egipt

7.9.

Z lotniska odbiera nas młody chłopak o imieniu Islam, cóż za zbieg okoliczności… Nie bacząc na zasady ruchu i kierunek jazdy zawozi nas do najbardziej ekskluzywnego hotelu w Kairze. Znajduje się on na dachu siedmiopiętrowego budynku, nieopodal Placu Tahrir. Nasz pokój- mały, duszny i oprócz wiatraka na ścianie oraz trzech łóżek nie ma w nim nic. Nie mniej jednak miejsce jest klimatyczne, dużo roślin, foteli oraz wszechobecnych kotów. Biedne i wychudzone sprawiają pozytywne wrażenie, podchodzą kulturalnie do każdego prosząc o podrapanie za uchem.

Noc mija szybko, teraz czas na nową podróż, czas na nowe przeżycia. Już pierwszego dnia pozwalam się porwać miastu. Nie ważne gdzie idę, nie liczy się cel, bo chcę tylko zanurzyć się w klimacie islamskiego orientu. Z pewną dozą naiwności i zaskoczenia zostajemy namówieni na odwiedzenie sklepu z olejkami zapachowymi. Jego właściciel dość agresywnie nakłania nas do zakupu jakiegokolwiek produktu. Jednocześnie zachwala Polskę, każe nam się uśmiechać i korzystać z okazji, która może się już nigdy nie powtórzyć. „Chcę poczuć twoje pieniądze” mówi. W rezultacie wychodzimy z jego sklepu zażenowani i z trzema ampułkami olejku z kwiatu lotosu (ok. 10 zł). Chcąc szybko o tym zapomnieć, od razu udajemy się do Muzeum Egipskiego (wstęp 15 zł). Odnoszę wrażenie, że eksponaty są tu przypadkowo porozrzucane, a prace renowacyjne budynku przebiegają wprost na oczach turystów. Jednak było warto. Marzenie z dzieciństwa w końcu się spełniło- zobaczyć maskę Tutenhamona i jego sarkofag.

Przejście przez Plac Tahrir jest dla mnie nie tylko wyzwaniem logistycznym (z uwagi na szalonych kierowców), ale i dużym przeżyciem emocjonalnym. Być w sercu miejsca, gdzie jeszcze niedawno rozegrały się jedne z najtragiczniejszych wydarzeń w historii tego kraju. Na murach nadal widnieją napisy i graffiti nawołujące do rewolucji.

Spacer brzegiem Nilu i przejście na jedną z wysp odsłaniają panoramę miasta. Miasta biednego, zaniedbanego, gorącego i tłocznego. To mnie nie przekonuje. Dalsza część wyprawy odsłania smród i śmieci. Wąskie uliczki nie zachęcają do zgubienia się w nich. Chodzimy bez celu, a raczej błądzimy w poszukiwaniu Muzeum Sztuki Islamskiej. Nie udaje się go nam znaleźć, choć na mapie wydaje się być blisko Pałacu Abdeen, na który bez problemu trafiliśmy. Wzbudzamy dość spore zainteresowanie pokonując nieodwiedzane przez turystów handlowe zakątki. Zmęczenie wysoką temperaturą zmusza nas do powrotu do hostelu. Na naszej drodze stanęła demonstracja, którą szybko staraliśmy się ominąć.

Dominującym smakiem dziś jest dla mnie, jak zwykle, słodki. Ciastka i muffiny z małej cukierni to cały posiłek na dziś. Podsumowanie- mogę pozostać w klimacie, ale nie w architekturze.

8.9.

Zasnąłem i wstałem w tej samej pozycji. Nie mogę się doczekać wyprawy pod piramidy. Może tam znajdę swój skarb, albo przynajmniej urok Egiptu? Przed wyjazdem odwiedzamy piekarnię by zaopatrzyć się w jedzenie na cały dzień. Razem z nami, wspólną taksówką o 8:00 wyrusza chłopak z Francji.

Pierwszą piramidę w Dahszur zwiedzamy bardzo szybko. Kilka minut spędzamy w środku, przechodząc do jej środka wąskimi korytarzami. Grobowa cisza, klaustrofobiczna przestrzeń. W sumie nie wiem co o tym myśleć. Chyba spodziewałem się większych wrażeń, ale przed nami jeszcze Sakkara i Giza. W Sakkarze podobnie, z jednym wyjątkiem, w towarzyszących przy niej mastabach można podziwiać dobrze zachowane ścienne malowidła. Nie wiem co się ze mną dzieje, nie porusza mnie to miejsce. W drodze do Gizy zatrzymujemy się w sklepie, gdzie sprzedawane są papirusy. Po krótkiej prezentacji jak go otrzymywać zachęcani jesteśmy do zakupu kilku pamiątek. Ja już znam taki interes i po kilku minutach po prostu wychodzę po angielsku.

Coraz bardziej czekam na piramidy w Gizie, jednak na drodze do celu stanął pan oferujący wycieczki wokół piramid. Nasz kierowca zachęca nas gorąco do skorzystania z tej niepowtarzalnej oferty, bo pewnie później dostanie swój procent. Cała rozmowa zajmuje chyba kwadrans. Ja już po pięciu pierwszych minutach wycofuję się wiedząc, że pan trochę zmyśla. Widać, iż gniewa się na mnie. Trzeba być zdecydowanym, w innym razie sprzedadzą gówno w sreberku. Tak więc całą atmosferę oczekiwania i podekscytowania zepsuła wizyta w biurze. Nie można się skupić na zwiedzaniu. Dookoła zaczepiający ludzie oferujący przejażdżkę koniem lub wielbłądem. Nie rozumieją, iż chcę się skupić na podziwianiu jednego z cudów świata. Czy ignorowanie ich i nie odpowiadanie nawet na „cześć” jest niegrzeczne? Na pewno skuteczne. Jeszcze jeden incydent, gdzie młode łebki próbują wyrwać mi pieniądze, totalnie wyprowadził mnie z równowagi. Szkoda, że te wszystkie wydarzenia wpływają na negatywną ocenę dnia. Gdzie Sfinks, piramidy? Tylko na zdjęciach, bo ja ich nie poczułem. Dopiero oddalając się od Gizy zaczynam naprawdę je podziwiać. Z dystansu wyglądają monumentalnie, równo, doskonale. Pragnę zapamiętać tylko ten widok, a o reszcie zapomnieć.

Po powrocie do Kairu zaczepia nas brat recepcjonisty i prosi uprzejmie, choć dość natarczywie o przysługę. Mianowicie, mielibyśmy się udać do sklepu wolnocłowego i kupić na nasze paszporty wódkę i papierosy dla niego. Trochę się obawiam, ale pytam ludzi tam pracujących, czy wszystko jest legalne. Okazuje się, że nie kłamał. Zaprasza nas po wszystkim na kawę i sziszę, ale jesteśmy tak zmęczeni, że nie skorzystamy. Prysznic i łóżko do 22:00.

Na dworcu masa ludzi, bez przewodnika trudno byłoby się tu odnaleźć. W przedziale pociągu panuje niska temperatura więc dobrze, że z samolotu zabrałem mały koc. Podróż do Asuanu mija całkiem szybko, choć to ponad dwanaście godzin.

9.9.

Po zameldowaniu się w hotelu możemy przespać się dwie godziny. O 14:00 rozpoczyna się wycieczka nad Wysoką Tamę na Jeziorze Nasera. Niestety już na jej samym początku strasznie denerwuje mnie nasz przewodnik. Mówi, iż każdy z nas ma mu zapłacić po 150 funtów (ok. 80 zł). Oczywiście szybko zaprzeczam argumentując, że zapłaciliśmy już za tę wycieczkę. Kilka telefonów do hostelu w Kairze i po sprawie, płacimy tylko za bilety wstępu. Tama- nic specjalnego, nawet nie wiem czemu tu przyjechaliśmy. Następnie płyniemy łódką na wyspę File, na której znajduje się świątynia Izydy, miejsce godne polecenia. Można tu poczuć obecność bogini i oddać się kontemplacji pośród palm, kwiatów i wody Nilu. Rozprasza mnie tylko nasz przewodnik, gdyż nie mogę pozbyć się tego zażenowania, które towarzyszy zawsze ofierze oszustwa. Moglibyśmy spędzić to jeszcze chwilę, ale czas nas goni. Wracamy na brzeg tą samą motorówka, którą prowadzi starszy Nubijczyk. Siedzi cicho na burcie i doskonale wtapia się w tło zbliżającego się do nas miasta.

Następnie prosimy o zatrzymanie się przy kościele koptyjskim, który przyciągnął mnie swoją architekturą- biały tynk kontrastuje z brązowymi górami, a gładkie kopuły dachu ze strzelistymi, nierównymi szczytami. W środku przejrzyście, ściany zdobią tylko nieliczne obrazy przypominające prawosławne ikony. Po kilku minutach wchodzimy na felukę- mały jacht, którym opływamy oświetlone zachodzącym słońcem wyspy Elefantyna i Kitchenera. Gdybyśmy nie musieli rozmawiać cały czas z przewodnikiem to byłaby to udana, relaksująca wycieczka. Około 19:00 wracamy do hotelu, w którym chwilowo nie ma prądu. Dezynfekujemy żołądki czterdziestoprocentowym specyfikiem i kładziemy się spać, gdyż trzeba wstać o 3:00 nad ranem by dotrzeć do Abu Simbel.

10.9.

Wcześnie nad ranem wyruszamy do Abu Simbel by podziwiać świątynię Ramzesa i Nefertari. Po ponad czterech godzinach jazdy ciasnym busem docieramy na miejsce. Jeszcze pewnie tylko godzina, a zaleźlibyśmy się na granicy z Sudanem. Stoję jak zamurowany pod ogromem czterech kolosalnych posągów faraona. Jak coś takiego stworzyli ludzie własnymi rękami ponad trzy tysiące lat temu i jak udało się to przetransportować bez większego uszczerbku w poprzednim stuleciu? Trudno uwierzyć, że zostały one przeniesione z innego miejsca i ocalone przed zalaniem przez sztuczne jezioro. W środku podobnie jak w innych świątyniach. Bardzo żałuję, że nie mogę odczytać choć kilku hieroglifów. Zwiedzanie zajmuje niecałe dwie godziny. Zabytki w Egipcie tylko na początku wywołują wewnętrzny szok podziwu, ale po chwili to wrażenie mija. Szkoda. Droga powrotna tym samym busem w temperaturze grubo przekraczającej czterdzieści stopni. Około 14:00 przyjeżdżamy do hotelu by zabrać bagaże i wyruszyć na rejs feluką.

Nie spodziewałem się, że to na takiej małej łupince spędzimy aż dwie noce na najdłuższej rzece na świecie. Jestem w szoku- co będziemy jeść, jak będziemy spać i korzystać z toalety. Oczekiwałem raczej statku rejsowego, a nie takiej łódki. Dołącza do nas para z Anglii oraz Japonka. Jemy lunch, czyli chleb z warzywami, tuńczykiem i białym serem, a do wszystkiego podana przesłodzona herbata. Mam pewne obawy przed zjedzeniem czegokolwiek, ale jestem tak głodny, że próbuję. Konsekwencje nadejdą później. Po kilku godzinach na łodzi ze zdumieniem stwierdzam, iż podoba mi się na niej niebywale i mógłbym tak pływać nawet przez tydzień. Czujemy się trochę jak wczesnodwudziestowieczna inteligencja podróżnicza z własnym przewodnikiem – sługą. Mam wrażenie, że są oni na naszych usługach, wykorzystujemy ich, ale z drugiej strony przecież tak zarabiają.

Delikatny wiatr napędza biały żagiel, który w promieniach zachodzącego słońca przechodzi w żółć, pomarańcz, a na końcu w błękit. Nie odczuwamy gorąca, przyjemny powiew oraz chłód Nilu koją zmęczoną i sparzoną skórę. Nic się nie dzieje, nie ma problemów, tylko woda, powietrze i… pan kapitan częstuje nas skrętem. Daje go chłopakowi, który pytając czy to jest za darmo, otrzymuje odpowiedź „pod pokładem mamy tego dużo”. Na brzegu ludzie wypasają owce i kozy, a po rzece pływają inne statki z turystami. Czuję się jak bogacz mogąc leżeć na łodzi i patrzeć w przejrzyste niebo posypane milionami błyszczących gwiazd. Na kolację dostajemy potrawę a la leczo, które jemy z makaronem i chlebowymi plackami. O 18:00 robi się ciemno. Po sytej kolacji kładziemy się spać na otwartej przestrzeni.

11.9

Dzień podobny do poprzedniego. Cały czas płyniemy łódką, zatrzymujemy się na kilka godzin. Podczas postoju przy brzegu już nie jest tak przyjemnie. Coraz bardziej zaprzyjaźniamy się z Anglikami, którzy wybierają się na roczną wyprawę po Azji. Gramy w karty, pijemy mocną herbatę. Trochę nam się już nudzi. Na obiad dostajemy zupę z makaronem smakującą jak wczorajsze leczo, ale z większą ilością czosnku. Już nie myślę o bakteriach i jem wszystko, nawet wchodzę po kolana do Nilu. Ramadan, nasz kapitan, pokazuje nam nubijską grę polegającą na odplątaniu związanych na krzyż sznurkiem rąk dwóch osób. Bez jakiejkolwiek wskazówki chłopaki nie wydostaliby się z tej pułapki chyba przez całą noc. Zaobserwowałem, iż pan kapitan ma tak suche i popękane stopy, że przypominają bardziej kopyta krowy.

12.9.

Ostatnie śniadanie na feluce. Przyznam szczerze, że nie żałuję końca wycieczki. Mam tylko wykąpać się w hotelu w Luksorze, do którego mam nadzieję dojedziemy. Kapitan pyta się co chwilę, czy wszystko było dobrze licząc na wysokie napiwki. Turystyka zepsuła ludzi w tym kraju. Nie pojmują napiwku tak samo jak my- nagroda za dobrze wykonaną usługę, tutaj jest to raczej coś co się należy, dodatek do ceny. Nasza trójka daje bakszysz na łączną sumę ok. 40 zł. Kapitan zdziwił się tylko i poprosił o więcej „to były dwa dni, jest nas dwóch, dostaliście koce”. Pozostawiamy to bez komentarza, Anglicy reagują podobnie. Nawet nie podziękował, nie uśmiechnął się, tylko od razu stwierdził, że to za mało. Szybko oddalamy się do czekającej na nas taksówki.

Udajemy się do świątyni w Kom Ombo. Niestety ta majestatyczna niegdyś budowla dziś już tak nie poraża. Ludzie rozkradli z niej kamienie na budulec. Obok świątyni znajduje się muzeum krokodyla, zwierzęcia czczonego w starożytności jako uosobienie jednego z boga, symbol siły i płodności. Pierwszy raz spotkałem się z mumiami wodnego gada i z zarodkami w jaju, coś niebywałego. Przejeżdżamy następnie do kolejnej świątyni w Edfu. Wrażenia podobne, jednak ta jest lepiej zachowana. Prawdę powiedziawszy chcemy teraz tylko coś zjeść i się wykąpać.

Nareszcie w Luksorze. Nasz kierowca wchodzi za nami do hotelu i czeka na napiwek. W trójkę dajemy mu równowartość 10 zł, a Anglicy nic. Odchodząc pogardliwie tylko spojrzał na nich i parsknął „dziękuję moi przyjaciele, dziękuję”. Myślałem, że wybuchnę, ale… chcę szybko pod prysznic. Kolację jemy w hotelu- kurczak, frytki i dużo chleba. Zaskoczył mnie gołąb w menu, ale co kraj to obyczaj. Wyruszamy na spacer nocą po mieście. Ludzie na targu nie są już aż tak nachalni. Zaciekawia mnie pewna przyprawa na jednym ze straganów w kolorze ciemnoniebieskim. Chcę się nawet zapytać co to takiego, ale boję się, że odbiorą to jako chęć zakupu. Naprzeciwko oświetlonej świątyni luksorskiej znajdujemy spokojny ogród, a w nim restaurację. Jest jak miejska oaza, w której można się zrelaksować, odpocząć i zapalić sziszę. Pośród drzew i sympatycznych kotów raczymy się piwem „Stella” i sokiem z mango. Czy ta chwila nie może trwać wiecznie? Lepiej nie, gdyż jutro czekają na nas główne zabytki Egiptu. W drodze powrotnej odnajdujemy sklep z książkami o tym kraju po angielsku, jednak ceny są niebagatelne. Kładziemy się spać o 23:00.

 

13.9.

Śniadanie w hotelu- dżem, ser, warzywa, kawa i pieczywo. O 9:30 wyruszamy zwiedzać najważniejsze zabytki Luksoru- Dolina Królów, Świątynia Hapszetsut i Kolosy Memnona. Nie ma szału. W Dolinie Królów zwiedzamy tylko trzy puste grobowce. Jedynie na ścianach widnieją hieroglify, które mają pomóc faraonom odnaleźć drogę do raju, jak przewodnik po obcych krainach. Wiele z malowideł zostało zniszczonych przez chrześcijan, którzy szukali schronienia przed prześladowaniami w górskich i niedostępnych kryjówkach.

Świątynia Hapszetsut zawsze wydawała mi się większa, ale to co widzimy imponuje mi niebywale. Praktycznie całkowicie zrujnowana, została zrekonstruowana dzięki naukowcom z Uniwersytetu Warszawskiego. Zresztą wysiłki Polaków w przywrócenie dawnego blasku Egiptowi widoczne są tu prawie na każdym kroku. Ciekawa jest też sama postać królowej, bowiem by uzyskać szacunek zaczęła nosić męskie ubrania i sztuczną brodę. Czy była zatem pierwszym znanym transwestytą?

Dziś ostały się niestety tylko dwa kolosy zniszczone przez powódź i trzęsienie ziemi. Niegdyś stanowiły jedną całość, teraz już nie są tak imponujące będąc popękane i złożone jak puzzle. Wycieczkę kończymy już ok. 13:00.

Prysznic i na miasto. Odwiedzamy małą restaurację z 1930r. jednak ceny, niby niezbyt wysokie, stanowią duży odsetek w skromnym budżecie młodych podróżników. W rezultacie idziemy na obiad do tej samej restauracji co wczoraj. W dzień traci urok, dostrzegamy brudne krzesła i niezbyt miłą obsługę. Czar prysł. Jedzenie też nie jest zbyt udane. Zamawiam kanapkę z tuńczykiem, frytki i falafel (kulki z fasoli smażone w oleju). Najlepszy z tego wszystkiego jest świeżo wyciskany sok cytrynowy. Żeby się dopchać kupujemy kilka słodkich ciastek w piekarni przy drodze. Po powrocie do hotelu wypijamy po małym drinku i zasypiamy jak dzieci. Dopiero o 20:00 wychodzimy ponownie na miasto by zrobić zdjęcia nocą. I znowu to samo- dorożkarze, taksówkarze, sklepikarze i dzieci zaczepiają nas na każdym kroku. Nie rozumieją chyba, że gdyby dali nam więcej spokoju i swobody skorzystalibyśmy z ich usług.

Analizujemy egipską telewizję, zwłaszcza tandetne teledyski do muzycznych pseudo hitów. Pokazują też ciągle relacje z zamieszek, czy to Kair i Plac Tahrir? Dobrze, że wracamy jeszcze do stolicy i sami się przekonamy.

Znam miasta, które nigdy nie śpią, ale miejsca budzące się dopiero o zmroku należą do rzadkości. Tak właśnie jest tutaj. Ruch na ulicach zaczyna się dopiero po osiemnastej, kiedy słońce zajdzie, a muezin zawoła do modlitwy po raz ostatni. Place zapełniają się mieszkańcami zajmującymi każdy ich kawałek. Rodziny siadają wspólnie na jednym kocu, rozmawiają, często przy tym jedząc. To tak jakby zrobić zdjęcie w europejskim parku w niedzielne popołudnie i odwrócić jego kolory. Niebo zmieni się na czarne, a trawnik na szary. Kadr ograniczyłyby pewnie palmy i minarety meczetów.

14.9.

Dziś Karnaku i świątynia luksorska. To niebywałe, ze tę pierwszą budowano ponad dwa tysiące lat, a każdy z faraonów dodawał coś od siebie. Niestety kompleks świątyń nie świeci już dawnym blaskiem, pozostały ruiny. Pomiędzy kolosalnymi kolumnami czyhają na turystów starcy liczący na bakszysz za pokazanie czegokolwiek. Trzeba na nich naprawdę uważać. Sam siebie zaskakuję- coraz bardziej podoba mi się ten kraj. Nie wiem dlaczego, może, że za kilka godzin jedziemy nad Morze Czerwone na plażę… Ostatnia wielka atrakcja podczas naszego wyjazdu- świątynia luksorska. Zapisane są na jej ścianach ślady wielu wpływów- Aleksandra Wielkiego, Rzymian oraz chrześcijan. Nawet na jednej z nich widnieją pozostałości fresku przedstawiającego ostatnią wieczerzę, zdobiącego niegdysiejszą kaplicę. Obecnie na filarach świątyni wznosi się meczet, a modlitwa z niego płynąca wypełnia antyczny obiekt, opływając kolumny i zaglądając w nawet najmniejszą szczelinę.

Przechodząc ulicami miasta ludzie nie tylko zaczepiają nas żeby coś sprzedać. Dwóch panów po zobaczeniu białych Europejczyków głośno woła „witajcie, tęskniliśmy za wami”. Rzeczywiście, turyści dopiero teraz zaczęli powracać do Egiptu spłoszeni rewolucją sprzed roku. Bez turystyki i Kanału Sueskiego kraj ten długo by się nie utrzymał.

Dowiedziałem się, że w Kairze wybuchły zamieszki spowodowane publikacją anty islamskiego filmu przez Amerykanów. Widocznie muzułmanie się bardzo zdenerwowali bo zaatakowali placówkę USA i zabili ambasadora w Libii. Szkoda, że nie ma mnie na miejscu zdarzenia, niektórzy dziennikarze czekają na takiego news’a całe życie. Za trzy dni będziemy w stolicy więc może sprawa będzie nadal gorąca.

Bardzo powoli opuszczamy Luksor. Nie ma dla nas żadnego autobusu, dlatego też hotel organizuje nam w ostatniej chwili transport małym busem. Siedzimy w nim sami, ponad dziesięć miejsc wolnych. Przyznam się, że czuję się trochę dziwnie, zbyt dobrze, to wszystko z mojego powodu? Podróż przez pustynię ma swój urok. Piasek i żwir, których kolor trudno opisać, zawierające w sobie odcienie beżu, bieli, żółci i czerwieni, tworzą nierównomierne formy i fale na płaskiej powierzchni. Droga wydaje się nie mieć końca biegnąc prosto przed siebie. Zachodzące słońce ociepla krajobraz przypominający obraz z Marsa. Otaczające nas góry wydają się być bardzo kruche, jak najlepsze ciasto wyjęte wprost z piekarnika. Zmrok zapada szybko. Gwiazdy odniosły kilkugodzinny triumf nad panującym w dzień słońcem. Wielki wóz prawie dotyka horyzontu, za kilka dni zejdzie na ziemię. Oby przewiózł nas bezpiecznie do kolejnego miejsca.

Hurgada nocą wygląda jak typowy kurort turystyczny, czego się trochę obawiam. Nic poza hotelami, sklepami z pamiątkami i kiczowatymi centrami handlowymi. Ciekawe jaką prawdę o tym mieście odsłoni wschód słońca. Około czterech godzin zajmuje nam podróż na miejsce. Nie wiem ile przepisów złamał po drodze nasz kierowca, ale grunt, że jesteśmy cali na miejscu. Napiwek, który mu zostawiamy (25 zł, przy średniej pensji 300 zł) wyraźnie go zadowala, uśmiecha się i podaje rękę. Hostel, w którym zostajemy nie jest dokładnie taki sam jak na zdjęciach, ale ważne, iż mamy czyste prześcieradła na łóżkach. Padam na twarz i zasypiam w przeciągu sekundy.

 

15.9.

Nie mogę doczekać się plaży i turkusowego morza, które widzę w oddali. Trudno tu jednak znaleźć jakiekolwiek na nie zejście. Prawie wszystkie są ogrodzone i należą do hoteli. Kiedy już jakaś wydaje się być darmowa szybko przychodzi ktoś z biletami w cenie około 6-12 zł za dzień. To po prostu chore, aby płacić za leżenie na ręczniku. Gdyby były one jeszcze piaszczyste, czyste i przyjemne to kto wie, czy byśmy się nie zdecydowali. Jednak tutaj nie ma żadnej przyjemności z morza. Można jedynie poopalać się w towarzystwie śmieci bezczelnie rzucanych między drogę a wybrzeże. Przez godzinę szukamy miejsca, w którym moglibyśmy się zrelaksować… na nic nasz wysiłek. W końcu docieramy do miejsca, które nie jest zbyt przyjemne, ale z braku laku dobre i to, ważne, że za darmo. Szybko jednak podchodzi do nas dwóch chłopaków z biletami, a zdążyliśmy się jedynie nasmarować i zrobić kilka zdjęć. Miejska plaża okazuje się również płatna, choć chłopak przy wejściu powiedział inaczej. Na przekór nie płacimy i wracamy zdenerwowani do hostelu. Dzień zmarnowany, również dwie noce w tym miejscu. Współczuję ludziom wybierającym Hurgadę jako miejsce do wypoczynku. Miasto wygląda okropnie, nie ma duszy i jest zaniedbane. Boję się nawet zapytać o cenę jedzenia w przydrożnej budce z obawy przed narzuceniem ceny z kosmosu. Pozostają więc ciastka ze sklepu i drożdżówki z cukierni. Menadżer hostelu wczoraj przedstawił nam ofertę spędzenia wolnego czasu- nurkowanie, rejs statkiem, plażowanie, ale dopiero teraz dodał, że istnieje możliwość pojechania na plażę za miasto miejskim autobusem. Ponownie się denerwuję, gdyż za godzinę będzie już ciemno, a na jedną godzinę nie opłaca się jechać.

Kupujemy bilety do Kairu za około 25 zł. Już nie mogę się doczekać kiedy wyjedziemy z tego miejsca pozbawionego magii, a przepełnionego tanią komercją dla przygłupich turystów poszukujących uciech w zakupach chińskiej tandety z napisem „Egipt”. Syfny Kairze, przy wakacyjnej stolicy jesteś niczym miejski raj z arabskim charakterem, owocem, który przebywał na zakurzonym straganie w pełnym słońcu zbyt długo.

A oto ranking osób, które mnie strasznie zdenerwowały do tej pory:

Numer 1. – sklepikarz z Kairu – ten uprzejmy pan w pierwszy dzień naszego pobytu zaczepił nas na ulicy i powiedział, że pokaże nam drogę do Placu Tahrir bo ta, którą idziemy prowadzi na Plac Ramzesa. Wywlókł nas w małą uliczkę i zaprowadził do sklepu z perfumami. Nie wydaliśmy dużo, ale gość był agresywny, obiecał herbatę, której i tak nie dostaliśmy. Oby dopadła go biegunka i grzyb na ścianie.

Numer 2. – przewodnik bez zęba na przedzie w Asuanie- pierwszy dzień wycieczki po południowym Egipcie, a on mówi, że każdy z nas ma mu zapłacić po około 80 zł za zwiedzanie wyspy File i tamy na Nilu. Po kilku telefonach do hostelu wyszło, iż kłamał i my mamy zapłacić tylko za bilety wstępu. Nie dość, że na początku zażądał takiej sumy to jeszcze miał się czelność targować. Dobrze, że byliśmy stanowczy i nie pozwoliliśmy sobie na takie zagrywki. Jego sposób mówienia równie mnie irytował, ciągle się pytał „czy wszystko rozumiesz mój przyjacielu”. Nie mam wątpliwości kto tutaj miał problemy z angielskim. Jeśli go nie rozumiałem to tylko dlatego, iż go po prostu nie słuchałem.

Numer 3. – Arab z Gizy – chciał nam sprzedać wycieczkę za około 80 zł po całym kompleksie piramid na wielbłądach. Ja od początku mówiłem nie i pokazywałem mu nawet przewodnik, w którym było jasno napisane, że można to samemu obejść. Według tego pana przewodnik kłamał. Po całym zwiedzaniu patrzył się na mnie jakby chciał mnie zabić wzrokiem.

Numer 4. – Nubijczyk z feluki vel Bob – wszystko było z nim dobrze do momentu rozstania, kiedy to zamiast uprzejmie podziękować za napiwek zaczął pokazywać palcem kto i ile ma mu jeszcze dać. Doliczył nawet opłatę za koce. Poczułem się nie jak na pokładzie łódki, ale samolotu linii Ryanair. Zdenerwował nas wszystkich maksymalnie. Poza tym, od kiedy to usługodawca ma czelność płacić za napiwek.

 

16.9.

Jak najszybciej uciekamy z Hurgady. Podróż autobusem zajmuje około pięciu godzin. Na dworcu kupujemy od razu bilety do Aleksandrii na jutro. W Kairze czujemy się jak w domu, to dziwno bo przecież nie znamy zbyt dobrze tego miasta. Wieczorem wychodzimy na Plac Tahrir by ocenić sytuację po zamieszkach sprzed dwóch dni. Nic się nie dzieje, mnóstwo policji i wojska pilnującego pustego placu. Nie powiem, że nie wzbudzamy zainteresowania przechadzając się spokojnie po tym miejscu. Przeżywam podwójne deja vu. Jeden pan ciągnie nas do tego samego sklepu z perfumami co pierwszego dnia, ale nic tym razem nie kupujemy, a drugi pyta czy nie pojedziemy z nim do sklepu wolnocłowego. To wręcz niebywałe jak oni traktują turystów.

17.9.

Pobudka przed ósmą by zdążyć na pociąg. Nie mamy większego problemu ze znalezieniem właściwego peronu choć to niemały wyczyn. Trudno szukać tu jakiegokolwiek numeru czy nazwy pociągu, trzeba zdać się na intuicję i instynkt pozwalający przedrzeć się przez ludzki gąszcz. Pociągi są w miarę punktualne, pierwsza klasa znacząco nie różni się od drugiej, którą jedziemy. W przedziałach klimatyzacja wyrabia 300% normy i różnica między temperaturą w środku a na zewnątrz jest prawie trzykrotna. Niestety przez wątpliwą wskazówkę wysiadamy nie na tym przystanku, na którym chcieliśmy. Dwukilometrowy dystans przechodzimy zatem pieszo nadmorskim bulwarem Corniche.

Miasto na pewno nie poraża na pierwszy rzut oka. Parujące morze otacza mgłą budynki i zatłoczone ulice. W mieszance promieni i unoszącego się welonu jest coś niepokojącego, tajemniczego i przytłaczającego. Wilgoć parzy twarz i wysysa energię jak mityczny potwór. Ludzie wędkują, pływają w słonych falach i spotykają się aby porozmawiać nad brzegiem, patrząc jednocześnie w stronę naszego Starego Kontynentu. Na końcu portu o kształcie pierścienia z małym wejściem jak turkusowy kamień, znajduje się dawny fort. Wolałbym, żeby tak jak dawniej stała tam latarnia z Faros. Jeden z cudów antycznego świata i przez wiele lat jego najwyższy budynek, oświetlał drogę wędrującym po wodzie statkom. Teraz dla nas, młodych podróżników, stanowi punkt odniesienia do tego co wartościowe, a co po prostu zwykłe. To miasto ma swój  klimat, byłoby naprawdę ładne gdyby usunąć „nowe” budynki i pozostawić te z końca XIX i początku XX w. Mogę sobie tylko wyobrazić jak wspaniale Aleksandria wyglądała przed laty. Zdecydowanie można się tu odprężyć, ludzie zaczepiają bardzo rzadko i nie chcą na siłę sprzedać byle czego. Pod jednym z uniwersytetów protestują ludzie, czego tym razem się domagają?

Docieramy do słynnej Biblioteki Aleksandryjskiej, kontynuatorki zamysłu Ptolemeusza. Budynek imponuje wręcz swoją nowoczesnością. Na jego fasadzie widnieją wszystkie litery języków, którymi posługuje się dziś ludzkość. Dla Karola nadeszła wiekopomna chwila- za moment złoży w tym miejscu swoją książkę, obok prac Homera czy Arystotelesa znajdzie się i jego. Przyznam, że trochę mu zazdroszczę, ale jest to pozytywna zazdrość, raczej mobilizująca do działania. Żeruję na jego sukcesie i w biurze biblioteki czuję się jak jego świta. Ilu z młodych ludzi robi takie rzeczy? Przecież to abstrakcja.

Spacerujemy nadal po mieście i tłoczymy się razem z jego mieszkańcami. Odnajdujemy ruiny teatru rzymskiego, które nie przypominają już teraz niczego. Nawet nie wchodzimy dalej pomiędzy porozrzucane kamienie. Stacja kolejowa w stylu postnuklearnym straszy tuż przy wejściu. Kupujemy bilety powrotne. Na obiad udajemy się do dobrej restauracji nieopodal wybrzeża, a płacimy w sumie 50 zł za trzy, bardzo dobre obiady. W kuchni egipskiej nie należy szukać fajerwerków, ale za to słodycze… Raj dla mnie. Nasz kolejny cel- muzeum grecko-rzymskie okazuję się zamknięte z powodu prac remontowych. Przechodzimy koło synagogi i jednego z kościołów koptyjskich. Jego wnętrze jest czyste, symetryczne i harmonijne. Na dziedzińcu, tuż przy bramie zaczepia nas grupa młodych ludzi idących na festiwal zorganizowany przez kościół. Są bardzo podekscytowani i jednocześnie trochę speszeni naszym widokiem. Chcą po prostu zrobić sobie z nami zdjęcie. Na koniec sesji przyznali, iż jesteśmy bardzo piękni. Zaskoczyło mnie to niezmiernie, w Egipcie jestem przystojny. Co potrafi zrobić jasna karnacja, niebieskie oczy i jasne włosy… W drodze na dworzec zatrzymujemy się przy obleganej przez tubylców budce z sokami. Warto. Duża szklanka koktajlu z mango, bananem i czymś fioletowym stawia mnie na nogi. Jest tak słodki i gęsty, że można go jeść widelcem i nożem, a cena nieproporcjonalnie niska w stosunku do doznania, jedyne trzy zł. Chyba te dwa ostatnie wydarzenia spowodowały, ze ocena Aleksandrii wychodzi na plus. Uzupełnieni zimnymi witaminami i dużą ilością cukru wracamy do stolicy.

 

18.9.

Na dziś zaplanowaliśmy sobie wycieczkę po Kairze, jego dwóch częściach- starej koptyjskiej oraz islamskiej. Konieczne jest wzięcie ze sobą przewodnika lub chociaż kierowcy, który pokaże drogę w tym zaplątanym gąszczu ulic.

Dzielnica koptyjska otoczona została murem i właściwie odcięta od reszty miasta. Nie jest to skutek antagonizmów między muzułmanami a chrześcijanami, ale wiekowa zabudowa. Do środka wchodzi się przejściem podziemnym, na którego ścianach umieszczone są stare fotografie i książki przez tutejszych sklepikarzy. Liczne kościoły z zewnątrz przypominają gliniane chaty, nie odróżniające się niczym od reszty budynków. W środku natomiast sprawiają przytulne wrażenie. Drewno i dywany nadają im rodzinny charakter. W kościele św. Barbary przed ołtarz padają dwie strugi światła przedzierające się równomiernie przez wypustki w dachu. Ze szkołą sąsiaduje cmentarz gdzie ludzie parkują swoje samochody i niestety czasami palą śmieci. Psy wylegują się pomiędzy nagrobkami szukając cienia w upalny dzien. Daktyle z palm spadają wprost na płyty i ziemię tworząc ścieżki z marmolady. Kolejny mały kościół i bogato zdobiona synagoga żydowska. Trzy religie obcujące ze sobą przez lata. Czy dziś nie może być tak samo? Dlaczego każda z nich uzurpuje sobie prawo do bycia tej najwłaściwszej? Wychodzimy leniwie zza murów na kawę do małej kafejki. Aga dostaje wiadomość od rodziny, że obywatele krajów UE nie powinni wyjeżdżać do Egiptu ze względu na duże zagrożenie. Strasznie śmieszy nas ta informacja kontrastująca do bólu ze spokojnym życiem w mieście. Jak ktoś w przyszłości zapyta mnie kiedy byłem w Egipcie będę mógł z dumą powiedzieć „pamiętasz antyislamski film i atak na ambasadę w Trypolisie? No to wtedy…”.

Kolejnym punktem zwiedzania jest najstarszy meczet w Kairze Amra Ibn al-As, którego fundamenty datowane są na siódmy wiek. Zawsze kiedy wchodzę do meczetu ogarnia mnie spokój i porywa do kontemplacji. Nie możemy jednak w nim zbyt długo przebywać ze względu na zbliżającą się modlitwę w południe. Jedziemy następnie do muzułmańskiej części Kairu wokół wzniesionej na wzgórzu cytadeli i meczetu Muhammada Alego. Widok na miasto z tej perspektywy zapiera wprost dech w piersiach. Betonowe morze wydaje się nie mieć końca, a minarety jak ostre włócznie wystrzelają ponad horyzont. Wysokie budynki zakrywają biedę i śmieci na ulicach, a promienie słońca ocieplają jego obraz. Dopiero teraz można się przekonać jak potężne jest to miasto liczące ponad 25 mln mieszkańców. Sama cytadela i meczet piorunują swym pięknem i majestatem. Pod sufitem zawieszone są pierścienie drobnych lamp sprawiających wrażenie widoku na nocny firmament. Po raz kolejny mógłbym spędzić tu cały dzień. Szybko przebiegamy przez muzeum militarne tylko z tego względu, że było za darmo. Nic specjalnego mnie w nim nie urzekło, choć sam budynek i jego wnętrza godne są bliższej uwagi. U progu cytadeli wznosi się meczet Sułtan Hassan przypominający bardziej gotycki kościół. Mimo kamiennych ścian i posadzki panuje w nim rodzinna atmosfera. Muzułmanie nie tylko się tu modlą, ale też spotykają by porozmawiać przez chwilę. Niegdyś mury meczetu przyjmowały również studentów dlatego twierdzi się, że jest to najstarszy uniwersytet może i na całym świecie. Naszą wycieczkę po Kairze podsumowujemy w restauracji Abu Taryk. Zamawiamy jedyne danie, które tu serwują, czyli kosheri- mieszankę makaronu, soczewicy, fasoli i ryżu, które są podawane w towarzystwie soczystego sosu, prażonej cebuli i grochu humus na osobnych talerzykach. Przyrządzanie, a raczej doprawianie potrawy stanowi interesujący ceremoniał. Można do niego dodać również chili, czosnek i pieprz, według uznania. Danie kosztuje zaledwie 5 zł, a zapycha co najmniej na kilka godzin. Wielu mieszkańców miasta przychodzi do czteropiętrowej restauracji na obiad, kolację i późną kolację. Zdrowo najedzeni wieczór spędzamy przy ohydnym i ciepłym piwie „Stella”.

 

19.9.

Karol i Aga opuszczają mnie wcześnie by udać się jeszcze raz do Gizy i wejść do piramidy Cheopsa. Ja zatem do południa obijam się. Po ich powrocie wybieramy się do Muzeum Sztuki Islamskiej- ostatniego celu naszej podróży. Przy wejściu szokuje nas tabliczka z cenami biletów- studenci ok. 12 zł, studenci egipscy ok. 0,5 zł. Co za zdzierstwo, jak tak można, widać teraz jak windują ceny dla obcokrajowców. Pomijając ten fakt, muzeum wywołuje w nas pozytywne wrażenie. Sam budynek jest nowoczesny, niedawno odremontowany, z cudownym dziedzińcem na zewnątrz. Wystawa, mimo że interesująca, jest całkiem skromna, ale być może to ja nie doceniam wartości niektórych eksponatów. Robi na mnie wrażenie święta księga islamu, datowana na VII-VIII wiek, czyli praktycznie zaraz po powstaniu samej religii. W drodze powrotnej wstępujemy na sok do niewielkiej budki. Na skutek braku komunikacji z młodym sprzedawcom dostajemy świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej. Cóż za wspaniałe, nowe doświadczenie. Smakuje jak słodki sok z trawy i kolby kukurydzy. Brzmi niezbyt apetycznie, ale mi smakuje. No i cena zawrotna, duża szklanka za około jeden złoty. Kolacja oczywiście w naszej ulubionej restauracji z pewną innowacją- zamawiam pyszny deser ryżowy za około półtorej złotego. Suma sumarum życie w Egipcie nie jest drogie o ile nie jest się turystom, na którym ktoś żeruje. Litr benzyny 40 groszy. Wieczór- piwo, karty, relaks.

Rozmowa

R: Trudno zdać tu egzamin na prawo jazdy?

Kierowca: No wiesz, tu jest korupcja…

Spostrzeżenie

Chusty muzułmanek świetnie utrzymują telefon komórkowy. I już nie musisz trzymać go w ręku.

20.9.

Ostatni dzień w Kairze. Cieszę się, że już wyjeżdżamy, ale tylko z tego względu, iż nie ma już nic do zobaczenia (pomijając Synaj). Egipt trochę mnie przytłoczył, ale było warto. Ciekawe czy jeszcze kiedyś tu przyjadę? Czy za dwadzieścia lat coś się zmieni? Czy ulice wypięknieją? Trudno powiedzieć. Z Placu Tahrir usunięto śmieci i szałasy protestującej młodzieży. Posadzono już na nim kwiaty. Oby był to dobry omen dla nadchodzących zmian. Kraj potrzebuje nowej energii i perspektyw na lepsze jutro. Życzę wszystkiego najlepszego dla tych w głębi duszy dobrych ludzi zepsutych przez pieniądze zachodnich turystów i przejaskrawiony obraz Europy i Ameryki wywołujący frustrację. Ostatni kosher i pudding ryżowy, a na drogę falafel.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: