indie

Była to moja pierwsza, tak daleka podróż. Bez większego przygotowania ruszyłem do Indii. Z perspektywy czasu wiem, że popełniłem błąd obierając taki kierunek w mój dziewiczy rejs. Doznałem szoku kulturowego i uczucia przytłoczenia hałasem, kolorami, zapachami i tłumem ludzi panującym w tym kraju. Pewnie gdybym udał się tam dzisiaj, mój pierwszy raz z Indiami przyniósłby więcej satysfakcji. Z drugiej strony patrząc, czy skok na głęboką wodę nie okazał się pomocny i nie zaprawił mnie na przyszłość? Trudno powiedzieć, jednak ja stawiam na swoim – Indie nie dla amatorów.

Jeszcze wtedy nie prowadziłam żadnego dziennika, dlatego też tworząc ten opis niejako odtwarzam podróż do kraju, który początkowo znienawidziłem. Dziś chętnie tam ponownie wrócę.

 

Dlaczego Indie?

Tak się złożyło, że mieliśmy zniżki na dowolny bilet lotniczy, płaciliśmy tylko podatek. Początkowo miała być Brazylia, ale jedna siostra już tam była. Tajlandia i Malezja też odpadły, gdyż  kolei druga siostra odwiedziła te kraje przed kilkoma laty. Mieliśmy jechać tam, gdzie nikt z nas do tej pory nie był – taka rodzinna przygoda. Później padło na Sri Lankę. Stwierdziłem jednak, ze skoro lecimy tak daleko, to może lepiej zwiedzić kraj (przynajmniej częściowo), który wydaje się być bardziej bogaty kulturowo. Postawiliśmy zatem na Indie.

 

Bez włóczęgostwa

Przed wyjazdem zaplanowaliśmy trasę, zarezerwowaliśmy kilka hosteli, sprawdziliśmy częstotliwość odjazdów pociągów i autobusów. Niestety, ja osobiście brałem w tym najmniejszy udział. Wszystko wydawało się być zorganizowane i dopięte na ostatni guzik. Po przylocie do Delhi zostaliśmy na dwie noce w tańszym hotelu. Tańszy nie oznacza pozbawiony marmurów i złotych ornamentów. Tak się złożyło, że w hotelu funkcjonowało biuro podróży, do którego zajrzeliśmy z ciekawości. Zaoferowali nam wycieczkę po trasie, którą wcześniej zaplanowaliśmy za około tysiąc złotych za osobę. Co przez to rozumieć – prywatny kierowca, samochód tylko dla nas, noclegi, bilety na pociąg, przewodnicy miejscy. Muszę wspomnieć o jednym fakcie, w czasie kiedy odbywaliśmy podróż po Indiach, polski złoty był bardzo mocny, za jednego dolara dostawało się dwa złote. Czuliśmy się wtedy jak bogaci imperialiści, stać nas było prawie na wszystko. Poza tym, chaos, żebrzący ludzie i masa naciągaczy, których widzieliśmy przez jeden dzień, pozbawiły nas znacznej części animuszu.

Powiem tak, nie była to typowa podróż bez scenariusza, ale chyba to nawet dobrze. Ponoć, co nas nie zabije, to nas wzmocni, ale podróżowanie po Indiach na własną rękę jest naprawdę sporym wyczynem. Nie wiem nawet, czy dzisiaj zdecydowałbym się na samotną wędrówkę po tym kraju.

 

Trasa

2 tygodnie

New Delhi – Delhi – Agra – Jaipur – Pushkar – Udaipur – Ranakpur – Jodhpur – Varanasi (pociągiem ok. 24h) – New Delhi (pociągiem ok. 28h)

 

Top 5 wspomnień

Restauracja nad jeziorem Pichola

Przyjechaliśmy do Udaipur. Na dachu nieciekawego hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, znajdowała się restauracja. Poszliśmy na kolację. Obsługa była nad wyraz miła. Wystrój w środku nie zachwycał – białe, plastykowe meble ogrodowe, sufit ze styropianu, po którym łaziły przemiłe gekony, wypłowiałe plakaty imitujące hinduskie malowidła. Za to na zewnątrz rozciągał się malowniczy pejzaż na jezioro Pichola i pałac. Oprócz nas nie było tam nikogo. Z pewnymi obawami zamówiliśmy kolację, czyli po dwa, trzy dania na osobę (jak już wspominałem wszystko było bardzo tanie). Okazało się, że dania są wyśmienite, cieszyliśmy się każdym kęsem. Wychodząc, obsługa (chyba dziesięć osób) ustawiła się wzdłuż korytarza i żegnała nas uśmiechem, kłaniając się przy tym. Czuliśmy się jak rodzina królewska po oficjalnej wizycie w Indiach.

 

VIP z Polski

Nie mieliśmy wpływu na wybór hoteli, w których się zatrzymywaliśmy. Może to i dobrze, bo widząc przepiękny hotel z tropikalnym ogrodem i basenem w Ranakpur, pewnie ominęlibyśmy go szerokim łukiem, sądząc, że jest zbyt drogi. Nie mniej jednak, nie protestowaliśmy przeciwko niemu. Nigdy nie nastawiam się na luksusy, ale to miejsce powaliło nas na kolana. Zjedliśmy cudowną kolację w ogrodzie pod gołym niebem. Siostry założyły na tę okazję sukienki, a ja… czystą koszulkę. Przy basenie ucięliśmy też sobie miłą pogawędkę z pewną panią, chwaląc jej sari i uroki Ranakapur. Okazało się później, że jej mąż jest właścicielem hotelu. Następnego dnia rano udaliśmy się na śniadanie. Ledwo usiedliśmy, a do stołu kelnerzy zaczęli podawać nam wyszukane potrawy. Byliśmy nieco zaskoczeni, bo inni goście mieli szwedzki stół. Po chwili przyłączył się do nas pewien miły pan, pytając, czy mieliśmy dobrą noc, czy smakuje nam śniadanie i jakie mamy wrażenia po wizycie w tym miejscu. Był to właściciel. Traktowano nas z nadzwyczajnym szacunkiem i gościnnością. Zaczęliśmy nabierać podejrzenia.

Nasz dowcipny kierowca, zapytany przez recepcję, kogo przywiózł, odpowiedział, że bardzo ważne osoby z Polski, z wpływowej rodziny. Chyba był przekonywujący, skoro tak nas potraktowano. Przez jeden dzień czułem się jak VIP. Muszę przyznać, że to miłe uczucie.

 

Krowy

W Delhi wylądowaliśmy bardzo późnym wieczorem. Stojąc w kolejce do kontroli paszportowej zastanawiałem się dlaczego jest tutaj tak gorąco, dosłownie jak w saunie. Po wyjściu z hali okazało się, że na zewnątrz panuje jeszcze większy zaduch. To jeden z wielu uroków końca pory monsunowej. Czym prędzej ruszyłem do klimatyzowanej taksówki.

Jadąc do hotelu, obserwowałem biedne i brudne ulice, masę bezdomnych śpiących na kartonach, żebrzących ludzi. Byłem nieco przerażony porównując ten widok z obrazem Indii w bolywoodzkich produkcjach. Nagle, nie widomo skąd, na głównej drodze pojawiła się krowa. Z zachwytu wyciągnęliśmy aparaty i powiedzieliśmy kierowcy, że jedna z głównych atrakcji na naszej liście może być już odhaczona. Kierowca tylko popatrzył na nas dziwnym wzrokiem. Kiedy rano wyszliśmy na miasto, zrozumiałem dlaczego nasz entuzjazm na widok jednej krowy wydał się dziwny. W samym centrum miasta, na głównych jego ulicach spacerują całe stada krów, przy okazji zostawiając za sobą nieprzyjemne niespodzianki. Jedzą to co znajdą na ulicy, nie wolno na nie krzyczeć, zawsze mają pierwszeństwo. Nie są też ładnie pomalowane, czy ozdobnie ubrane – a taki miałem wcześniej obraz hinduskich świętych krów.

Idąc z przewodnikiem jedną z wąskich uliczek w Varanasi, taka właśnie krowa stanęła nam na drodze. Pan przewodnik zaczął coś do niej mówić i głaskać po grzbiecie. Moja siostra (zwykle nie bawiąca się w konwenanse) klapnęła delikwentkę w zad. Przewodnik był zaskoczony, żebracy byli zaskoczeni i oczywiście sama krowa. Prawdopodobnie był to jej pierwszy raz.

 

Rejs pośród zwłok

Wielu wyznawców hinduizmu pragnie, aby po śmierci ich ciało zostało spalone nad brzegiem Gangesu, a prochy wrzucone do rzeki. Obyczaj ten praktykuje się do dzisiaj. Varansi uchodzi za święte miejsce, gdzie nie tylko dokonuje się palenia zwłok na ghatach, ale również zażywa się rytualnych kąpieli w Gangesie.

To, co dla hindusów jest normalne, dla mnie budziło odrazę, a czasami wręcz grozę. Spacerując wzdłuż brzegu widać było stosy pochłaniające ludzkie zwłoki. Jak nam wytłumaczono, drewno jest bardzo drogie, więc często do rzeki wrzuca się nie do końca spalone ciała. Płynąc łódką byliśmy naocznymi świadkami, jak obok nas przepływają jakieś szczątki. Prawdopodobnie to nie tylko zwłoki, ale także zanieczyszczenia, które wpadają do rzeki. Co więcej, masa ludzi kąpie się w brązowym od brudu Gangesie. Zanurzają się po sam czubek głowy, aby obmyć się z grzechu. Byłem zdumiony.

Osobiście nie byłem tego świadkiem, ale słyszałem, że członkowie najniższej kasty wyławiają z Gangesu zwłoki i zdejmują z nich biżuterię, w której zostali złożeni na stos. Wydaję się to wręcz nieprawdopodobne, nie mniej jednak w Indiach chyba wszystko jest możliwe.

 

Herbata w chacie z trzciny

Udaliśmy się na pieszą wycieczkę po wzgórzach Ranakpur bez towarzystwa jakichkolwiek innych osób. Widoki były zdumiewające. Wzgórza, jezioro, stada dzikich krów, lasy. Po zejściu do doliny, spotkaliśmy panią, która należała zapewne do najniższej kasty. Mimo to nosiła kolorowe sari i srebrne ozdoby. Zaprosiła nas na herbatę do swojej chaty – mały szałas przykryty trzciną i śmieciami znalezionymi zapewne na ulicy. W środku tylko kilka koców i gliniane naczynia. Podziękowaliśmy uprzejmie za zaproszenie i zapytaliśmy się, czy może czegoś potrzebuje. Uśmiechnęła się tylko i powiedziała, że chciałaby szampon. Trochę się zdziwiliśmy, ale wiadomo przecież, że w Indiach dba się o wygląd, a w szczególności włosy. W zamian za szampon daliśmy jej kilkadziesiąt rupii, równowartość pięciu złotych. Z zadowoleniem wzięła banknot i schowała do stanika (podobny zwyczaj jak u nas).

Kiedy moi znajomi oglądają zdjęcie sprzed szałasu tej pani, pytają się „co oni tam suszą”. Otóż nic nie suszą, a tak wyglądają ich domy.

 

 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: