na dłużej, nastraja mnie optymistycznie. Chwilami jestem z siebie nawet dumny, choć nie zrobiłem niczego szczególnego.

Teraz jak nieprzygotowany uczeń siedzący w ostatniej ławce zostałem wywołany do odpowiedzi. Pytanie jest proste – co dalej? Nie wiem, nie miałem czasu się nad tym poważnie zastanawiać. Wolałem żyć pełnią doświadczeń i skupić się na smakowaniu tej przygody, niż na zapas przejmować się tym, co wydarzy się w przyszłości. Nauczycielami będą ci, którzy w zaparte idą mocno wytartymi ścieżkami. Wiem jakie rady mi dadzą, jakie frazesy skierują do moich uszu. Mam nadzieję, że wystarczy mi odwagi, aby uprzejmie skinąć głową, wsłuchując się jedynie w to, co podpowiada mi wewnętrzny głos.

Trochę dziwnie będzie przestać liczyć łóżka. Skończyłem na 38. W 39 zostanę czternaście nocy, w 40 pewnie kilka tygodni. Nie wiem, gdzie jest to 41, ani ile nocy w nim prześpię. Niczego nie żałuję, niczego nie chciałbym zmienić. Choć nadal nie odnalazłem spokoju, dowiedziałem się jak smakuje dystans do życia.

Niczego nie żałuję.

 

Teksty i zdjęcia z podróży: Jak rzucić wszystkoWietnamLaosMalezja, Brunei, SingapurIndonezjaAustralia

 


australia – highlights


australia – figure 8 pools

Figure 8 Pools, Royal National Park, Australia.
Kiedy niebo staje się nową perspektywą. Pierwsze ujęcia z drona.


indonezja w zdjęciach


indonezja – pod powierzchnią

Choć już kilka razy uprawiałem snorkeling, jeszcze nigdy wcześniej nie miałem okazji, żeby zabrać ze sobą aparat. Kolor, przestrzeń, koralowce. Z każdym przepłyniętym metrem wyłania się całkowicie nowy, zaskakujący podwodny krajobraz. Okolice wyspy Menjangan uchodzą za jedne z najlepszych miejsc w Indonezji do eksploracji osobliwego świata znajdującego się tuż pod powierzchnią. Po kilku godzinach spędzonych na wnikliwej obserwacji, trudno mi się z tym nie zgodzić.

Zmęczony ciągłym przebieraniem rękami i nogami udałem się na chwilę odpocząć na brzeg wyspy. Ku mojemu zaskoczeniu przywitało mnie kilka przyjaznych jeleni oczekujących w zamian jakiegoś smakołyku. Nie udało mi się znaleźć rzetelnej informacji, jak tutaj dotarły, ale ponoć same przypłynęły poszukując lepszego miejsca do życia. Być może pilnują niewielkiej hinduskiej świątyni na tej bezludnej wyspie?


indonezja – praca, wulkan i plantacja

Do Indonezji wyruszyłem bez konkretnego planu. Zdałem się na intuicję i los. Mam nadzieję, że doprowadzą mnie do miejsc, o których istnieniu jeszcze nie wiem. Oczekuję niespodzianek, retuszu stworzonego dawno, mglistego obrazu tego kraju – niezliczonych wulkanów, odległych wysp, kawy, zatłoczonych miast, rajskich plaż, zaśmieconych plaż, islamu, ostrych potraw. Z głębi pamięci przebija się echo ostrzegawczych głosów osób, które już kiedyś tutaj były. Wolałbym ich nie słyszeć, ale pomimo usilnych starań ich ignorowania, wpływają na moje wybory, przynajmniej te początkowe. Jak oswoić się z inną kulturą, niezrozumiałymi czasem zwyczajami, nazwami potraw, sposobem codziennego funkcjonowania? Chyba najlepiej przez pewien czas zostać w miejscu, w otoczeniu lokalnej społeczności, gdzieś na uboczu. Spróbować być cieniem. Tak też robię. Zanim zacznę zmieniać łóżka co kilka dni, pozostanę w jednym przez dwa tygodnie. Gdzieś we wschodniej części Jawy, w anonimowym Blitar, pracując na plantacji kawy.

Nieprzypadkowo wybrałem to miejsce. Kawa towarzyszy mi każdego dnia. Moje teksty są nią nasączone. Na filtrach wypalonych papierosów czuć jej smak. Mobilizuje mnie, wyprowadza z porannego letargu, zmienia przygnębionego lunatyka w wypełnioną entuzjazmem osobę gotową wyjść na scenę codzienności. Jestem raczej pewien, że w ostatniej dekadzie nie zdarzył mi się dzień bez choćby jednego kubka czarnego napoju. Przyszedł czas, aby zobaczyć na własne oczy, jak się ją uprawia i przetwarza, kim są osoby, które pracują podczas zbiorów, czym są ziarna kawy dla właściciela plantacji.

Nie jest łatwo tutaj trafić. Droga ze stacji kolejowej w Blitar wije się pomiędzy niskimi zabudowaniami miasta. Jedynie stożkowata sylwetka wulkanu Kelud wynurzająca się zza horyzontu wyznacza kierunek, jaki należy obrać. Tym razem nie musiałem się martwić o transport, gdyż właściciel zadbał o wszystko. Od momentu przekroczenia żelaznej bramy z napisem „De Karanganjar Koffieplantage Blitar” poczułem, że podjąłem dobrą decyzję. Od samego początku nie można było też nie zauważyć śladów kolonialnej przeszłości tego miejsca, dawnej holenderskiej obecności, ale też łączącego przeszłość i teraźniejszość jawajskiego kolorytu. Jeszcze dobrze nie rozejrzałem się dookoła, a już oprowadzono mnie po biurze, restauracji, magazynie i moim ulubionym budynku – kawiarni. Dla mnie to ona stanowiła serce plantacji, miejsce gdzie trud prawie stu pracowników podawany jest w postaci aromatycznego naparu.

Plantacja już od trzech pokoleń znajduje się w rękach indonezyjskiej rodziny, która przejęła ją po tym, jak Holendrzy opuścili ten region. Każdy kto chce spróbować dobrej kawy i poznać historię wschodniej części Jawy powinien tutaj przyjechać. W kilku niewielkich pawilonach mieszczą się ekspozycje opowiadające o tradycjach, codziennym życiu, przeszłości. Po dawnym budynku mieszkalnym przekształconym w muzeum oprowadzał mnie sam właściciel. Całkowicie zaskoczył mnie, gdy spontanicznie usiadł przed pianinem i zagrał dla mnie polski hymn. Tego się nie spodziewałem i nawet nie wiedziałem jak sobie to wyjaśnić. Jak sam powiedział, Polska znajduje szczególne miejsce w jego sercu. Wymienił całkiem sporo powodów – z Polski pochodził pierwszy wolontariusz, którego gościł i z którym się potem zaprzyjaźnił, podróżował po naszym kraju kilka lat temu, w Warszawie otrzymał nagrodę za wyreżyserowany przez niego film krótkometrażowy, w którym zresztą główną rolę odegrała Polka mówiąca biegle po indonezyjsku. Wtedy zrozumiałem, że spośród ponad 260 milionów Indonezyjczyków, trafiłem na kolegę mojej koleżanki. Teoria „sześciu stopni”, mówiąca o tym, że każdego z nas dzieli maksymalnie sześć kontaktów od dowolnej osoby na świecie najwidoczniej nie jest całkiem zmyślona. W moim przypadku był to nawet jeden kontakt. Świat tylko z pozoru wydaję się być wielki.

Już po pierwszym dniu czułem się jak u siebie, choć nie mogłem zapamiętać wszystkich nowych imion. Praca sprawiała mi tylko przyjemność. W soboty i niedziele starałem się obsługiwać gości w kawiarni najlepiej jak potrafię. Nauczyłem się nawet kilku indonezyjskich zwrotów, aby móc zapewnić serwis na najwyższym poziomie. Całkiem możliwe, że zdarzyło mi się na początku podać nie tę kawę, którą zamówili, ale chyba nikt się nie zorientował. Podchodząc do stolika ze słowami „selamat pagi” w momencie, mimowolnie skupiałem na sobie uwagę. Miałem wrażenie, że oprócz pracy kelnera odgrywam także rolę pewnego rodzaju żywej atrakcji, z którą można zrobić sobie zdjęcie. Nawet nie zliczę na ilu fotografiach się pojawiłem. We wschodniej części Jawy obcokrajowcy nie pojawiają się zbyt często, zwłaszcza w stosunkowo niewielkim Blitar, dlatego też miejscowi chcą choć przez chwilę spędzić z nimi czas. Ja za to mogłem nauczyć się nowych zwrotów.

Cieszyłem się z pracy tutaj. Często przesiadywałem gdzieś w kącie po godzinach popijając mocną kawę. Nie wiem, czy to chwilowe zauroczenie wynikające z samego miejsca i efektu robienia czegoś pierwszy raz, ale zastanawiam się, czy mógłbym podjąć pracę w kawiarni po powrocie z podróży. Całkiem mi się to podobało, lubiłem obsługiwać gości, widzieć uśmiech na ich twarzach, a nawet stać za ladą i myć filiżanki. Być może po przepracowaniu kilku miesięcy, wykonując tę samą czynność dzień w dzień myślałbym inaczej i chwilowe zainteresowanie przerodziłoby się w mało ekscytującą rutynę. Natomiast wiem na pewno, że reakcja otoczenia na taki pomysł byłaby mało motywująca. Już słyszę pytania, co z moim rozwojem, karierą, latami spędzonymi na uczelni, marnowaniem dotychczasowego doświadczenia. Ale czy kilka miesięcy temu, rzucając wszystko, przejąłem się podobnymi uwagami? No właśnie.

Dni powszednie wypełniały rozmaite zajęcia. Od sprzątania magazynów na równi z pozostałymi pracownikami, po brudzenie się w ziemi przygotowując sadzonki kawy. Wspólnie z mieszkającymi po sąsiedzku starszymi kobietami ręcznie selekcjonowaliśmy ziarna, które następnie pomagałem palić w specjalnym piecu. Kiedy wyszło na jaw, czym zajmowałem się wcześniej, zaangażowano mnie także do opracowania nowej strategii komunikacji i ustrukturyzowania działań promocyjnych. Nie poczułem się jednak jak w pracy. Wydawało mi się, że robię coś dla wspólnego celu, jakby dla rodziny. Chciałbym, aby inni, tak jak ja, mogli tu dotrzeć i poczuć tę trudną do opisania, przyjemną atmosferę.

Miałem swój pokój i trzy posiłki dziennie, ale za pracę nie otrzymywałem wynagrodzenia. Dostałem coś więcej – doświadczenie. Każdy etap uprawy i przetwarzania kawy stał się mi bliższy. Pracownicy plantacji zadbali o to, abym poznał cały proces, pozwalając mi podglądać jak wykonują codzienne obowiązki. Któregoś dnia mogłem uczestniczyć w lekcji przyrządzania kawy metodami, o których wcześniej nawet nie słyszałem. Kiedy indziej nauczono mnie podstaw degustacji kawy i rozróżniania smaków. Nie udało mi się jedynie uczestniczyć w zbiorach, czyli chyba w najważniejszym etapie całego procesu. Ziarna będą dojrzałe dopiero za kilka miesięcy, w okolicach czerwca lub lipca. Stopniowa zmiana koloru strączków z zielonego na czerwony, da znak do zbliżającego się rozpoczęcia żniw.

Plantację w Blitar odróżnia od innych miejsc przywiązanie do tradycji. Nadal kultywuje się tutaj jawajskie rytuały obwieszczające ten szczególny czas. Oprócz procesji po plantacji, śpiewów, odświętnych strojów, przeprowadza się także ceremoniał małżeństwa ziaren kawy. Tak, ziarna są ze sobą łączone przysięgą, a ludzie zbierają się na symbolicznym weselu obfitującym w rozmaite dania. Choć sama nazwa może wydawać się absurdalna, to tradycja ta ma wymiar symboliczny i praktyczny. Dawała sygnał do rozpoczęcia prac, zbierała ludzi, integrowała ich przed rozpoczęciem żmudnej pracy. Wypowiadane słowa były niejako modlitwą o pomyślne zbiory i pomnożenie plonów w przyszłości. Przez kultywowanie podobnych obrządków dostrzegam także pewien wyraz szacunku dla plonów ziemi. Nie są traktowane wyłącznie jak anonimowy półprodukt na sprzedaż, a owoc, dzięki któremu można utrzymać rodzinę. Z opowiadań właściciela wiem, że niestety to ostatnie miejsce, w którym się o tym pamięta.

Plantacja obejmuje obszar ponad 200 hektarów i nie sposób obejść ją w jeden dzień. Krzewy Robusty schowane są w cieniu wysokich drzew duriana, zarośnięte trawą, wtapiające się w tło. Nie tworzą tak malowniczego obrazka jak równo przycięte herbaciane rządki albo tarasowe pola ryżowe, jednak lubiłem przechadzać się dzikimi ścieżkami przeplatającymi plantację i wpatrywać się w oddalony gdzieś wulkan Kelud. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę w takim miejscu, i to na dłużej, bez konieczności dzielenia się przestrzenią z innymi. Kilka razy udało mi się nawet dotrzeć na peryferie upraw przemierzając rozległy obszar na quadzie. To kolejna rzecz, której nie robiłem nigdy wcześniej.

I tak z planowanych na początku dwóch tygodni, zostałem trzy. Nawet nie wiem, jak szybko upłynął ten czas. Pożegnałem się z każdym pracownikiem, z którym codziennie wymieniałem życzliwe uśmiechy. Spakowałem plecak, ale nie byłem gotowy do wyjazdu. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że kolejny tydzień przerodziłby się w miesiąc. A wiem, że zostało jeszcze tyle do zobaczenia. Przez te trzy tygodnie Indonezja stała się dla mnie bliższa. Nie słyszę już ostrzegawczych głosów.

Strona: http://www.keboenkopikaranganjar.com/en/


malezja, brunei, singapur

Przez pierwsze dni pozwalam sobie po prostu być. Chodzę całkowicie bez celu, nie sprawdzam lokalizacji atrakcji na mapie, nie patrzę na zegarek, nie tworzę planu. Wsłuchuję się tylko w historie opowiadane przez anonimowe ulice i czytam dzieje miasta z fasad starych, kolorowych budynków. Atmosfera dawnej świetności i współczesnej bohemy wychyla się z każdego rogu. Czasami się gubię i kilkukrotnie mijam ten sam punkt. Metodą prób i błędów staram się odnaleźć ulubione smaki.

Więcej tutaj: MALEZJA, BRUNEI, SINGAPUR

Mural "Dzieci na rowerze", George Town, Penang, Malezja


to nie ostateczne podsumowanie

Wietnam, Laos, Malezja, Brunei, Singapur. Tak wyglądała moja trasa, planowana czasami z dnia na dzień. Trzeci miesiąc podróży dobiegł końca. Nie wiem ile kilometrów przebyłem. Obliczenia, statystyki i rachunek sumienia zostawiam na później, kiedy będę żyć wspomnieniami i z nostalgią oglądać zdjęcia. Wiem tylko, że od momentu wyruszenia z domu spałem w 25 łóżkach. W samej Malezji spałem w 11, nie licząc foteli w autobusach. W łóżku z bambusa spędziłem 14 nocy. Teraz czas na Indonezję. Co dalej? Nie jestem pewien. I to jest najlepsze.

Trasa podróży po trzech miesiącach