Author Archives: podrozebezscenariusza

praca, wulkan i plantacja

Do Indonezji wyruszyłem bez konkretnego planu. Zdałem się na intuicję i los. Mam nadzieję, że doprowadzą mnie do miejsc, o których istnieniu jeszcze nie wiem. Oczekuję niespodzianek, retuszu stworzonego dawno, mglistego obrazu tego kraju – niezliczonych wulkanów, odległych wysp, kawy, zatłoczonych miast, rajskich plaż, zaśmieconych plaż, islamu, ostrych potraw. Z głębi pamięci przebija się echo ostrzegawczych głosów osób, które już kiedyś tutaj były. Wolałbym ich nie słyszeć, ale pomimo usilnych starań ich ignorowania, wpływają na moje wybory, przynajmniej te początkowe. Jak oswoić się z inną kulturą, niezrozumiałymi czasem zwyczajami, nazwami potraw, sposobem codziennego funkcjonowania? Chyba najlepiej przez pewien czas zostać w miejscu, w otoczeniu lokalnej społeczności, gdzieś na uboczu. Spróbować być cieniem. Tak też robię. Zanim zacznę zmieniać łóżka co kilka dni, pozostanę w jednym przez dwa tygodnie. Gdzieś we wschodniej części Jawy, w anonimowym Blitar, pracując na plantacji kawy.

Nieprzypadkowo wybrałem to miejsce. Kawa towarzyszy mi każdego dnia. Moje teksty są nią nasączone. Na filtrach wypalonych papierosów czuć jej smak. Mobilizuje mnie, wyprowadza z porannego letargu, zmienia przygnębionego lunatyka w wypełnioną entuzjazmem osobę gotową wyjść na scenę codzienności. Jestem raczej pewien, że w ostatniej dekadzie nie zdarzył mi się dzień bez choćby jednego kubka czarnego napoju. Przyszedł czas, aby zobaczyć na własne oczy, jak się ją uprawia i przetwarza, kim są osoby, które pracują podczas zbiorów, czym są ziarna kawy dla właściciela plantacji.

Nie jest łatwo tutaj trafić. Droga ze stacji kolejowej w Blitar wije się pomiędzy niskimi zabudowaniami miasta. Jedynie stożkowata sylwetka wulkanu Kelud wynurzająca się zza horyzontu wyznacza kierunek, jaki należy obrać. Tym razem nie musiałem się martwić o transport, gdyż właściciel zadbał o wszystko. Od momentu przekroczenia żelaznej bramy z napisem „De Karanganjar Koffieplantage Blitar” poczułem, że podjąłem dobrą decyzję. Od samego początku nie można było też nie zauważyć śladów kolonialnej przeszłości tego miejsca, dawnej holenderskiej obecności, ale też łączącego przeszłość i teraźniejszość jawajskiego kolorytu. Jeszcze dobrze nie rozejrzałem się dookoła, a już oprowadzono mnie po biurze, restauracji, magazynie i moim ulubionym budynku – kawiarni. Dla mnie to ona stanowiła serce plantacji, miejsce gdzie trud prawie stu pracowników podawany jest w postaci aromatycznego naparu.

Plantacja już od trzech pokoleń znajduje się w rękach indonezyjskiej rodziny, która przejęła ją po tym, jak Holendrzy opuścili ten region. Każdy kto chce spróbować dobrej kawy i poznać historię tej części Jawy powinien tutaj przyjechać. W kilku niewielkich pawilonach mieszczą się ekspozycje opowiadające o tradycjach, codziennym życiu, przeszłości. Po dawnym budynku mieszkalnym przekształconym w muzeum oprowadzał mnie sam właściciel. Całkowicie zaskoczył mnie, gdy spontanicznie usiadł przed pianinem i zagrał dla mnie polski hymn. Tego się nie spodziewałem i nawet nie wiedziałem jak sobie to wyjaśnić. Jak sam powiedział, Polska znajduje szczególne miejsce w jego sercu. Wymienił całkiem sporo powodów – z Polski pochodził pierwszy wolontariusz, którego gościł i z którym się potem zaprzyjaźnił, podróżował po naszym kraju kilka lat temu, w Warszawie otrzymał nagrodę za wyreżyserowany przez niego film krótkometrażowy, w którym zresztą główną rolę odegrała Polka mówiąca biegle po indonezyjsku. Wtedy zrozumiałem, że spośród ponad 260 milionów Indonezyjczyków, trafiłem na kolegę mojej koleżanki. Teoria „sześciu stopni”, mówiąca o tym, że każdego z nas dzieli maksymalnie sześć kontaktów od dowolnej osoby na świecie najwidoczniej nie jest całkiem zmyślona. W moim przypadku był to nawet jeden kontakt. Świat tylko z pozoru wydaję się być wielki.

Już po pierwszym dniu czułem się jak u siebie, choć nie mogłem zapamiętać wszystkich nowych imion. Praca sprawiała mi tylko przyjemność. W soboty i niedziele starałem się obsługiwać gości w kawiarni najlepiej jak potrafię. Nauczyłem się nawet kilku indonezyjskich zwrotów, aby móc zapewnić serwis na najwyższym poziomie. Całkiem możliwe, że zdarzyło mi się na początku podać nie tę kawę, którą zamówili, ale chyba nikt się nie zorientował. Podchodząc do stolika ze słowami „selamat pagi” w momencie, mimowolnie skupiałem na sobie uwagę. Miałem wrażenie, że oprócz pracy kelnera odgrywam także rolę pewnego rodzaju żywej atrakcji, z którą można zrobić sobie zdjęcie. Nawet nie zliczę na ilu fotografiach się pojawiłem. We wschodniej części Jawy obcokrajowcy nie pojawiają się zbyt często, zwłaszcza w stosunkowo niewielkim Blitar, dlatego też miejscowi chcą choć przez chwilę spędzić z nimi czas. Ja za to mogłem nauczyć się nowych indonezyjskich zwrotów.

Cieszyłem się z pracy tutaj. Często przesiadywałem gdzieś w kącie po godzinach popijając mocną kawę. Nie wiem, czy to chwilowe zauroczenie wynikające z samego miejsca i efektu robienia czegoś pierwszy raz, ale zastanawiam się, czy mógłbym podjąć pracę w kawiarni po powrocie z podróży. Całkiem mi się to podobało, lubiłem obsługiwać gości, widzieć uśmiech na ich twarzach, a nawet stać za ladą i myć filiżanki. Być może po przepracowaniu kilku miesięcy, wykonując tę samą czynność dzień w dzień myślałbym inaczej i chwilowe zainteresowanie przerodziłoby się w mało ekscytującą rutynę. Natomiast wiem na pewno, że reakcja otoczenia na taki pomysł byłaby mało motywująca. Już słyszę pytania, co z moim rozwojem, karierą, latami spędzonymi na uczelni, marnowaniem dotychczasowego doświadczenia. Ale czy kilka miesięcy temu, rzucając wszystko, przejąłem się podobnymi uwagami? No właśnie.

Dni powszednie wypełniały rozmaite zajęcia. Od sprzątania magazynów na równi z pozostałymi pracownikami, po brudzenie się w ziemi przygotowując sadzonki kawy. Wspólnie z mieszkającymi po sąsiedzku starszymi kobietami ręcznie selekcjonowaliśmy ziarna, które następnie pomagałem palić w specjalnym piecu. Kiedy wyszło na jaw, czym zajmowałem się wcześniej, zaangażowano mnie także do opracowania nowej strategii komunikacji i ustrukturyzowania działań promocyjnych. Nie poczułem się jednak jak w pracy. Wydawało mi się, że robię coś dla wspólnego celu, jakby dla rodziny. Chciałbym, aby inni, tak jak ja, mogli tu dotrzeć i poczuć tę trudną do opisania, przyjemną atmosferę.

Miałem swój pokój i trzy posiłki dziennie, ale za pracę nie otrzymywałem wynagrodzenia. Dostałem coś więcej – doświadczenie. Każdy etap uprawy i przetwarzania kawy stał się mi bliższy. Pracownicy plantacji zadbali o to, abym poznał cały proces, pozwalając mi podglądać jak wykonują codzienne obowiązki. Któregoś dnia mogłem uczestniczyć w lekcji przyrządzania kawy metodami, o których wcześniej nawet nie słyszałem. Kiedy indziej nauczono mnie podstaw degustacji kawy i rozróżniania smaków. Nie udało mi się jedynie uczestniczyć w zbiorach, czyli chyba w najważniejszym etapie całego procesu. Ziarna będą dojrzałe dopiero za kilka miesięcy, w okolicach czerwca lub lipca. Stopniowa zmiana koloru strączków z zielonego na czerwony, da znak do zbliżającego się rozpoczęcia żniw.

Plantację w Blitar odróżnia od innych miejsc przywiązanie do tradycji. Nadal kultywuje się tutaj jawajskie rytuały obwieszczające ten szczególny czas. Oprócz procesji po plantacji, śpiewów, odświętnych strojów, przeprowadza się także ceremoniał małżeństwa ziaren kawy. Tak, ziarna są ze sobą łączone przysięgą, a ludzie zbierają się na symbolicznym weselu obfitującym w rozmaite dania. Choć sama nazwa może wydawać się absurdalna, to tradycja ta ma wymiar symboliczny i praktyczny. Dawała sygnał do rozpoczęcia prac, zbierała ludzi, integrowała ich przed rozpoczęciem żmudnej pracy. Wypowiadane słowa były niejako modlitwą o pomyślne zbiory i pomnożenie plonów w przyszłości. Przez kultywowanie podobnych obrządków dostrzegam także pewien wyraz szacunku dla plonów ziemi. Nie są traktowane wyłącznie jak anonimowy półprodukt na sprzedaż, a owoc, dzięki któremu można utrzymać rodzinę. Z opowiadań właściciela wiem, że niestety to ostatnie miejsce, w którym się o tym pamięta.

Plantacja obejmuje obszar ponad 200 hektarów i nie sposób obejść ją w jeden dzień. Krzewy Robusty schowane są w cieniu wysokich drzew duriana, zarośnięte trawą, wtapiające się w tło. Nie tworzą tak malowniczego obrazka jak równo przycięte herbaciane rządki albo tarasowe pola ryżowe, jednak lubiłem przechadzać się dzikimi ścieżkami przeplatającymi plantację i wpatrywać się w oddalony gdzieś wulkan Kelud. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę w takim miejscu, i to na dłużej, bez konieczności dzielenia się przestrzenią z innymi. Kilka razy udało mi się nawet dotrzeć na peryferie upraw przemierzając rozległy obszar na quadzie. To kolejna rzecz, której nie robiłem nigdy wcześniej.

I tak z planowanych na początku dwóch tygodni, zostałem trzy. Nawet nie wiem, jak szybko upłynął ten czas. Pożegnałem się z każdym pracownikiem, z którym codziennie wymieniałem życzliwe uśmiechy. Spakowałem plecak, ale nie byłem gotowy do wyjazdu. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że kolejny tydzień przerodziłby się w miesiąc. A wiem, że zostało jeszcze tyle do zobaczenia. Przez te trzy tygodnie Indonezja stała się dla mnie bliższa. Nie słyszę już ostrzegawczych głosów.

Strona: http://www.keboenkopikaranganjar.com/en/


malezja, brunei, singapur

Przez pierwsze dni pozwalam sobie po prostu być. Chodzę całkowicie bez celu, nie sprawdzam lokalizacji atrakcji na mapie, nie patrzę na zegarek, nie tworzę planu. Wsłuchuję się tylko w historie opowiadane przez anonimowe ulice i czytam dzieje miasta z fasad starych, kolorowych budynków. Atmosfera dawnej świetności i współczesnej bohemy wychyla się z każdego rogu. Czasami się gubię i kilkukrotnie mijam ten sam punkt. Metodą prób i błędów staram się odnaleźć ulubione smaki.

Więcej tutaj: MALEZJA, BRUNEI, SINGAPUR

Mural "Dzieci na rowerze", George Town, Penang, Malezja


to nie ostateczne podsumowanie

Wietnam, Laos, Malezja, Brunei, Singapur. Tak wyglądała moja trasa, planowana czasami z dnia na dzień. Trzeci miesiąc podróży dobiegł końca. Nie wiem ile kilometrów przebyłem. Obliczenia, statystyki i rachunek sumienia zostawiam na później, kiedy będę żyć wspomnieniami i z nostalgią oglądać zdjęcia. Wiem tylko, że od momentu wyruszenia z domu spałem w 25 łóżkach. W samej Malezji spałem w 11, nie licząc foteli w autobusach. W łóżku z bambusa spędziłem 14 nocy. Teraz czas na Indonezję. Co dalej? Nie jestem pewien. I to jest najlepsze.

Trasa podróży po trzech miesiącach


why bamboo?

Przez dwa tygodnie moje życie kręciło się wokół bambusa. Jeździłem na bambusowym rowerze, spałem w bambusowym łóżku, relaksowałem się w bambusowym fotelu, nawet jadłem bambusa na bambusowym stole. Podróżując po Malezji postanowiłem zatrzymać się w jednym miejscu na dłużej i zdobyć doświadczenie w czymś, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Ja, człowiek zza biurka, pracowałem w warsztacie bambusa.

Jeszcze przed przyjazdem do Azji wiedziałem, że chcę zagłębić się w prowincji, poznać jej mieszkańców i wspólnie z nimi pracować. Bambusowy warsztat, gdzieś w nic nie mówiącym mi Sungai Siput wydawał się być odpowiednim miejscem. Nie ukrywam, iż miałem pewne obawy, bo pierwszy raz zdecydowałem się na tego typu wolontariat. Zastanawiałem się też, czy poradzę sobie fizycznie. Szybko okazało się, że jestem w stanie wykonywać zadania, o których istnieniu przedtem nie wiedziałem, a co więcej, że radziłem sobie z nimi całkiem dobrze. Jeszcze nigdy wcześniej nie dzieliłem bambusa na podłużne części specjalnym klinem, nie plotłem ścianki, nie strugałem maczetą bambusowych prętów, nie wylewałem fundamentów, nie stawiałem ściany z gliny. Odkryłem w sobie nowe pokłady umiejętności, w pewnym rodzaju pierwotne, gdzieś schowane za fasadą współczesnego obycia.

Od pierwszego momentu poczułem się tutaj dobrze, jakbym przyjechał do właściwego miejsca. Mój bambusowy pokój znajdował się tuż nad warsztatem. Oprócz łóżka i prysznica z zimną wodą nie miałem nic, ale też niczego więcej nie oczekiwałem. O posiłki musiałem troszczyć się sam. Nie byłem jedynym wolontariuszem, jednak każdy wolał gotować indywidualnie. Zatem co drugi dzień odwiedzałem lokalne stoisko przy drodze, w którym kupowałem całą masę owoców i warzyw za zaledwie kilka ringitów. Następnie w skromnej kuchni pod palmą przyrządzałem posiłek na bazie klusek lub ryżu, słodkiego sosu sojowego i zdobytych rankiem warzyw. Podczas gotowania nie można było się oddalić ani na moment, gdyż wścibskie małpy co rusz zaglądały do środka, aby uszczknąć coś dla siebie. Siedząc w cieniu świeżej zieleni, pozytywnie zmęczony wykonanymi zadaniami, cieszyłem się posiłkiem i obecnością w tej bambusowej oazie.

Ahmad, właściciel warsztatu i kilku bambusowych domków, które turyści mogą wynająć, zainspirował mnie swoją pasją i wizją, jaka mu przyświeca – powrócić do bambusa, nadać mu nowe znaczenie. Tradycja budowania domów z bambusa w Malezji została praktycznie całkowicie zapomniana. Tylko gdzieś w oddalonych od wielkich miast wioskach, czasami konstruuje się liche kurniki lub szopy na narzędzia. Przed laty bambus, trwały, szybko rosnący i właściwie darmowy materiał, wykorzystywany był powszechnie. Używali go nie tylko zwykli ludzie, bowiem niejednokrotnie bambusowe elementy można było spotkać w monarszych rezydencjach. Kilka tygodni przed moim przyjazdem do Sungai Siput, w położonym niedaleko Kuala Kangsar zakończyła się renowacja królewskiej rezydencji, w której znajduje się obecnie Muzeum Perak. Wiele z jego odnowionych elementów, przede wszystkim bambusowe plecione ściany powstały w warsztacie Ahmada. Parę lat temu Ahmad z własnej inicjatywy zaprojektował i wybudował bambusowy meczet, który może pomieścić nawet pięciuset wiernych. Wszystkie działania podejmowane przez niego mają z czasem zmienić postrzeganie bambusa jako materiału taniego, niepraktycznego, przeznaczonego dla biednych w materiał przyszłości, ekologiczny, estetyczny i trwały.

Miałem szczęście, że w czasie mojego wolontariatu Ahmad zorganizował pięciodniowe seminarium dla osób chcących pogłębić swoją wiedzę w zakresie wykorzystywania bambusa w budownictwie. W wydarzeniu wzięło udział blisko czterdzieści osób – budowlańcy, architekci, przedsiębiorcy. Po dniu spędzonym w sali konferencyjnej, wszyscy na równi musieli zakasać rękawy i rozpocząć budowę niewielkiej altanki. Na fundamentach przygotowanych przez naszą grupę wolontariuszy, w szybkim tempie zaczął pojawiać się zarys konstrukcji. Po kilku godzinach wymierzone wcześniej przeze mnie bambusowe pale stały już na swoim miejscu. Następnego dnia przyszedł czas na uformowanie glinianego murku, a później na pokrycie dachu i ułożenie ściany z plecionych paneli. Progres widać było z minuty na minutę, czasami tylko deszcz spowalniał pracę. Ostatniego dnia mogliśmy cieszyć się z praktycznie całkowicie ukończonej altanki, do której mieszkańcy wioski mogą teraz przyjść, usiąść i miło spędzić czas. Ahmad postanowił postawić altankę tuż za ogrodzeniem. Ułatwi to mieszkańcom korzystanie z niej, a jednocześnie zwróci uwagę malezyjskich turystów zmierzających tą trasą do popularnego Kuala Kangsar. Kto wie, czy ktoś nie zainspiruje się tym pomysłem, a sama idea budowy domów z bambusa nie znajdzie szerszego grona zwolenników.

Ahmad twierdzi, że z bambusa można zrobić wszystko. Całkowicie się z nim zgadzam, zwłaszcza po tym jak zobaczyłem choćby głośnik do telefonów, kask, elektryczną gitarę i masę innych instrumentów muzycznych, oczywiście wykonanych z bambusa. Przy odrobinie wprawy każdy może wybudować nawet bambusowy dom, a materiał potrzebny do jego powstania pozyskać samodzielnie. Nie wykluczam powrotu do tego miejsca. Choć praca była czasami męcząca, nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłem w warsztacie. Już teraz zastanawiam się, jak przenieść bambusową ideę na polski grunt. Kto słyszał o wiklinie?

Strona: https://bamboojungleadventures.com/

Jak wygląda życie w niewielkiej malezyjskiej wiosce? Całkowicie zwyczajnie, spokojnie, bez nadmiernych zmartwień, ale też bez wielu udogodnień, do których się przyzwyczailiśmy. Wioska liczy zaledwie kilkaset mieszkańców. Już pierwszego dnia dokładnie wiedzieli, gdzie się zatrzymałem i co tutaj robię, a po kilku kolejnych praktycznie każdy potrafił powiedzieć skąd pochodzę. Ustalonego od lat rytmu życia nikt nie zamierza zmienić. Rano kawa i roti w przydrożnej budce, później codzienne obowiązki, popołudniu palenie śmieci, a o zmierzchu wizyta w meczecie. W piątki wszyscy zmierzają do centrum wioski na nocny targ, gdzie można zwyczajnie poplotkować z sąsiadami, kupić słodycze, proste dania i podstawowe produkty na resztę tygodnia. W soboty zwykle odbywają się wesela, na które nie trzeba mieć zaproszenia, aby czuć się mile widzianym. W niedziele wszyscy zmierzają na obrzeża miejscowości, gdzie po obu stronach głównej szosy rozkładane są namioty z rozmaitościami. Można dostać tu praktycznie wszystko, choć ja najchętniej odwiedzałem stanowiska ze słodyczami, świeżo prażonymi orzechami i smażonymi grzybami. Niedzielny targ sprawiał wrażenie wielkiego festynu po spędzeniu choćby kilku dni w tej sennej wiosce. Nie ukrywam, że sam nie mogłem się go doczekać.

Jak wygląda życie w niewielkiej malezyjskiej wiosce? Życie tutaj nie należy do tych najbardziej ekscytujących. Pomimo tego nawet podczas porannej przejażdżki rowerem, kupując kokosowe przysmaki na piątkowym targu, czy witając się serdecznie z nieznajomymi sąsiadami czułem się dobrze. Chyba nawet byłem szczęśliwy. Szczęśliwy nie mając konkretnego powodu.


malezja w zdjęciach


singapur – pozdrowienia z przyszłości

Trafiłem do przyszłości. Rozglądam się tylko dookoła i kwestionuję autentyczność tego miejsca. Całkowicie zamilkłem, pisanie straciło sens. Pewnie mieszkańcy posługują się tutaj zupełnie inną formą komunikacji, a nowo przybyli muszą się jej dopiero nauczyć. Nie mogło mi przecież odebrać mowy. Czy to możliwe, aby tak od razu poddać się urokowi tej urbanistycznej utopii?

Singapur, Gardens by the Bay

 

Paradoksalnie, nowoczesność i ultrawspółczesne wibracje pozwalają mi sobie wyobrazić, jak wyglądały kosmopolityczne i potężne miasta-państwa starożytności. Jakie reakcje musiały wywoływać w umysłach przybywających z prowincjonalnych stron świata kupców, przedstawicieli inteligencji i posłów. Oszołomieni bogactwem i niespotykanym wcześniej poziomem życia, snuli opowieści o odległych, wręcz baśniowych krainach. Opowieści z czasem przekształcały się w legendy, a te zakorzeniły się gdzieś w zbiorowej świadomości i zostały z nami do dzisiaj. Przemierzając na pozór zwyczajne ulice dzielnicy biznesowej, odnajduję babilońskie wiszące ogrody Semiramidy.

Porównanie samo nasuwa się na myśl. Zieleń została umiejętnie i artystycznie wpleciona w fasady budynków, wypełnia betonowe balkony i okazale wieńczy niejeden szklany wieżowiec. Nie jest jedynie formą dodatkowej dekoracji, a integralną częścią konstrukcji, dopełnieniem wizji, niezbędnym elementem. Czasami można odnieść wrażenie, że ktoś kunsztownie, z pełnym namaszczeniem wyjął rośliny wprost z tropikalnego lasu i wkomponował w miejską surowość. Wszystko ze sobą współgra. Dodatkowo te rozległe parki, liczne skwery i aleje drzew oferujących przyjemny cień asfaltowym ulicom, pozwalają miastu spokojnie oddychać. Nic też dziwnego, że sprowadzają się tutaj przybysze z całego świata.

W lepszych lub gorszych filmach, których akcja dzieje się w przyszłości, często społeczeństwa nie tworzą spójnej całości. Ludność kumuluje się w wyodrębnionych grupach, charakteryzujących się odmiennymi zwyczajami, sposobem ubierania się, mową, a nawet wyglądem fizycznym. Granice są dosyć mocno zarysowane. Dzielnice Singapuru, jak terytoria współczesnych plemion, przypominają mi te stworzone na potrzeby fabuły społeczności. Plemię Chinatown, Małych Indii, Arabskie. Pomimo przebytych kilometrów i minionych lat, wszystkim z nich udało się zachować rodzime tradycje. Każdy chce odtworzyć pewną cząstkę domu, nawiązać relację z pobratymcami, którzy w razie konieczności będą w stanie podać pomocną dłoń.

Nawet z zasłoniętymi oczami można rozpoznać aktualną lokalizację. Zapachy przypraw, kwiatów, kadzideł, potraw potrafią prowadzić niczym kompas. Dźwięki wydobywające się z restauracji, czy pobliskich miejsc kultu też są pomocne. Centrum stanowi strefę uniwersalną, neutralną, gdzie wszyscy porozumiewają się tym samym językiem i przestrzegają tych samych zasad. Staram się do nich dołączyć i nie rzucać za bardzo w oczy. Z każdej perspektywy przyglądam się współczesnej architekturze. Analizuję wielowymiarowe znaczenie i potencjalny wydźwięk. Wstrzymuję oddech przy Muzeum Sztuki i Nauki, oddając hołd prostocie, lekkości i plastyczności przypominającej techniczny kwiat konstrukcji. Przekonuję się do monumentalnego hotelu nad zatoką, choć pewnie jeszcze długo nie będzie mi dane zobaczyć miasto z jego imponującego tarasu na dachu. Spaceruję wokół koron futurystycznych drzew, które przypominają bardziej układ scalony niż gałęzie. Powracam do centrum wieczorem, aby na nowo spojrzeć na rozświetlone jutro.

Singapur mnie nie pochłonął, nie przygniótł, nie stłamsił. Niektóre wielkie metropolie oferując mnogość atrakcji i możliwości, zabierają w zamian cząstkę ludzkiej energii. Na szczęście tak się nie stało tym razem. Odwiedzając kolejne miejsca, utwierdzam się w przekonaniu, że zamiast stali i betonu, głównym budulcem Singapuru są ambicja, determinacja i dyscyplina. Jednocześnie nikt nie stara się niczego udowadniać, kontynuując tylko obrany wcześniej kierunek. Nie słyszę krzyków najwyższych budynków na świecie, największych centów handlowych, najdroższych hoteli. Znacznie ważniejsza stała się edukacja, zrównoważony rozwój, dbałość o zachowanie relacji z naturą na tym niewielkim skrawku ziemi. Czasami tylko się obawiam, że pod naporem wysokich wież, wyspa zanurzy się całkowicie pod morską taflą i podzieli losy mitycznej Atlantydy.

Fort Canning Park. Gardens by the Bay. Merlion. Marina Bay Sands. Esplanade – Theatres by the Bay. Muzeum Sztuki i Nauki. Most Helix. Meczet Sułtana. Świątynia Zęba Buddy. Chinatown.


brunei darussalam – egzotyka monarchii absolutnej

Meczet Omar Ali Saifuddin, Bandar Seri Begawan

Będąc tak blisko mało popularnego wśród turystów Brunei Darussalam, postanowiłem nie zmarnować okazji i udać się tam na kilka dni. Chciałem podejrzeć, jak żyje się w jednym z najbogatszych krajów na świecie, wśród islamskich reguł i rozkazów wydawanych od panującego od kilku już dekad monarchy. Prawdopodobnie w najbliższej przyszłości nie będę miał tej możliwości, dlatego też długo się nie zastanawiałem.

Podróż autobusem z malezyjskiego Kota Kinabalu zajęła około dziesięciu godzin. Pokonywanie trasy lądem jest o tyle kłopotliwe, że granicę należy przekroczyć aż cztery razy. Pierwsza to granica między dwoma malezyjskimi stanami Sabah oraz Sarawak, trzy kolejne to granice między Malezją a Brunei. Przyzwyczajeni jesteśmy, że podczas podróży do jakiegoś kraju, granice pokonujemy tylko raz. Ze względu na fakt, że niewielki obszar terytorium Brunei oddzielony jest od jego głównej części, a droga prowadzi właśnie przez niego, nie ma innego wyjścia. Ciągłe postoje w punktach kontrolnych i kolejne pieczątki w paszporcie spowodowały, że całkowicie straciłem rachubę. W pewnym momencie nie wiedziałem już gdzie jestem i ile przepraw przez granicę jeszcze mnie czeka. Przywitany obfitym deszczem, nawet nie rozglądałem się dookoła, chcąc jak najszybciej znaleźć zlokalizowany poza centrum hostel. Zwiedzanie pozostawiłem na kolejny dzień.

Nie licząc kopuły meczetu Omar Ali Saifuddin, Bandar Seri Begawan wcale nie ocieka złotem. Ku mojemu zaskoczeniu, przede mną wyłonił się obraz niewielkiego prowincjonalnego miasteczka zamkniętego w architekturze z lat 70. minionego stulecia. Nie czuję się onieśmielony bogactwem zbudowanym na złożach ropy, bo nie można go dostrzec chodząc po ulicach centrum. Ktoś musiał go skrzętnie ukryć. Podejrzenie pada na sułtana i jego świtę, choć w obawie przed karą więzienia za znieważenie monarchy nie mówię tego głośno.

Życie toczy się spokojnie, ruch samochodowy jest niewielki. Wzdłuż zadbanych ulic centrum, w niewielkich restauracjach można odnaleźć smaki Indii, Bliskiego Wschodu i oczywiście Malezji. Aby okazać szacunek i swobodnie wchodzić do meczetów założyłem długie spodnie. Prawdopodobnie byłem jedynym turystą, który tak postąpił. Sami mieszkańcy swobodnie podchodzą do kwestii ubioru, a sprzyja temu wielokulturowość miasta.

Najciekawszym miejscem w całej stolicy i chyba w całym kraju jest Kampong Ayer. Rozciągający się wzdłuż rzeki Brunei zespół wiosek, których domy unoszą się na palach tuż nad wodą, łączą kilometry przecinających się ze sobą drewnianych pomostów. Cały obszar zamieszkuje około 9 tysięcy osób, rozsianych po 30 wioskach, stanowiąc samowystarczalny organizm, w którym można znaleźć meczet, szkołę, sklepy, generalnie wszystko to, co w każdej innej dzielnicy. Pomimo kilkusetletniej historii i portowej tradycji, władze i mieszkańcy wcale nie są dumni z „pływającej wioski”. Nie chcą, aby jedno z najbogatszych krajów na świecie było postrzegane przez pryzmat skromnych drewnianych domów, w których z trudem łączy się koniec z końcem. Dla mnie było to jedno z bardziej autentycznych doświadczeń. Początkowo miałem obawy, że mieszkańcy tej dzielnicy nie będą zachwyceni widokiem turysty, jednak niczego podobnego nie odczułem. Pokonując kolejne metry chwiejnych pomostów, witałem się z serdecznością z przechodzącymi mieszkańcami, którzy zawsze odwzajemniali się uśmiechem. Już od pierwszych minut wiedziałem, dlaczego Kampong Ayer nie szczyci się dobrą sławą. Stare drewniane domy, choć w dużej mierze pomalowane wesołymi, jaskrawymi farbami, są wyraźnym przykładem klasowych różnic i niesprawiedliwości oraz pospolitej biedy. Szerokość rzeki przepływającej przez miasto stała się dystansem nie do pokonania dla tych kilku tysięcy osób. Skoro tak wygląda bezpośrednie sąsiedztwo stolicy, zastanawiam się jak musi wyglądać prowincja.

Wizytówki Brunei, których zdjęcia widoczne są praktycznie na każdej pocztówce, nie wywołały we mnie takich emocji jak „pływająca wioska”. Chętnie je odwiedzałem, jednak zabrakło mi w nich atmosfery, która zatrzymałaby mnie na dłużej.

Meczet Omar Ali Saifuddin. Muzeum Królewskich Regaliów. Meczet Jame’Asr Hassanil Bolkiah.

* Sprzedaż papierosów i palenie jest zakazane w Brunei. Dowiedziałem się o tym dopiero drugiego dnia pobytu od pracownika hostelu. Jakimś cudem spacerując ulicami miasta z papierosem w ręku nikt nie zwrócił mi uwagi, nie zatrzymała mnie też policja. Rzecz jasna nie paliłem przed meczetem lub wejściem do muzeum, ale specjalnie się z tym nie kryłem. Palenie karane jest mandatem w wysokości kilkuset dolarów brunejskich.