indonezja

Prolog: Jak rzucić wszystko i wyjechać do Azji
Wcześniejsze etapy: WietnamLaos, Malezja

 

Wyruszam do Indonezji bez konkretnego planu. Zdaję się na intuicję i los. Mam nadzieję, że doprowadzą mnie do miejsc, o których istnieniu jeszcze nie wiem. Oczekuję niespodzianek, retuszu stworzonego dawno, mglistego obrazu tego kraju – niezliczonych wulkanów, odległych wysp, kawy, zatłoczonych miast, rajskich plaż, zaśmieconych plaż, islamu, ostrych potraw. Z głębi pamięci przebija się echo ostrzegawczych głosów osób, które już kiedyś tutaj były. Wolałbym ich nie słyszeć, ale pomimo usilnych starań ich ignorowania, wpływają na moje wybory, przynajmniej te początkowe. Jak oswoić się z inną kulturą, niezrozumiałymi czasem zwyczajami, nazwami potraw, sposobem codziennego funkcjonowania? Chyba najlepiej przez pewien czas zostać w miejscu, w otoczeniu lokalnej społeczności, gdzieś na uboczu. Spróbować być cieniem. Tak też robię. Zanim zacznę zmieniać łóżka co kilka dni, pozostanę w jednym przez dwa tygodnie. Gdzieś we wschodniej części Jawy, w anonimowym Blitar, pracując na plantacji kawy.

 

Surabaya.

Mam złe podejście do kontroli na lotnisku. Zapytany o datę wyjazdu odpowiadam – nie wiem, nie mam konkretnego planu. Przymrużone oczy i zmarszczone czoła funkcjonariuszy uświadomiły mi, że nie tego się spodziewali. Ilość pieczątek w moim paszporcie nie wskazywała bynajmniej na brak mobilności, być może dlatego tym razem nie sprawili mi większych problemów i tylko pouczyli. Następnym razem muszę pamiętać o jakimś bilecie, a przynajmniej o wymyśleniu historii, w której znam termin wyjazdu i miejsce pobytu.

Przechodząc przez ulice, kupując bilet na dworcu kolejowym, stojąc w kolejce po smażony ryż wcale nie czuję się bardzo obco. Przypominają mi się obrazki z miast na Borneo i tamtejszy klimat. Mam wrażenie jednak, że ukradkiem, co chwilę ktoś robi mi zdjęcia. Zwracam na siebie uwagę nie robiąc nic szczególnego. Dziesiątki par oczu z zaciekawieniem śledzą moje pospolite kroki. No tak, jeszcze nie natknąłem się na żadnego obcokrajowca.

 

Blitar. Plantacja kawy.

Nieprzypadkowo wybrałem to miejsce. Kawa towarzyszy mi każdego dnia. Moje teksty są nią nasączone. Na filtrach wypalonych papierosów czuć jej smak. Mobilizuje mnie, wyprowadza z porannego letargu, zmienia przygnębionego lunatyka w wypełnioną entuzjazmem osobę gotową wyjść na scenę codzienności. Jestem raczej pewien, że w ostatniej dekadzie nie zdarzył mi się dzień bez choćby jednego kubka czarnego napoju. Przyszedł czas, aby zobaczyć na własne oczy, jak się ją uprawia i przetwarza, kim są osoby, które pracują podczas zbiorów, czym są ziarna kawy dla właściciela plantacji.

Nie jest łatwo tutaj trafić. Droga ze stacji kolejowej w Blitar wije się pomiędzy niskimi zabudowaniami miasta. Jedynie stożkowata sylwetka wulkanu Kelud wynurzająca się zza horyzontu wyznacza kierunek, jaki należy obrać. Tym razem nie musiałem się martwić o transport, gdyż właściciel zadbał o wszystko. Od momentu przekroczenia żelaznej bramy z napisem „De Karanganjar Koffieplantage Blitar” poczułem, że podjąłem dobrą decyzję. Od samego początku nie można było też nie zauważyć śladów kolonialnej przeszłości tego miejsca, dawnej holenderskiej obecności, ale też łączącego przeszłość i teraźniejszość jawajskiego kolorytu. Jeszcze dobrze nie rozejrzałem się dookoła, a już oprowadzono mnie po biurze, restauracji, magazynie i moim ulubionym budynku – kawiarni. Dla mnie to ona stanowiła serce plantacji, miejsce gdzie trud prawie stu pracowników podawany jest w postaci aromatycznego naparu.

Plantacja już od trzech pokoleń znajduje się w rękach indonezyjskiej rodziny, która przejęła ją po tym, jak Holendrzy opuścili ten region. Każdy kto chce spróbować dobrej kawy i poznać historię wschodniej części Jawy powinien tutaj przyjechać. W kilku niewielkich pawilonach mieszczą się ekspozycje opowiadające o tradycjach, codziennym życiu, przeszłości. Po dawnym budynku mieszkalnym przekształconym w muzeum oprowadzał mnie sam właściciel. Całkowicie zaskoczył mnie, gdy spontanicznie usiadł przed pianinem i zagrał dla mnie polski hymn. Tego się nie spodziewałem i nawet nie wiedziałem jak sobie to wyjaśnić. Jak sam powiedział, Polska znajduje szczególne miejsce w jego sercu. Wymienił całkiem sporo powodów – z Polski pochodził pierwszy wolontariusz, którego gościł i z którym się potem zaprzyjaźnił, podróżował po naszym kraju kilka lat temu, w Warszawie otrzymał nagrodę za wyreżyserowany przez niego film krótkometrażowy, w którym zresztą główną rolę odegrała Polka mówiąca biegle po indonezyjsku. Wtedy zrozumiałem, że spośród ponad 260 milionów Indonezyjczyków, trafiłem na kolegę mojej koleżanki. Teoria „sześciu stopni”, mówiąca o tym, że każdego z nas dzieli maksymalnie sześć kontaktów od dowolnej osoby na świecie najwidoczniej nie jest całkiem zmyślona. W moim przypadku był to nawet jeden kontakt. Świat tylko z pozoru wydaję się być wielki.

Już po pierwszym dniu czułem się jak u siebie, choć nie mogłem zapamiętać wszystkich nowych imion. Praca sprawiała mi tylko przyjemność. W soboty i niedziele starałem się obsługiwać gości w kawiarni najlepiej jak potrafię. Nauczyłem się nawet kilku indonezyjskich zwrotów, aby móc zapewnić serwis na najwyższym poziomie. Całkiem możliwe, że zdarzyło mi się na początku podać nie tę kawę, którą zamówili, ale chyba nikt się nie zorientował. Podchodząc do stolika ze słowami „selamat pagi” w momencie, mimowolnie skupiałem na sobie uwagę. Miałem wrażenie, że oprócz pracy kelnera odgrywam także rolę pewnego rodzaju żywej atrakcji, z którą można zrobić sobie zdjęcie. Nawet nie zliczę na ilu fotografiach się pojawiłem. We wschodniej części Jawy obcokrajowcy nie pojawiają się zbyt często, zwłaszcza w stosunkowo niewielkim Blitar, dlatego też miejscowi chcą choć przez chwilę spędzić z nimi czas. Ja za to mogłem nauczyć się nowych zwrotów.

Cieszyłem się z pracy tutaj. Często przesiadywałem gdzieś w kącie po godzinach popijając mocną kawę. Nie wiem, czy to chwilowe zauroczenie wynikające z samego miejsca i efektu robienia czegoś pierwszy raz, ale zastanawiam się, czy mógłbym podjąć pracę w kawiarni po powrocie z podróży. Całkiem mi się to podobało, lubiłem obsługiwać gości, widzieć uśmiech na ich twarzach, a nawet stać za ladą i myć filiżanki. Być może po przepracowaniu kilku miesięcy, wykonując tę samą czynność dzień w dzień myślałbym inaczej i chwilowe zainteresowanie przerodziłoby się w mało ekscytującą rutynę. Natomiast wiem na pewno, że reakcja otoczenia na taki pomysł byłaby mało motywująca. Już słyszę pytania, co z moim rozwojem, karierą, latami spędzonymi na uczelni, marnowaniem dotychczasowego doświadczenia. Ale czy kilka miesięcy temu, rzucając wszystko, przejąłem się podobnymi uwagami? No właśnie.

Dni powszednie wypełniały rozmaite zajęcia. Od sprzątania magazynów na równi z pozostałymi pracownikami, po brudzenie się w ziemi przygotowując sadzonki kawy. Wspólnie z mieszkającymi po sąsiedzku starszymi kobietami ręcznie selekcjonowaliśmy ziarna, które następnie pomagałem palić w specjalnym piecu. Kiedy wyszło na jaw, czym zajmowałem się wcześniej, zaangażowano mnie także do opracowania nowej strategii komunikacji i ustrukturyzowania działań promocyjnych. Nie poczułem się jednak jak w pracy. Wydawało mi się, że robię coś dla wspólnego celu, jakby dla rodziny. Chciałbym, aby inni, tak jak ja, mogli tu dotrzeć i poczuć tę trudną do opisania, przyjemną atmosferę.

Miałem swój pokój i trzy posiłki dziennie, ale za pracę nie otrzymywałem wynagrodzenia. Dostałem coś więcej – doświadczenie. Każdy etap uprawy i przetwarzania kawy stał się mi bliższy. Pracownicy plantacji zadbali o to, abym poznał cały proces, pozwalając mi podglądać jak wykonują codzienne obowiązki. Któregoś dnia mogłem uczestniczyć w lekcji przyrządzania kawy metodami, o których wcześniej nawet nie słyszałem. Kiedy indziej nauczono mnie podstaw degustacji kawy i rozróżniania smaków. Nie udało mi się jedynie uczestniczyć w zbiorach, czyli chyba w najważniejszym etapie całego procesu. Ziarna będą dojrzałe dopiero za kilka miesięcy, w okolicach czerwca lub lipca. Stopniowa zmiana koloru strączków z zielonego na czerwony, da znak do zbliżającego się rozpoczęcia żniw.

Plantację w Blitar odróżnia od innych miejsc przywiązanie do tradycji. Nadal kultywuje się tutaj jawajskie rytuały obwieszczające ten szczególny czas. Oprócz procesji po plantacji, śpiewów, odświętnych strojów, przeprowadza się także ceremoniał małżeństwa ziaren kawy. Tak, ziarna są ze sobą łączone przysięgą, a ludzie zbierają się na symbolicznym weselu obfitującym w rozmaite dania. Choć sama nazwa może wydawać się absurdalna, to tradycja ta ma wymiar symboliczny i praktyczny. Dawała sygnał do rozpoczęcia prac, zbierała ludzi, integrowała ich przed rozpoczęciem żmudnej pracy. Wypowiadane słowa były niejako modlitwą o pomyślne zbiory i pomnożenie plonów w przyszłości. Przez kultywowanie podobnych obrządków dostrzegam także pewien wyraz szacunku dla plonów ziemi. Nie są traktowane wyłącznie jak anonimowy półprodukt na sprzedaż, a owoc, dzięki któremu można utrzymać rodzinę. Z opowiadań właściciela wiem, że niestety to ostatnie miejsce, w którym się o tym pamięta.

Plantacja obejmuje obszar ponad 200 hektarów i nie sposób obejść ją w jeden dzień. Krzewy Robusty schowane są w cieniu wysokich drzew uriana, zarośnięte trawą, wtapiające się w tło. Nie tworzą tak malowniczego obrazka jak równo przycięte herbaciane rządki albo tarasowe pola ryżowe, jednak lubiłem przechadzać się dzikimi ścieżkami przeplatającymi plantację i wpatrywać się w oddalony gdzieś wulkan Kelud. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę w takim miejscu, i to na dłużej, bez konieczności dzielenia się przestrzenią z innymi. Kilka razy udało mi się nawet dotrzeć na peryferie upraw przemierzając rozległy obszar na quadzie. To kolejna rzecz, której nie robiłem nigdy wcześniej.

I tak z planowanych na początku dwóch tygodni, zostałem trzy. Nawet nie wiem, jak szybko upłynął ten czas. Pożegnałem się z każdym pracownikiem, z którym codziennie wymieniałem życzliwe uśmiechy. Spakowałem plecak, ale nie byłem gotowy do wyjazdu. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że kolejny tydzień przerodziłby się w miesiąc. A wiem, że zostało jeszcze tyle do zobaczenia. Przez te trzy tygodnie Indonezja stała się dla mnie bliższa. Nie słyszę już ostrzegawczych głosów.

Strona: http://www.keboenkopikaranganjar.com/en/

 

Blitar.

Wielu zagranicznych turystów może stwierdzić, że Blitar nie wyróżnia się właściwie niczym i pewnie dlatego tak niewielu z nich przyjeżdża w te strony. Dla Indonezyjczyków to miasto ma zupełnie inne znaczenie. Codziennie ściągają tu setki osób nawet z najdalszych wysp, niewielkich wiosek, z peryferii tego rozległego kraju. Wszyscy chcą oddać hołd pierwszemu prezydentowi niepodległego państwa Sukarno, złożyć kwiaty na jego grobie, poznać trochę bliżej jego osobę odwiedzając dom, w którym żył w dzieciństwie. Nie spotkałem się z ani jedną osobą podważającą autorytet prezydenta. Wytworzył się wokół niego swoisty kult, świadczący o ogromnej roli jaką odegrał w historii tego kraju.

Choć kolejki do mauzoleum Sukarno nie ustają, znacznie mniej osób trafia do hinduistycznego kompleksu świątynnego Penataran. Jeśli ktoś tutaj wpada, to najczęściej tylko na kilkanaście minut. Nie będąc znawcą historii, ani nie rozumiejąc symboliki płaskorzeźb zdobiących jedynie ślady po okazałych niegdyś budowlach, podobnie jak pozostali tylko się przyglądam, niczego w pełni nie przeżywam. Cieszę się natomiast, że mogłem zobaczyć miejsce ważne dla moich nowych znajomych, którzy z prawdziwym przejęciem opowiadali o znaczeniu świątyni i dawnej potędze tutejszego królestwa. Od kilkusetletnich ruin zaciekawiły mnie bardziej niewielkie domy otaczające cały teren i fakt, że garstka osób może na co dzień obcować z kilkusetletnią historią. Z pobliskich zagród na spacer wyszły tutaj kury, bez skrępowania grzebiąc w ziemi, jakby miały kontynuować prace archeologiczne. Nikt ich nie przepędza.

Zwykle podczas zachodu słońca można odnieść wrażenie, że na tle kolorowego nieba, stożkowata sylwetka wulkanu Kelud zbliża się po cichu w kierunku miasta. Znajdujący się gdzieś z dala od centrum, schowany za morzem sinych chmur, wyłania się dopiero popołudniową porą. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem jego zarys unoszący się nad horyzontem, nie mogłem doczekać się bliższego spotkania.

Przejeżdżając wymagającymi drogami przez kolejne skromne, spokojne wioski znalazłem się w końcu u podnóża wulkanu należącego do jednego z najbardziej aktywnych w regionie. Również tutaj, tylko garstka osób zdecydowała się na wizytę. Wśród wielu nadal budzi lęk, a bardziej od siły, miejscowi obawiają się jego nieprzewidywalności. Czują wobec niego respekt i niejednokrotnie do codziennych modlitw wplatają kilka słów wywodzących się z lokalnej tradycji, które mają uspokoić żywioł. Dopiero po pokonaniu blisko dwukilometrowego podejścia, znalazłem się na krawędzi ściany krateru wyszczerbionej od wielu erupcji. Oprócz fascynacji widokiem, poczułem dziwny niepokój. Przecież nie tak dawno z tego miejsca wytaczały się kłęby dymu, a siła z wnętrza ziemi raz po raz wyrzucała w niebo ciężkie, granitowe skały jak błahe konfetti. Nawet jezioro pośrodku krateru wydawało się mówić, że nie należy podchodzić bliżej. Toksyczny, zielonożółty kolor tafli wysyłał ostrzegawczy sygnał już z daleka. Nie wiem, czy to tylko złudzenie, czy rzeczywiście nad brzegiem widziałem wydostające się wąskie strumienie oparów. Tak czy inaczej wulkaniczny, surowy krajobraz pobudził moją wyobraźnię.

Pogrążony w myślach o dawnych erupcjach zapomniałem o czasie i nie dostrzegłem kłębiących się burzowych chmur tuż nad moją głową. Kiedy na dobre z nieba zaczął spadać ciężki deszcz, nie pozostało mi nic innego niż schronić się w jednej z grot i poczekać na ponowne wyjście słońca. Burza nie ustawała. Wokół można było usłyszeć jedynie roznoszone przez echo grzmoty i strugi deszczu obijające się o skały. Krajobraz jakby się zmienił. Białe szarfy strumieni ozdobiły zbocza wpadając pokrętnie do jeziora, a grzbiet krateru pokrył przezroczysty welon pary. Znalazłem się w zupełnie nowym miejscu choć nie postawiłem ani jednego kroku w przód lub w tył. Gdy deszcz ustał, jak pierwotny człowiek wyszedłem z groty i ruszyłem do miejsca skąd zacząłem dzisiejszą przygodę. Widok wulkanu towarzyszył mi całe trzy tygodnie.

 

Malang. 

Tuż przed północą. Z na wpółotwartymi oczami wsiadam do ciasnej terenówki, która ma zawieźć mnie na spotkanie z kolejnym wulkanem. Mimowolnie zasypiam i budzę się co chwilę obijając głowę o szybę na każdym zakręcie. Niczego nie widzę, czuję jedynie, że jedziemy krętą szutrową drogą pod górę. Silnik cały czas głośno warkocze, krztusi się na bardziej stromych podjazdach. Musimy być naprawdę wysoko, bo pierwszy raz od dłuższego czasu zaczynam trząść się z zimna. Sięgam po kurtkę, pocieram dłonie starając się je choć trochę ogrzać. Nareszcie silnik zgasł, ale w uszach nie przestaje dźwięczeć jego monotonny odgłos. Samochód zatrzymał się tuż przy ścieżce prowadzącej do punktu widokowego i z niejasnego komunikatu kierowcy zrozumiałem, że do wschodu słońca zostały jeszcze dwie godziny. Wyrwane z płytkiego snu ciało straciło łączność z mózgiem. Kręcę się w jednym punkcie, odpalam papierosy jeden po drugim.

Kawa kupiona w drewnianej budce pozwoliła mi odnaleźć się w czasie i przestrzeni. Choć do świtu zostało jeszcze trochę, już teraz ruszam tam, gdzie zmierzają inni. Też chcę zająć dobre miejsce. Spektakl, w którym główną rolę odgrywają wulkany i poranne słońce nie może być oglądany z dalszego rzędu. Docieram nad urwisko. Przyglądam się ciemnej otchłani przede mną, moknąc od ciężkiej mgły lub chmury, która sączy się niepozornie tuż nade mną…

Stojąc w głębokiej szarości i oczekując na przyjście pierwszych promieni brałem za pewnik, że panorama na wulkany Bromo, Batok, Semeru i Kursi pojawi się tuż na wyciągnięcie ręki. Nie wyobrażałem sobie nawet innej ewentualności. Przecież wstałem wcześnie, przejechałem tyle kilometrów wyboistej drogi pod górę, czekałem przez prawie dwie godziny. Ale słońce już dawno pojawiło się na horyzoncie, ba nawet wspięło się ku górze dość wysoko. Dał mi to do zrozumienia zegarek. Ja za to w dalszym ciągu widziałem jedynie otchłań, choć nie tak mroczną i ciemną, ale nadal pustą.

Poczułem ściskające serce i przełyk rozczarowanie. Głowa odrzucała myśl, że nie uda mi się zobaczyć wulkanów z tej perspektywy. Rozczarowanie zamieniło się w prawdziwą złość, którą tłumiło jedynie wyniesione z domu poczucie przyzwoitości. Wewnątrz krzyczałem i negowałem sens wszystkiego tak jak dziecko, któremu rodzice odmówili kilku ciastek przed zjedzeniem kolacji. Nie chciałem przyjąć do wiadomości, że mgła opanowała to miejsce i szybko się z niego nie wyniesie. Ale jak to? Przecież inne osoby tutaj były i widziały cały spektakl. Dlaczego oni go widzieli, a nie ja? Ja ten widok naprawdę bym przeżył, zapisał, sfotografował. Wiem, że inni którzy tutaj byli nawet nie pamiętają nazwy wulkanów. Im się to nie należy.

Przez chwilę stałem się karykaturą własnego charakteru. Nie doszło do najgorszego, bo do nikogo się nie odezwałem, ani z impetem nie rzuciłem kamieniem przed siebie. Nie mogłem siebie poznać i zapanować nad targającymi emocjami. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio zareagowałem w podobny sposób. Dopiero mijający czas pozwolił mi zrozumieć, że na naturę nie mam żadnego wpływu. Taki frazes, ale chyba czasami o nim zapominam. Kolejne miejsca odwiedzane w Parku Narodowym trochę mnie wyciszyły, odwróciły uwagę od złych emocji. Wyjście nad krater Bromo, widok czarnej pustyni Pasir Berbisik, wyrzeźbione w stożku wulkanu Batok rowy pozwoliły mi się na nowo cieszyć chwilą. To była cenna lekcja. Nastawiając się na coś, wyczekując, wyolbrzymiając, zapominam, że coś może wydarzyć się nie po mojej myśli. A przecież niczego nie można w pełni zaplanować. Wydaje mi się, że przyczyną mojego gniewu była jeszcze jedna sprawa – chcę w pełni uczestniczyć w tej podróży i nie pozwolić sobie, aby coś przegapić. Może przegapiłem pocztówkowy krajobraz, ale czy dzięki temu nie nauczyłem się czegoś nowego?

Po zarwanej nocy, na wpół nieprzytomny wróciłem do Malang. Będąc w łóżku myślałem o całej sytuacji jak o śnie, który znajdował się poza kontrolą mojego umysłu.

Malag nie należy do najbardziej turystycznych miejsc w Indonezji. Obcokrajowcy wpadają tutaj tylko na chwilę, jak do noclegowni, z której wyrusza się na wulkan Bromo. Mimo tego, postanowiłem zostać w mieście dwa dni i chociaż przez krótki moment móc oddychać tym samym powietrzem co miejscowi. Snułem się wodzony jedynie intuicją. Spacer po lokalnym targu ciągnącym się nad wąską rzeką stał się małą podróżą w przeszłość. Obok straganów z warzywami i owocami, można tu dostać także pieczywo, drobną elektronikę i ćwiartowane na miejscu mięso. Sporą część targu zajmowała sekcja z żywymi zwierzętami. Ciasne klatki, często bogato zdobione, stały się nowym domem dla królików, szczeniaków i kolorowych papug. Miałem wrażenie, że za odpowiednią kwotę można kupić tu prawie wszystko, a nie zerknąłem nawet na ciemne zaplecza.

Kiedy kilka dni temu jadąc pociągiem z Blitar zbliżałem się do głównej stacji w Malang, zauważyłem ciasne skupisko krzyczących kolorem domów. Zaintrygowało mnie i w pośpiechu zaznaczyłem go na mapie. Oddalona zaledwie parę kilometrów od centrum wioska Kampung Warna-Warni Jodipan, stanowi jedną z głównych tutejszych atrakcji. Prawdopodobnie wcześniej, uboga dzielnica Malang była omijana przez przyjezdnych i miejscowych szerokim łukiem. Jak głosi miejska legenda, zaczęło się od jednego domu, którego właściciel chciał wykorzystać resztki kolorowych farb na pomalowanie zewnętrznych ścian skromnego domu. Wkrótce sąsiedzi kolejno dołączali do szalonego pomysłu i tak dzisiaj uboga dzielnica kradnie całą uwagę garstki przyjezdnych. Miał to być sposób na odczarowanie tego miejsca i przyciągnięcie turystów szukających mniej popularnych atrakcji. Chyba się udało. Żaden dom nie wygląda podobnie, ale każdy tak samo przyciąga wzrok. Blaszane dachy, kamienne murki, balustrady, okiennice i ściany tworzą abstrakcyjną mozaikę przeplatających się intensywnych barw. Choć z daleka dzielnica emanuje optymizmem, to z bliska dostrzega się przykrytą grubą warstwą farby pospolitą biedę. Gra pozorów? Chęć chwilowej ucieczki od problemów? Czy tylko ja czuję się tutaj nieswojo?

Po drugiej stronie mostu znajduje się podobna wioska, z tym że pomalowana jednolicie na wyrazisty błękitny kolor. Puste od ludzi uliczki wypełnia kreatywność, choć często trącąca kiczem. Butelkom, plastikowym kubeczkom i wszystkim innym produkowanym bezmyślnie śmieciom, mieszkańcy starają się nadać drugie życie i zwrócić na nie uwagę. Choć to mogą zmienić. Przynajmniej na to mają wpływ. Z pewnością podziwiam ich pomysłowość i sąsiedzką solidarność w realizacji wspólnej wizji, ale nie wiem, czy zdołałbym tu zamieszkać. Rozbolały mnie oczy.

 

Yogyakarta.

Po kilku minutach obserwacji ulicznego ruchu kotłującego się przed stacją kolejową, nie wróżę sobie spokojnych spacerów ulicami starego miasta. Pomiędzy samochodami, skuterami i rikszami przedzierają się dodatkowo jednokonne powozy. Kto w takiej przejażdżce widzi przyjemność? Nic się nie zmieniło, nadal przyciągam wzrok miejscowych, robię sobie z nimi kolejne zdjęcia.

Na szczęście nie zabrałem swojego śniadania gdzieś w kąt, tylko usiadłem wraz z pozostałymi gośćmi hostelu przy stole. Z jedną z osób nawiązałem ciekawą rozmowę o buddyzmie. Rozmowa to za dużo powiedziane – ja zadawałem pytania, a ona spokojnie i rzeczowo na nie odpowiadała. Młoda Rosjanka przyjechała tu, żeby własnymi oczami spojrzeć na to, o czym pisze w swojej pracy doktorskiej. Czułem się jak na jej wykładzie, tym bardziej fascynującym, gdyż wspominane przez nią budowle i obrzędy znajdowały się tuż na wyciągnięcie ręki.

Plan na dzisiaj ułożył się sam. Spodziewałem się krótkiego spaceru po okolicy i rozpracowaniu sposobu na dotarcie do okolicznych atrakcji, a od razu udałem się do Borobudur. Dziewczyna, z którą rozmawiałem miała wypożyczyć skuter i pojechać tam jeszcze przed południem. Bez większego zastanowienia postanowiłem do niej dołączyć i ruszyć przez bezdroża prowadzące do świątyni. Ślizgające się przed oczami płaskie pola ryżowe, rutyna zwykłych ludzi i tutejszy autentyzm same w sobie były elementami przejażdżki, które chciałem zapamiętać. Te mijały szybko, by na nowo pojawić się w nieregularnej sekwencji codzienności.

O świątyni, a właściwie buddyjskiej stupie Borobudur wiedziałem mało, a na pewno nie wystarczająco dużo, żeby w pełni docenić, co widzę przed sobą. Nowa koleżanka udzieliła mi jednak kilku wskazówek i wyjaśniła, na co powinienem zwrócić uwagę oraz jakich alegorii doszukiwać się w misternych płaskorzeźbach. Choć nasze drogi rozeszły się podczas zwiedzania kolejnych pięter stupy, i tak w inny sposób przyglądałem się całości i poszczególnym detalom. Zdaję sobie sprawę, jakie szczęście miałem przyjeżdżając tutaj właśnie z nią. Obawiam się, że w innym razie byłaby to jedynie kolejna ciekawa budowla.

Zaczynając od obejścia masywnego kwadratowego podłoża stupy, przemieszczałem się coraz wyżej stawiając kroki na kolejnych poziomach bryły podobnej do piętrowego tortu. Schody w górę, schody w dół, jak w zaklętym labiryncie każdy odwiedzający wytyczał swoją własną trasę. Ostatnie poziomy coraz bardziej gęstniały od ludzi fotografujących statuetki Buddy zasłonięte w nieoczywisty sposób kamiennymi kloszami. Przypomniały mi one widziane jeszcze przedwczoraj zamknięte w klatkach ptaki na miejskim targowisku w Malang. Prześladuje mnie fakt, że pozostałem bez odpowiedzi, żadnego wyjaśnienia powodu, dlaczego statuetki osłania ciężki abażur. Nikt nie potrafił zaspokoić mojej ciekawości. Czy mają chronić jakąś tajemnicę? Może dzięki tej niewiadomej zapamiętam to miejsce na dłużej?

Nabierające czerwieni słońce rzuciło ciepłe światło na parującą dolinę. Mogłem ostatni raz przyjrzeć się zielonej okolicy i sylwetce groźnego wulkanu Merapi.

Plan na drugi dzień w Yogyakarcie także ułożył się sam. Chcąc zaoszczędzić kilkaset rupii zdecydowałem się kupić specjalny dwudniowy bilet do największych atrakcji znajdujących się w okolicy – świątyni Borobudur oraz hinduskiej świątyni Prambanan. Oznaczało to, że po dniu pełnym wrażeń, nadszedł kolejny, tak samo intensywny.

Mam tak, że przed wizytą w niektórych miejscach specjalnie się przygotowuje, czytam o ich historii, przeglądam zdjęcia robione o różnych porach dnia, zaglądam na fora internetowe. Do innych trafiam bez większej wiedzy, licząc, że coś mnie zaskoczy, zainteresuje, pobudzi łaknienie wiedzy. Do Prambanan przyjechałem przemoczony monsunowym deszczem, bez planu, bez cienia pojęcia, czy czeka mnie miła niespodzianka, czy zwykłe rozczarowanie.

Nie mogę wstać na wschód słońca, podczas zachodu robi się zbyt tłoczno. Znalazłem sposób jak cieszyć się odrobiną prywatności w popularnych miejscach. Ruszam do zwiedzania zaraz po deszczu, który przepłoszył wszystkich innych. Krótka luka między ostatnimi kroplami a pojawieniem się słońca daje mi możliwość spokojnego przejścia pomiędzy śladami historii. Interwałowy spacer wokół kompleksu Prambanan, świątyni Sewu i innych rozsianych po okolicy miejscach kultu sprawił, że poczułem dawną mistyczność bijącą pod stopami. Symetria, szarość, surowość. Kałuże mętnie odbijające spoglądające zza pleców fasady. Momentami wierzę, że zostałem tu tylko ja. Nie spotkało mnie rozczarowanie, chcę żebyśmy poznali się lepiej.

Nie potrafiłem w pełni zagłębić się w atmosferze Yogyakarty. Nie wiadomo dlaczego spacer po Jalan Malioboro przerodził się w trucht. Nic nie chciało mnie zatrzymać. Białe fasady kolonialnych budynków w centrum zostały jedynie odnotowane. Nie wierzyłem w słowa tułaczy, którzy sugerowali mi zostać w mieście jeden, może dwa dni. Spoglądając na jego plan wyobrażałem sobie królewski gród, gdzie architektoniczne i kulturowe niespodzianki czyhają za każdym rogiem. Szedłem przed siebie coraz bardziej wątpiąc w stworzoną w wyobraźni magię.

Przez niewielką bramę, jak mysz do kryjówki w ścianie, wdarłem się w końcu do Kratonu. W dawnej dzielnicy mieszkalnej z niską zabudową, otoczoną szczelnie białym murem, meandrowałem i gubiłem się, ale nie w sposób jaki lubię. Ciasne ulice ograniczały moje pole widzenia i nie pozwalały na złapanie dostatecznej perspektywy. Choć drzwi domów pozostawiono szeroko otwarte, zwisające z parapetów głowy marszczyły czoło kiedy rzucałem przed nimi cień. Pewnie nikt nie chciał mnie przegonić, ale wiedziałem, że nie powinienem nadużywać ich cierpliwości.

Po kolei odwiedziłem miejsca o budzących abstrakcyjne wizje nazwach – Wodny Pałac i Podziemny Meczet. Z dawnego rozmachu pozostały urywki. Puste wnętrza obija jedynie echo śmiechu nastolatków, którzy ochoczo robią setki zdjęć przybierając jednakowe pozy. Dopiero po wdrapaniu się na ruiny dawnego pałacu, mogłem dostrzec jednolitą połać ceglanych dachów starego miasta. Dokładnie widzę, w których kierunkach urbanistyczna przestrzeń pęczniała i gdzie obecnie znajduje się nowe centrum uwagi. Kilka metrów nad dachami pozwoliło mi także na wtargnięcie do odizolowanych podwórek. Jak intruz podglądałem to, czego nie mogłem dostrzec z poziomu ulicy i poznać mieszkańców trochę lepiej, choć wyłącznie pośrednio.

Za kolejnymi murami odkryłem nareszcie wejście do pałacu królewskiego. Liczba strażników i obsługi znacząco przewyższała liczbę zwiedzających w pozbawionych życia pawilonach. Wcale się nie spiesząc, już po kilkunastu minutach znalazłem się z powrotem w punkcie startu. Niektóre miejsca mają to do siebie, że są istotne i w pełni doceniane jedynie przez ludzi, którzy dzielą z nimi wspólną historię. Za ignorancję winię jedynie siebie. Z pałacu wyszedłem tak szybko, może też dlatego że na zewnątrz mogłem podejrzeć popołudniowe zwyczaje mieszkańców Yogyakarty. Skwer Alun Alun Utara wypełniły rodziny oraz drobni sprzedawcy słodyczy i zabawek. Wokół unosił się dym pomieszany z zapachem przyrządzanych na ogniu przekąsek. Dopiero wtedy poczułem się jak w miejscu dostępnym równo dla wszystkich. Nad pochłoniętymi przez czas wolny ludźmi, czuwały jak posępni dziadkowie dwa ogromne figowce. Choć teraz nie musiały dbać o zapewnienie cienia, ani schronienia przed deszczem, wolały pozostać na straży.

Niebawem minie miesiąc od przyjazdu. Zaczynam powoli rozumieć Indonezję i jej mieszkańców. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że Jawa, choć najbardziej zaludniona wyspa całego archipelagu, stanowi zaledwie niewielką część tego nieskończonego kraju. Musiałbym spędzić w Indonezji chyba połowę życia, żeby w pełni móc nazwać każdy z elementów tej barwnej układanki. Bałem się, że tutejsi mieszkańcy nie dadzą mi swobodnie poruszać się ich ulicami, a na każdym kroku będę traktowany wyłącznie jako kolejny turysta, na którym można trochę zarobić. Jak bardzo się myliłem. Choć czasami niełatwo było przejść niezauważonym, czułem się mile widziany. Nigdzie też nie dostrzegałem zagrożenia. Być może miałem szczęście. W spojrzeniach ludzi widziałem zainteresowanie, gdy mijaliśmy się w codziennym tłoku. Część z nich skusiła się nawet, aby mnie zatrzymać, zrobić zdjęcie i choć przez chwilę porozmawiać. Za każdym razem pojawiały się te same pytania i te same odpowiedzi z mojej strony. Za każdym razem cieszyłem się tak samo, gdy ktoś mówił mi, że mamy podobne flagi.

W wielu kwestiach się myliłem. Czekam na więcej odkryć. Pozostaję otwarty na niespodzianki i zmiany w i tak luźnym planie.

 

Denpasar. Kuta.

Yogyakarta – Singapur, Singapur – Denpasar. Ranek na Jawie, popołudnie na Bali. Nie wdając się w szczegóły, paradoksalnie opuszczenie Indonezji na kilka godzin było najprostszym sposobem na przedłużenie pobytu w tym kraju.

Szybkie spojrzenie na miasto zatłoczone od turystów. Chcę się z niego wydostać. Sklepiki z podróbkami, restauracje z zawyżonymi cenami, masy prężących muskuły chłopaków, którzy wydają swoje oszczędności na drinki w głośnych klubach. Kolejny raz ciemne zaułki masowej turystyki wyłaniają się na pierwszy plan. Wesołe gromady nie stąd zapominają, że już dawno opuściły plażę i prawie całkowicie obnażeni z przyzwoitości pewnie idą przed siebie. Turyści czują się tak, jakby mieli to miejsce na własność i mogą bez skrępowania wprowadzać swoje zasady. Miejscowi nie mają wyjścia, muszą to akceptować jeśli na poważnie myślą o przetrwaniu. Tak bardzo nie chcę w tym uczestniczyć.

Na szerokiej plaży panuje ten sam uliczny zgiełk. Najwidoczniej ludziom nie przeszkadzają ławice śmieci, które przypłynęły nie wiadomo skąd. Zamiast muszli, pod nogami łamią się plastikowe opakowania i odbijające światło kawałki metalowych puszek. Meduzy zastąpiły foliowe woreczki, mimo że falują z tą samą gracją, całkowicie nie pasują do stereotypowego obrazu raju. Gdzieś w oddali samotne jednostki toczą zaciętą bitwę z morskimi przybyszami. Worki napełniają się szybko, choć jeszcze długo nie zobaczymy wyłącznie złotego piasku. Inni wrażliwcy walczą aparatem. Być może zdjęcia przemówią do wyobraźni wielu z nas. Większość ludzi jednak tylko początkowo parska oburzeniem, po czym wypija kolorowy koktajl i oddaje się błogiemu lenistwu pozbawionemu jakichkolwiek problemów.

 

Pulukan. Wyspa Menjagan.

Dopiero teraz czuję, że znalazłem się na wyspie na drugim krańcu świata. Do pobliskiej plaży docieram żwirową ścieżką prowadzącą przez pola ryżowe. Nie widzę nikogo przed sobą. Wodzą za mną jedynie pary wielkich oczu wylegujących się w cieniu krów. Nie pamiętam, żeby morze było tak głośne. Pędzące fale rozbijają się o kruchy brzeg usypany z czarnego piasku i drobnych kamieni. Raz po raz załamująca się ściana wody uderza mnie z całej siły. Pewnie gdybym odpłynął trochę dalej od lądu i nie czuł już dna pod nogami, straciłbym kontrolę nad swoim życiem. A wokół pustka, nikt nie odpowie na wołanie o pomoc.

Choć już kilka razy uprawiałem snorkeling, jeszcze nigdy wcześniej nie miałem okazji, żeby zabrać ze sobą aparat. Kolor, ryby, koralowce. Z każdym przepłyniętym metrem wyłania się całkowicie nowy, zaskakujący podwodny krajobraz. Okolice wyspy Menjangan uchodzą za jedne z najlepszych miejsc w Indonezji do eksploracji osobliwego świata znajdującego się tuż pod powierzchnią. Po kilku godzinach spędzonych na wnikliwej obserwacji, trudno mi się z tym nie zgodzić.

Zmęczony ciągłym przebieraniem rękami i nogami udałem się na chwilę odpocząć na brzeg wyspy. Ku mojemu zaskoczeniu przywitało mnie kilka przyjaznych jeleni oczekujących w zamian jakiegoś smakołyku. Nie udało mi się znaleźć rzetelnej informacji, jak tutaj dotarły, ale ponoć same przypłynęły poszukując lepszego miejsca do życia. Być może pilnują niewielkiej hinduskiej świątyni na tej bezludnej wyspie?

 

Lovina.

Znowu przypadek sprawił, że znalazłem się tutaj, a nie w inny miejscu. Kilka dni spędzonych z siostrą i jej partnerem na odkrywaniu smaków w niewielkich restauracjach nad samym morzem całkowicie pochłonęły mój czas. W prawdzie rzeczy mógłbym coś zaplanować, jednak wolałem nie zaprzątać sobie tym głowy i skupić się na niekończących się spacerach po plaży. Po nurkowaniu w pobliżu Wyspy Menjangan, dołączyłem do grona kilku osób, które zmierzały w kierunku miasta.

Pewnie w szczycie sezonu na ulicach i po plaży snuje się więcej turystów, teraz jednak w znacznej większości dominuje lokalny żargon. W hostelu, a właściwie w niewykończonym domu przeznaczonym na wynajem dla niskobudżetowych tułaczy byłem sam. Przez większość wieczoru towarzystwa dotrzymywał mi właściciel i jego przyjaciel. Przy domowej roboty winie, które miałem okazję skosztować nie raz, codziennie śpiewali i grali na instrumentach. Mimowolnie zapamiętałem nawet słowa jednej z piosenek o leniwym nic nierobieniu pod drzewem mango.

Podczas śniadania właściciel zaproponował mi wspólną wizytę do miejsca, gdzie regularnie odbywają się walki kogutów. Sama koncepcja wydaje mi się nie do zaakceptowania, a co dopiero obstawianie pieniędzy na jedno ze stworzeń walczących na śmierć i życie. Takie wątpliwe atrakcje są ponoć popularne wśród Indonezyjczyków, zwłaszcza na Bali. Na walki przyjeżdżają rządni krwi z całego kraju, niejednokrotnie obstawiając wysokie kwoty na zakładach. Z biegiem lat rozwinęła się cała machina tworząca tego typu widowiska, od hodowców i trenerów kogutów po osoby odpowiedzialne za zapraszanie gości z grubymi portfelami. Co miałem odpowiedzieć na zaproszenie? Na początku uznałem to za żart. Kiedy okazało się jednak, że nowy znajomy mówi całkowicie poważnie, stanowczo podziękowałem. Przez chwilę zastanawiałem się jeszcze, czy mogę odwieźć go od pomysłu uczestniczenia w tym procederze, jednak swoim jednoznacznym stanowiskiem nie chciałem sprawić wrażenia, że „wiem lepiej”.

Kilka leniwych i podobnych do siebie dni ułożyło się w rutynę. Decyzja o wyjeździe odwlekała się każdego wieczora.

Klasztor buddyjski Brahma Vihara Arama. Wzgórza i widok na Morze Balijskie. Pola ryżowe. Wodospad Gitgit.  Świątynia Ulun Danu Beratan.

 

Wulkan Ijen.

Krótki powrót na Jawę. Przeprawa powolnym promem przez ciemne morze i spokojną noc. Z każdym uderzeniem fal powieki stają się cięższe. Nie pobudza mnie adrenalina, ani wyobrażenia o tajemniczym kraterze przykrytym turkusową połacią. Tym razem niczego sobie nie obiecuję. Przecież nie tak dawno oczekiwania przerodziły się w chorą frustrację. Pozostaję od nich wolny odsuwając myśli o tym co było i co ma dopiero nadejść.

Wokół totalna czerń. Światła samochodu odkrywają tylko skrawek rzeczywistości. Szutrowa droga przez las, gigantyczne paprocie, kałuże popołudniowego deszczu. Powietrze staję się coraz bardziej rześkie od głębokiej nocy i górskiego wiatru. Musimy być niedaleko. Jeszcze kilka godzin temu miałbym problemy z opisaniem uczucia chłodu, teraz zakładam sweter i kurtkę. W oczekiwaniu na przewodnika piję słodką kawę w chacie opalanej drewnem. Dym i wilgotny chłód tworzą mieszankę przypominającą mi o miejscu na drugim końcu świata, sprzed lat.

Na głowę zakładam latarkę, na szyi zawieszam maskę przeciwgazową. Rozpoczynam stromy marsz stawiając pierwsze kroki po omacku. Senne, zwężone źrenice dopiero po chwili zaczynają dostrzegać coś więcej. Uliczne światła zarysowują kontury wyspy, jakby była tylko jarzącą się obręczą pływającą po bezkresnym morzu nocy. Przede mną i za mną dziesiątki latarek pozostałych tułaczy, chaotycznie mruga i pulsuje, przypominając taniec czerwcowych świetlików w wysokiej trawie. Cichy wiatr przynosi zapach wydobywającej się z krateru siarki. Początkowo tylko przeszkadza, później drapie w gardło. Już wiem dlaczego noszenie masek jest tu koniecznością.

Pomimo późnej lub wczesnej godziny, wiele osób pracuje. Lokalni mężczyźni dorabiają wywożąc zagranicznych turystów za szczyt krateru prowizorycznymi tragaczami. Jakkolwiek to brzmi, ta praca i tak jest lepsza i bardziej opłacalna od pracy w biznesie siarkowym. Mijam wielu zmęczonych mężczyzn, którzy zwożą do skupu żółte bryły na metalowych wózkach. Inni wydobywają minerał z samego dna krateru i w koszach zawieszonych na barkach przenoszą go na szczyt. Nie mają masek, ani nawet odpowiedniego obuwia. W niebezpiecznych warunkach zarabiają dziennie mniej niż trzydzieści złotych, jednak chętnych nie brakuje. Jakoś trzeba wyżywić liczną rodzinę. Toksyczne opary powodują, że tylko garstka dożywa czterdziestki. Kolejny raz przenika mnie wdzięczność za życiowe szanse, na które w ogóle nie musiałem zapracować.

Wspinaczka w górę zakończona. Teraz ostrożnie schodzę w dół czując w nozdrzach coraz bardziej intensywny zapach. Potykam się ledwo widząc przez załzawione oczy. Duchota, pogłos syczących gazów ulatniających się gdzieś za plecami i ciemność. Tylko takie piekło mnie przeraża. Zdecydowane machnięcie ręką przewodnika daje znak do postawienia jeszcze kilku kroków. Mamy z bliska przyjrzeć się mistycznym niebieskim płomieniom. Choć widzę je stąd, coś kusi mnie, aby iść dalej. Już żałuję. Opary siarki tłoczą się do maski. Kwaśny osad zalega w gardle i dławi oddech. Niczego nie widzę, nie mam czym oddychać, stopy osuwają się po stromym zboczu. Klaustrofobiczna pułapka paraliżuje wszystkie mięśnie. Nie wiem co dalej robić, brakuje mi tlenu, popadam w panikę. Łzy leją się z podrażnionych oczu i coraz bardziej się duszę. Kiedy to się skończy, jak mogę się wydostać. Ktoś chwyta mnie za rękę i wyprowadza z gęstej chmury. Łapię oddech, głośno i instynktownie, jak dziecko opuszczające łono matki. Mogę przysiąc, że przez chwilę poczułem smak śmierci. Powoli się uspokajam, choć w przełyku nadal pozostają toksyczne opary. Nie mogę się od nich uwolnić, nie pomaga woda, ani jedzone dla zabicia smaku miętówki. Patrząc na łupiących bryły mężczyzn zastanawiam się tylko, czy do tych warunków można przywyknąć. Czy z biegiem czasu wprawiający początkowo w obłęd zapach staje się neutralny dla zmysłów. Zrobię wszystko, bym nie musiał się o tym sam przekonywać.

Jak najszybciej chcę oddalić się od tego miejsca. Z powrotem wchodzę nad krater i czekam na nadejście poranka. Pierwsze promienie słońca odsłaniają widok, którego się tu nie spodziewałem. Czy to możliwe, że pośrodku deszczowego lasu znajduje się namiastka lodowej krainy? Mlecznoniebieskie oko w bezruchu wypełnia ostrą koronę ze skał. Zbocza pokryła jakby cienka warstwa śniegu. Nad całą przestrzenią zapanował arktyczny błękit. Toksyczne opary przemieniły się w niewinną mgłę łagodnie meandrującą pomiędzy konarami, z których już dawno uszło jakiekolwiek życie. Wszystko ma coś z tajemniczości. Nieprzespana noc spowalnia prace neuronów, ten skrawek świata staje się jeszcze bardziej nierzeczywisty.

Kiedy słońce już w pełni ogrzało zziębniętą ziemię, zobaczyłem zupełnie inny obraz. Mogę przysiąc, że byłem w kilku miejscach w przeciągu zaledwie jednego poranka. Wszechobecny błękit i grafit zmienił się w pełną paletę barw, poczynając od ciepłego beżu po wszystkie odcienie miedzi. Dopiero teraz mogłem się dokładnie przyjrzeć strumieniowi gęstych oparów unoszących się z dna krateru. Kłębiący się i siwy jak warkocz sędziwej kobiety. Nawet z oddali ostrzegał przed sobą. Nie mogłem uwierzyć, że niczego nieświadomy zanurzyłem się w nim. Pewnie drugi raz nie odważyłbym się na bliskie spotkanie.

Choć schodziłem tą sama ścieżką, która prowadziła mnie wcześniej na szczyt, dopiero teraz mogłem przyjrzeć się wulkanicznej panoramie wschodniej Jawy. Horyzont przecinają kolejne wyższe lub niższe stożki oblane świeżą zielenią. Spacer w towarzystwie widoku na wulkan Raung stał się tak samo wielką przygodą jak nocna eksploracja krateru.

Z każdym kolejnym metrem w dół powietrze robi się bardziej przyjazne. Nareszcie jest ciepło. Pomimo ciężkich powiek i popękanych od braku snu warg, nadal czuję się w pełni sił. Chciałbym jeszcze coś zobaczyć, albo przynajmniej zacząć spisywać wszystko, co dzisiaj przeżyłem. Rozsiadłem się w aucie i tylko na chwilę zmrużyłem oczy. Obudził mnie dopiero sygnał syreny dobiegający z portu. Wracam na Bali.

 

Ubud.

Jedno z najbardziej znanych miejsc na Bali. O ile potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie przyjeżdżali tutaj kilkadziesiąt lat temu, nie wiem dlaczego zatrzymują się tu teraz. Niewielkie miasteczko zdziesiątkowała masowa turystyka. Mam problem z odnalezieniem spokoju, lokalnych restauracji, miejsc, w których można na chwilę się zatrzymać i zatracić w myślach. Skaczę po świątyniach bo nic nie potrafi mnie zatrzymać na dłużej.

Popołudnie spędzone na długiej wędrówce po grzbiecie wzniesienia Campuhan. Im bardziej oddalałem się od miasta, tym bardziej dostrzegałem autentyzm i szczerość okolicy. Słońce ślizgało się po szerokich polach ryżowych, po których brodzili strudzeni rolnicy. Każdą czynność wykonują tak jak dawniej. Nic nie zmieniło się w tej materii, przynajmniej nie tutaj, nie na poletkach dziedziczonych od pokoleń. Pierwsze negatywne wrażenie powoli odeszło w niepamięć, jakoś się zamazało.

Postanowiłem dać dodatkową szansę nawet nie temu miejscu, a sobie, aby móc coś przeżyć. Następnego dnia obudzony warkotem motorów poszedłem przed siebie, odganiając natrętnych kierowców taksówek. Plan był prosty – dotrzeć w okolice Tegalalang i na własne oczy zobaczyć wzgórza pokryte tarasami ryżowymi. Choć do pokonania miałem blisko dziesięć kilometrów, nie wynająłem skutera, ani nie zapłaciłem za transport. Chciałem uczestniczyć w życiu ulicy pokrytej wytworami pracy lokalnych rzemieślników. Warsztaty i magazyny wychodziły wprost na chodnik. Meble, rzeźby, drobne pamiątki z łatwością można kupić na straganach w centrum miasta, jednak tylko tutaj istnieje szansa, żeby poczuć lokalny koloryt i przyjrzeć się ciekawym zdobieniom bez konieczności kupna żadnego z tych przedmiotów.

Jakoś w połowie dystansu zatrzymałem się w małej restauracji, w której serwowano proste potrawy. Wszystkie dania widoczne były z ulicy, umieszczone w witrynie, z drugiej strony zasłonięte firanką przed chaotycznie latającymi owadami. Kiedy młody chłopak podszedł do mnie z talerzem ryżu, ja wskazałem ulubione potrawy. Bez skrępowania nałożył je dłonią, którą wcześniej jedynie zanurzył w misie z wodą. Mam nadzieję, że nie dałem po sobie poznać zdziwienia. Zapłaciłem za posiłek i nie myśląc za wiele o tutejszej praktyce, przystąpiłem do jedzenia.

Kiedy dotarłem już na miejsce wiedziałem, że po raz kolejny nie trafiłem z czasem. Ryżowe żniwa już dawno się skończyły, a mnie pozostał widok pustych basenów odbijających kolor nieba. Tylko niektóre z nich nadal wypełniała zieleń przecinana przez biel żerującego ptactwa. Tak czy inaczej, naszpikowane palmami pola stanowiły o charakterze centralnej części wyspy. Nie mogłem sobie odpuścić kurtuazyjnej wizyty.

Wracając do miasta udało mi się złapać stopa. Choć nie wymachiwałem ręką, liczyłem że ktoś zaproponuje mi transport.

Świątynia Saraswati. Pałac Ubud. Małpi Las.

 

Amed.

Nareszcie znalazłem miejsce idealne. Prawdziwe. W którym żyją ludzie, a nie turyści. Choć plaża nie była tą z pocztówek, codziennie na nią przychodziłem. Biały piasek zastąpił ciemny żwir, a białe żaglówki rybackie katamarany. O poranku kobiety składały ofiary z kwiatów, a popołudniami dzieci radośnie hałasowały. Częściej spacerowałem w towarzystwie kur niż ludzi. Proste życie ogarnęło całą wioskę i toczyło się wzdłuż jedynej ulicy, czasami tylko przenosząc się do świątyń lub na plażę. Czułem, że jestem bliski odnalezienia spokoju.

Każdy dzień przypominał kolejny. Wydarzeniem stawało się wyjście po owoce, albo zjedzeniem kolacji w nowym miejscu. Któregoś dnia ulica się zmieniła. Udekorowały nią wysokie pale zwieńczone liśćmi palmy i przybrane w ciastka i kwiaty. Okazało się, że Balijczycy przygotowują się w ten sposób na święto Galungan, podczas którego duchy przodków przychodzą na ziemię. Kilka osób z hostelu założyło sarongi i udało się nawet do świątyń żeby podejrzeć celebrację, jednak mnie coś powstrzymało. Chyba nie chciałem poczuć, że do końca nie jestem mile widzianym gościem.

Czternaście kilometrów za miastem znajdowała się hinduistyczna świątynia Lempuyang usytuowana na wzgórzu o tej samej nazwie. Świątynia słynie z unikatowej bramy w kształcie skrzydeł, przez które roztacza się widok na sąsiadujący wulkan Agung. Każda z gwiazd mediów społecznościowych będąca na Bali odwiedza to miejsce ze względu na jego wyjątkową fotogeniczność. Nie ma nic złego w zrobieniu sobie pamiątkowego zdjęcia na tle ciekawego zabytku, o ile proces nie przekształca się w długą i pretensjonalną sesję. Ktokolwiek zajmuje się utrzymaniem obiektu, poradził sobie z tłumem przed bramą i usatysfakcjonowaniem turystów. Przed wejściem do świątyni otrzymuje się specjalny numerek, a po jego wywołaniu można zająć miejsce w bramie, przyjąć pozę i zdobyć idealne zdjęcie na swój profil. Mają pecha ci, których kolejka wypadła w momencie, kiedy padał deszcz, albo wulkan spowiły ciężkie chmury. Ja skupiłem się na obserwacji świątyni i niedorzecznych póz, jakie przyjmowała część osób. Karteczkę ze swoim numerem oddałem kobiecie, która wchodziła na dziedziniec świątyni.

Nie mogę ukryć, że dramaturgia obiektu poruszyła moją wyobraźnią. Pośrodku ja. Przede mną tajemniczy portal, przez który widać tylko sine i kłębiące się chmury. Za plecami stroma, piętrząca się ściana ozdobiona dziesiątkami posępnych rzeźb. Czy mam o czymś zdecydować?

Powrót do wioski nie sprawił mi tyle trudu, co dojazd do świątyni. Pomimo wyraźnego zaskoczenia ze strony osoby, która wypożyczała mi rower i zdecydowanych rad, abym wziął skuter, postawiłem na swoim. Chciałem się trochę zmęczyć, poczuć ból w mięśniach, doświadczyć fizycznego wysiłku, którego w ostatnich dniach nie miałem zbyt wiele. Obawiałem się, że wkrótce założę plecak i po przebyciu kilkuset metrów się poddam, a nie mogłem sobie na to pozwolić. Ciągła droga pod górę we wczesnopopołudniowym upale sprawiała, że chyba przez większość czasu prowadziłem rower, a nie na nim jechałem. W każdym razie na górze poczułem, że na coś zapracowałem. Odbyłem pokutę i z czystymi intencjami mogłem stawić się w świątyni. Droga w przeciwnym kierunku nie przysporzyła mi tylu trudności, a co więcej nie zajęła tyle czasu. Bez wysiłku mogłem mijać kolejne wioski i cieszyć się widokami, które wcześniej zeszły na dalszy plan.

 

Nusa Penida. 

Już nawet nie pamiętam, dlaczego postanowiłem przyjechać na tę wyspę. Czy ktoś polecił mi przyjazd tutaj, czy ja sam znalazłem zdjęcie miejsca, które wydawało się tak nierealnie piękne, że nie pozostawało mi nic innego, niż osobista weryfikacja.

Na początku nic nie układało się zgodnie z planem. Być może spóźniłem się na prom, albo z premedytacją zostałem wprowadzony w błąd, w każdym razie musiałem zapłacić za droższą opcję, czyli szybką łódź. Ta swoją przystań miała po drugiej stronie wyspy, więc nie zostawało mi nic innego niż zapłacić za dodatkowy transport, choć i tak udało mi się mocno zejść z ceny.

Początkowe pasmo małych nieszczęść szybko się skończyło i Nusa Penida została moim rajem, moimi wakacjami, moim latem. To tutaj poczułem prawdziwą wolność jeżdżąc skuterem po bezdrożach i uśmiechając się sam do siebie. To tutaj ujrzałem plaże, których nigdy wcześniej nie widziałem. I to tutaj coś zrozumiałem. Pewnie wkrótce ta przygoda znajdzie swój koniec, wrócę do pracy i codziennego życia. Nie mogę się łudzić, że będzie inaczej. Choć podróż i poznani ludzie nie zmienili mojego charakteru, czy sposobu myślenia jako całości, to wiem, że inaczej postrzegam życie. Chyba trochę bardziej pozytywnie. Zawszę mogę wziąć sobie przerwę, odizolować się, nabrać dystansu – dosłownie i w przenośni. Powinno być to dla mnie oczywiste od samego początku, skoro podjąłem już taki krok. Porzucenie rutyny aprobowanej przez większość społeczeństwa nie musi być aktem desperacji. Cieszę się, że to zrozumiałem.

Świątynia Goa Giri Putri. Kelingking Beach. Diamond Beach. Atuh Beach.

 

Na koniec.

Mija piąty miesiąc w Azji. Do tej pory spałem w 36 łóżkach, a w samej Indonezji w 11. Najlepiej wspominam to w Blitar, gdyż zaraz po przebudzeniu mogłem zajrzeć do kawiarni i przygotować sobie filiżankę kawy ze świeżo zmielonych ziaren Robusty. Choć na mapie mogło pojawić się jeszcze kilka strzałek, i tak doświadczyłem więcej niż wcześniej przypuszczałem. Pozostałe wyspy tego niekończącego się kraju zostawiam na kolejny raz, kiedy znowu będę mógł podróżować bez presji czasu. Tymczasem ruszam na lotnisko. Nastąpił dość nieoczekiwany zwrot akcji w mojej azjatyckiej przygodzie, bo rozszerza się na nowy kontynent. Nie spodziewałem się, że już teraz Australia będzie w zasięgu mojej ręki.

2 IndonezjaTrasa:
Surabaya – Blitar – Malang – Yogyakarta – Singapur – Denpasar, Kuta – Pulukan – Lovina – Ubud – Amed – Nusa Penida – Denpasar

Podsumowanie kosztów podróży:
– transport: 1560 zł
– noclegi: 650 zł
– wyjazdy i wejściówki: 780 zł
– pozostałe: 1650 zł
TOTAL: 4640 zł / 53 dni

 


%d blogerów lubi to: