iran

Dwa pierwsze tygodnie marca były jedną wielka przygodą, której początki zaczęły się już kilka lat temu. Coś pociągało mnie w tym kraju – jego demoniczny wizerunek w zachodnich mediach, zaratusztrianizm, restrykcyjne prawo religijne, bogata architektura, rozwój gospodarki obciążonej sankcjami. Od podróży do Iranu oczekiwałem wielu odpowiedzi i utwierdzenia mnie w dotychczasowych poglądach opartych na doświadczeniach innych, artykułach w prasie oraz literaturze naukowej poznanej na studiach. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, otrzymałem wiele odpowiedzi, ale też zrodziły się nowe pytania. Rzecz jasna nie wgryzłem się w społeczeństwo, jednak w pewnym stopniu trochę lepiej rozumiem Iran.

Pewnie jeszcze znajdę natchnienie do „przepisania” całego wyjazdu dzień po dniu, jednak czuję, że jeszcze powinienem wszystko przetrawić. Teraz muszę uporządkować myśli i nadać kolejnemu dziennikowi pewien zarys.

Dzień 1., Teheran

Choć wizę do Iranu zorganizowałem sobie już wcześniej i wiedziałem, że nie powinno być problemu z wjazdem, pozostawała lekka niepewność. Gdzieś z tyłu głowy nadal odzywał się stereotyp kraju zamkniętego, odizolowanego, nastawionego negatywnie do zachodu. Okazało się, że nikt nie robił problemów, wręcz przeciwnie, zderzyliśmy się z serdecznością.

W prawie pustym samolocie z Londynu, wszystkie kobiety miały odsłonięte głowy. Zaraz po wylądowaniu każda z nich z pokorą nałożyła chustę, zdając sobie sprawę z panujących w Iranie reguł. Jadąc taksówką do centrum miasta przypatrywałem się dziwnej infrastrukturze i zabudowie Teheranu. Choć wszystko było przyzwoite, to przypomniał mi się obraz polskich miast z filmów lat 80. Klimat trochę komunistyczny, trochę arabski. Po ulicach nie jeżdżą samochody znanych marek, ludzie nie noszą ubrań z sieciówek, rzeczywistość przed laty zamknęła się w jakiejś bańce i rozwijała na swój sposób.

Rezerwacja jakiegokolwiek hostelu w Iranie nie jest może wyzwaniem, ale na pewno nie da się tego zrobić za jednym kliknięciem. Wiele stron pozostaje zablokowanych i chcąc cokolwiek wcześniej zarezerwować należy napisać maila. Myślałem, że system będzie działał bez szwanku, jednak po dotarciu do celu, okazało się, że hostel został zamknięty jakiś czas temu. Wyciągnąłem notatki w poszukiwaniu innego miejsca do spania. I udało się. Niewielki hostel prowadziła grupa młodych osób. Mieli nowoczesne podejście, ale jednocześnie nawiązywali do perskiej tradycji, co wyrażało się w wystroju pomieszczeń. Po odespaniu lotu ruszyliśmy w północną część miasta do kompleksu pałacowego. Spokojny spacer zakończył się dziwną zupa warzywną podawaną ze sfermentowanym kefirem.

O Moście Natury słyszałem już kilka lat temu i było to jedno z miejsc na szczycie mojej listy. Nie rozczarowałem się. Metalowa konstrukcja mostu lekkim łukiem łączyła jeno wzgórze z drugim. Labiryntem ścieżek można było przemieszczać się na wyższe i niższe poziomy. Małe kawiarnie i restauracyjki zawieszone zostały w szczelinach przecinających się przęseł. Budowa mostu przypomina trochę konstrukcję ogrodowej altanki, przez którą latem swobodnie przepływa ciepły wiatr. Chodź pod mostem płynie wolna rzeka samochodów, spacerując po nim można naprawdę się zrelaksować. Jest to popularne miejsce spotkań młodych Irańczyków.

Na ulicach Teheranu nie da się nie zauważyć, i nie ważne, czy w bogatszych dzielnicach, czy na peryferiach miasta, ludzi noszących plastry na nosie. Operacje plastyczne są tutaj bardzo popularne. Twarz jest wizytówką człowieka, tą częścią ciała, która nie musi być zasłonięta, więc każdy chce żeby wyglądała jak najlepiej. Co ciekawe plaster na nosie jest też symbolem pewnego statusu społecznego. Nic tez dziwnego, że wiele osób nosi plaster-atrapę, chcą pokazać tym samym, że mogą pozwolić sobie na operację i są dobrze usytuowani. Dotyczy to w równej mierze kobiet i mężczyzn.

Dzień 2., Kaszan

Teheran został tylko obwąchany. Metro na dworzec i autobus do Kaszan. Uwielbiam hostele w dawnych budynkach, dzięki którym nawet nocleg może stać się ciekawy. Typowy irański dom z dziedzińcem i parterem położonym poniżej poziomu ulicy, przez co letnie upały doskwierają mieszkańcom trochę mniej. Krótki spacer po okolicy i lokalnym bazarze.

Wieczór spędziliśmy w opustoszałym, ale bardzo klimatycznym meczecie Agha Bozorg. Już wtedy przekonałem się, że podróż ze starszą siostrą będzie kłopotliwa. Wszystko przez jej nazbyt przyjacielskie i bezpośrednie nastawienie do ludzi. Dwóch nastoletnich Irańczyków chciało ze mną pogadać, z resztą jak większość osób widzących obcokrajowców na horyzoncie. Po krótkiej rozmowie pożegnali się podając mi ręce. W momencie siostra wkroczyła do akcji robiąc dokładnie to samo. Zwyczajny gest okazał się dla młodych chłopaków szokiem. Kobiety zwykle nie zachowują się podobnie, zwłaszcza obce i w takim miejscu. Musiałem mentalnie przygotować się na więcej takich niespodzianek.

Zwykle w hostelach spotykałem młodych podróżujących bez zobowiązań, czy spędzających długie wakacje z dala od codzienności. W Kaszan natknęliśmy się jednak na spora rodzinę z Teheranu, która przyjechała tutaj na weekend, aby oderwać się od zgiełku stolicy. Szybko się zintegrowaliśmy, a ja chyba zaskarbiłem ich serca pisząc imiona członków rodziny po persku. Alfabet nie różni się aż tak bardzo od arabskiego, więc miałem jakieś szanse. Z serdecznością nie mogli pojąć, jak ten blondyn może pisać i czytać w ich ojczystym języku. Atmosfera się rozluźniła, zostaliśmy zaproszeni na tańce w ich ogromnym pokoju i na zakazane uciechy – alkohol. Przyznam się, że nie spodziewałem się, że będę miał okazje wypić wódkę i to w towarzystwie Irańczyków. Być może moje pytanie było nie na miejscu, ale za wszelką cenę chciałem się dowiedzieć, jaka kara grozi za spożywanie alkoholu. Chcieli mnie chyba uspokoić, bo od razu odparli, iż chrześcijanom nic nie grozi. Zgodnie z obowiązującym prawem, muzułmanom przyłapanym na gorącym uczynku należy się chłosta, a trzykrotne złamanie prawa prowadzi do więzienia. Choć wiedziałem, że jestem teoretycznie bezpieczny, postanowiłem już nie sięgać po kieliszek do końca wyjazdu. Po co kusić los i narażać się na nieprzyjemności. Nasza nowo poznana rodzina poczuła się dość swobodnie w naszym towarzystwie. Podpytywali nieśmiało, co sądzimy o konieczności noszenia przez kobiety chust. Odpowiadaliśmy dyplomatycznie, jednak kobiety jasno stawiały sprawę. Nie obawiały się powiedzieć, że gdyby nie narzucone prawo, chętnie odsłaniałby włosy i chodziły ubrane swobodniej. Być może trafiliśmy na bardziej liberalne osoby, ale mam swoją teorię. Prawo szariatu i sam Islam zostały narzucone społeczeństwu, czy to poprzez podboje arabskie, czy przez polityczny przewrót. Wydaje się, że to, co nie przychodzi naturalnie, nie jest w pełni akceptowane. W tym konkretnym przypadku moja teoria się sprawdza.

Dzień 3., Kaszan

Proste rzeczy mogą zafascynować człowieka, który zwraca uwagę na detale. Podczas porannej herbaty w hostelu, zamiast białego sypanego cukru, dostaliśmy jego skrystalizowaną postać na drewnianym patyczku. Gdyby nie ostre brzegi i fakt, że został podany razem z gorącym napojem, pomyślałbym, że jest to szafranowy lizak. Było pewne, że przed wyjazdem zaopatrzę się w kilka pudełek.

Kaszan tworzy miła atmosferę prowincjonalnego miasteczka, które stanowi miejsce ucieczki z zatłoczonego Teheranu. Nie tylko ja tak myślę. Kolejka po bilet do pałacu Tabatabaei pokazuje, że Irańczycy chcą tu spędzać swój wolny czas. Wbrew pozorom nawet w tak nieskomplikowanym mieście nie jest trudno, żeby się zgubić. Wąskie ulice, wysokie ściany, przylegające do siebie domostwa wodzą przechodniów i nie dają odnaleźć celu zbyt łatwo. Niepozorny z zewnątrz hammam Sultan Amir Ahmad skrywa ducha przeszłości. Chłodne miejsce misternie ozdobione kolorowymi kafelkami niegdyś musiało być gwarne i duszne. Turkusowy korytarz prowadzi do schodów, po których można wejść na pofalowany dach. Z dziwnej konstrukcji wyrastają płaskie kopuły z niewielkimi oknami pozwalającymi przedrzeć się światłu do wewnątrz. Ze stosunkowo niewielkiej wysokości można sięgnąć wzrokiem po same granice miasta i kryjące się za nim masywy górskie. Kto by pomyślał, że prosty zabieg architektoniczny mający spełniać wyłącznie praktyczne zadanie może nadać krajobrazowi takiego kolorytu.

W okolicach Kaszan skrywa się wiele ciekawych miejsc, które chyba najlepiej pokonać samochodem z kimś, kto ma wprawę w jeździe po szutrowych drogach i nie boi się ugrzęznąć w piaskowych zaspach zachodzących na jezdnię. Podziemne miasto w Nushabad nie było na szczycie mojej listy, ale zahaczyliśmy o nie niejako po drodze. Pewnie dla wielu fascynatów historii byłaby to nie lada gratka przemierzać wąskie korytarze ciągnące się w ciemnej stęchliźnie. Od klaustrofobicznego labiryntu zdecydowanie bardziej wolę otwarte przestrzenie. Praktycznie na obrzeżach miasta, u podnóży niezamieszkałego pustkowia wyłania się surrealistyczna budowla przypominająca kolorowy portal do magicznej krainy. Świątynia Aran va Bidgol ujmuje od pierwszego spojrzenia swoimi kolorami i lustrzanymi dekoracjami, które odbijają promienie słońca na wszystkie strony. Kolejne zaskoczenie, westchnienia podziwu. Oczy łzawią, bo nie chcą się zmrużyć, muszą jak najdłużej być otwarte, bowiem tylko wtedy zapamiętają każdy detal.

W Iranie nie ma pustych przebiegów – po prawej i po lewej stronie zawsze coś może przekłuć uwagę, tak jak jeden z wielu karawanseraj, czyli zajazd dla karawan. Choć budowle nie wyróżniają się szczególną architekturą, budzą wyobraźnię o dawnych kupcach przemierzających pustynie, ich życiu, niebezpieczeństwach, jakie napotykali na swojej drodze i oczywiście o uczuciach, jakie mogły im towarzyszyć po dostrzeżeniu długo oczekiwanego przystanku.

Choć dzień powoli zbliżał się ku końcowi, czekało na nas jeszcze Słone Jezioro. Co ciekawe o tej porze roku, ani nie przypomina jeziora, ani pustkowia pokrytego lukrową warstwą soli. Ta, dopiero zaczyna się krystalizować i powoli formować. Chodząc po białej skorupie słychać znajomy dźwięk, jakby kruszącego się pod stopami śniegu. Czy aby na pewno to sól? Wyciągnąłem z kieszeni kilka pistacji i zamoczyłem w jednej z kałuż. Smak ewidentnie słony, przechodzący w mocno gorzki. Kierowca nie mógł się mylić, byliśmy we właściwym miejscu.

Miałem uczucie, że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od ciągnącej się po horyzont pustyni Maranjab nie spotkam żywej duszy. Chwila na wsłuchanie się w samotny wiatr i spacer grzbietem żółtoczerwonych wydm. Przekonałem się jednak, że miejsce to jest całkiem popularne wśród miłośników quadów i offroad’u. Całe gromady młodych ludzi zjeżdżają się z okolic żeby się na chwilę rozerwać. Piaszczyste góry zakrywają to, co dzieje się pod nimi, dając uczucie wyizolowania.

Jadąc szutrową drogą natknęliśmy się na stado wielbłądów. Niczym nieskrępowane pozowały do zdjęć, wdzięcząc się przy tym i trzepocząc długimi rzęsami.

Dzień 4., Isfahan

Wyruszyliśmy do Isfahan. Chcąc odwiedzić kilka miejsc po drodze, postanowiliśmy wcześniej, aby wynająć taksówkę. Ku naszemu zdziwieniu pod hostel przyjechała kobieta. Kolejny mit został obalony. Trochę żałuję, ze nie mówiła zbyt dobrze po angielsku, bo miałem wiele pytań związanych z codziennym życiem w Iranie.

Choć bardzo reklamowany we wszelkich przewodnikach, ogród Fin nie wywarł na mnie ogromnego wrażenia. Znacznie ciekawsza okazała się wioska Abyaneh, zamieszkała jedynie przez 1000 osób. Każdy dom wyglądał tak samo. Gliniane domy przylegające do siebie przypominały leśne mrowisko. Poczułem się jak w opustoszałym skansenie, którego eksplorację nie krępuje żaden kustosz. Bez zahamowani wchodziłem do kolejnych porzuconych domów, często wchodząc na najwyższe kondygnacje i dachy ryzykując upadek. Popękana glina, niestabilna konstrukcja i spróchniałe belki jakoś mnie nie zniechęciły. Abyaneh zamieszkuje jedynie około tysiąc osób, a pierwsza klasa podstawówki liczy tylko sześcioro uczniów. Ludzie porzucają to miejsce ze względu na poszukiwanie lepszego życia w większych miastach. Pozostali oczekują tylko spokojnego końca. Mogąc pozwolić sobie na dłuższy spacer, udaliśmy się na przeciwległe wzgórze. Dopiero z niego ujrzeliśmy ceglaste wzniesienie w pełnej odsłonie.

Po kilku godzinach dotarliśmy do skromnego hostelu w Isfahan. Pozostawiliśmy bagaże i wyruszyliśmy na zatłoczony lokalny targ w poszukiwaniu przysmaków na kolację. Na targu odkryłem kiszony czosnek. Idealna przekąska lub dodatek do sałatek, choć w Polsce traktowana jako produkt uboczny kiszenia ogórków.

Choć hostel nie wyróżniał się miłą atmosferą, z tarasu na dachu, co dzień można było podziwiać zachód słońca odbijający się w kopule meczetu Jameh. Kolejny raz poczułem, że jestem we właściwym miejscu, ciesząc się na myśl, że pozostało mi tu jeszcze kilka dni.

Dzień 5., Isfahan

Sąsiadujący z naszym hostelem meczet Jameh wybudowano na zgliszczach zoratosztrianskiej świątyni. Od progu czuć ducha czasu obiektu o ponad tysięcznej historii. Ciemne wejście z zatłoczonej od kupców ulicy wprawia w nastrój powagi i pozwala odciąć się od wszechpanoszącego się zgiełku.

Przedzierając się przez kłęby ludzi, często jesteśmy zaczepiani, ale w pozytywny i serdeczny sposób. Na krótką chwilę ludzie chcą z nami porozmawiać, zapytać czy wszystko jest dobrze, czy mogą nam w jakiś sposób pomów. Zdecydowanie wiedzą gdzie jest Polska, pytają nawet, czy jesteśmy z Warszawy, z Krakowa, a może jakiegoś innego miasta. Rozmowy trwają naprawdę krótko, ale zawsze kończą się stwierdzeniem, ze Polacy bardzo dobrze grają w siatkówkę.

Wchodząc na plac plac Naghsh-e Jahan można zapomnieć, że jest się w samym centrum miasta. Po prawej rodziny jedzący obiad na trawie, po lewej grupy młodych chłopaków grających w piłkę, a ja skrywam się w cieniu meczetu pisząc pocztówki. Wszystko spowalnia. Z bogato udekorowanych budynków bije dostojność. Węże wzorów przeplatają się miedzy sobą, geometrycznie kłębiąc i malując na błękit świątynne kopuły.

Podróżowanie po Iranie zdecydowanie odbywa się bez scenariusza. Trochę trudno wszystko zaplanować i zarezerwować z większym wyprzedzeniem. Niemożliwym jest chociażby zakup biletu lotniczego na rejs krajowy z zagranicy. Przechodząc koło biura Iran Air wpadliśmy na pomysł zaoszczędzenia czasu przez lot z Shiraz do Teheranu, zamiast podróży autobusem. Choć podróż jest trochę droższa (ok. 40 euro) to z pewnością dużo szybsza.

Jak szpiedzy z czarnobiałych filmów, pozbawieni telefonów i jakiejkolwiek nawigacji, wraz z nowymi znajomymi z Kashan, postanowiliśmy się spotkać ponownie na środku mostu Trzydziestu Trzech Łuków, równo o siedemnastej. Zimnowojenną scenerię zastąpiła romantycznie podświetlona kamienna konstrukcja. Unosiła się zaledwie kilka metrów nad szerokim korytem wyschłej rzeki. Lepiej było patrzeć przed siebie i wśród tłumów przechodniów szukać trzech znajomych twarzy, niż spoglądać na marny obraz popękanego od słońca mułu. Przykre, że to, co przyciąga do Isfahan gromady ludzi i stanowi o jego turystycznej istocie, gdzieś wyparowało. Ponoć jeszcze miesiąc temu woda płynęła beztrosko wdzierając się przez łuki mostu. Z roku na rok błękitna wstęga przepływa przez miasto coraz krócej, dając świadectwo nadmiernej eksploatacji zasobów wodnych w Iranie. Na moście pojawił się jeszcze jeden szpieg, z którym nie planowaliśmy tajnego spotkania. Okazał się hostem naszych znajomych. Jak widać również w Iranie można znaleźć darmowy nocleg korzystając z tych portali, które nie zostały jeszcze zablokowane. Długa rozmowa z młodym Irańczykiem dotyczyła przede wszystkim polskiej kinematografii, którą jak się okazało, ceni wiele osób w tym kraju. Często byłem zawstydzany przez swoją niewiedzę na temat faktów związanych z produkcją filmów Kieślowskiego i innych produkcji sprzed kilku dekad.

Po kolacji i mocnej herbacie w lokalnej restauracji noc wydawała się chłodna. Ulice przycichały. Był to sygnał do powrotu do hostelu.

Dzień 6., Isfahan, Jazd

Oglądając irańskie wiadomości domyśliłem się, że w Isfahan cały dzień będzie padał deszcz, a w Teheranie śnieg. Nie spodziewałem się wysokich temperatur w marcu, jednak coś zaburzyło egzotyczny wizerunek tego kraju. Nie chcąc tracić dnia, w deszczu ruszyliśmy do ormiańskiej dzielnicy Dżolfa. Od razu można poczuć inny klimat. Nad kamiennymi budynkami góruje katedra Vank, na ulicach nie brakuje stylowych kawiarenek, ludzie zachowują się jakby spokojniej. Po odwiedzeniu kilku już meczetów, to malowidła na ścianach chrześcijańskiej świątyni wydają się być czymś unikatowym. Złoto ścieka z ikon ułożonych pod same sklepienie. Geometryczne zdobienia oplatają głowy cherubinów, które znamy z niedzielnych mszy. Tylko zapach świec wiedzie myśli gdzieś na wschód.

W przemoczonych kurtkach wsiadamy do autobusu jadącego do Jazd. Za oknem, w całkowitej ciszy pustkowia przemykają pasma gór. Biała lawa miękko spływa po ich stokach wpraszając się na równinę. Pomiędzy zeschłymi trawami osiadł marny śnieg, który już wkrótce strawi spragniona ziemia.

Dotarliśmy do Jazd, w którym wizyta zapowiada się bardzo ciekawie. Miasto jest zadbane, przytulne, prawie wszędzie można dotrzeć pieszo. Kolejny raz wybraliśmy hostel w tradycyjnym budynku. Ma duży dziedziniec, gdzie oprócz napicia się herbaty można zapalić sziszę i zagrać w szachy. Robiąc pierwszy nocny rekonesans centrum miasta, moja przyjazna siostra podeszła od tyłu żołnierza będącego na warcie i poklepała go po ramieniu. Pewnie na świecie jest tylko kilka osób, które mogłyby to zrobić. Postanowiłem szybko się oddalić chcąc ratować chociaż swoje życie. Uzbrojony żołnierz nie wiedział, co ma zrobić, był w totalnym szoku spowodowanym jej zuchwalstwem. Trochę się wystraszył, a z drugiej zdenerwował, ale na szczęście pozwolił jej odejść. Jakimi intencjami kierowała się moja siostra? Zauważyła, że gra na komórce, wiec chciała mu przypomnieć, że jest na służbie…

 

Dzień 7., Jazd

Atrakcje, które można zobaczyć w Jazd zostają niejako na deser. Eksploatację tego regionu zaczynamy o oddalonego około siedemdziesiąt kilometrów dalej miasteczka Kharanaq. Choć niegdyś tętniło tutaj życie i stanowiło ważny punk na perskiej mapie, dzisiaj stanowi przykład kolejnego miejsca zapomnianego przez cywilizację. Skupisko glinianych domków z oddali wygląda jak porowate wzgórze. Niczym się nie wyróżnia, wtapia się w surowy krajobraz. Nie wiem dlaczego, ale towarzyszy mi uczucie jakbym plądrował jakąś zbiorową mogiłę. Choć dookoła roztacza się majestatyczny pejzaż surowych gór, na którym powinienem skupić uwagę, zastanawiam się nad losami ówczesnych mieszkańców. Co spowodowało, że opuścili swoje domy? To banał, bo zawsze chodzi o kwestie materialne. Co musieli wtedy czuć, czy była to trudna decyzja, czy wracają w rodzinne strony? Nie jest to wcale takie oczywiste.

Spodziewałem się, że Chak Chak, które jest najważniejszym miejscem kultu zoroastrian z całego świata, będzie bardziej dostępne. Rzecz jasna nie chodzi mi o parking na sto autokarów. W górskiej szczelinie, na całkowitym pustkowiu ktoś kiedyś doszukał się cudu. Choć otoczenie i równe tempo kropel opadającej wody może wprawiać w nastrój kontemplacji, pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego rzesze osób upodobały sobie to miejsce. Niewielka kaplica z wiecznie płonącym ogniem może zgromadzić zaledwie garstkę osób. Nie wybudowano monstrualnej budowli, nie postawiono pomnika. Krople opadającej wody są wystarczającym świadectwem boskiej obecności.

Kursor na mapie właściwie się nie porusza, choć pokonujemy wielkie odległości. Popołudnie spędzone w klimatycznym Mejbod, którego obrzeża można ogarnąć wzrokiem z fortu Narin. Z przerażeniem czytam menu w lokalnych restauracjach. Najwidoczniej ta część Iranu słynie z dań z wielbłądziego mięsa – głównie kebaby i gulasze.

Słońce dopiero powoli zachodzi, więc swój wzrok skupiam na mieniący się pomarańczowo-różowych refleksach kompleks Amir Chakhmagh. Jeśli miałbym komuś opisać tę budowlę pewnie użyłbym określenia „miejska gablota”, na której można ułożyć pamiątki godne wyeksponowania. Faktem jest, że ścianę z licznymi balkonami i wgłębieniami, stworzono jako inscenizację przedstawień religijnych upamiętniających śmierć imama Huseina, ważnego wydarzenia dla szyitów. Wieczorem miejsce to wygląda całkowicie inaczej niż za dnia. Podświetlone ciepłym światłem zamyka skwer, tworząc przytulną, domową atmosferę. Nic dziwnego, że tłumy mieszkańców to tutaj spędzają wolny czas, zajmując przy tym każdy skrawek placu.

W jakimś przewodniku przeczytałem, że w jazd znajduje się zurkhaneh, czyli tradycyjna perska siłownia, będąca miejscem treningów ówczesnych wojowników. Nie wiem, w jakim stopniu zurkhaneh pozostało autentyczne. Choć trzeba go trochę poszukać, na miejscu okazuje się, że nie trafiają tam tylko nieliczni odwiedzający. Wokół owalnego ringu, w dwóch rzędach siedzą zagraniczni turyści pijący słodką herbatę. Czy jest to tylko spektakl? Trening wydaje się być realistyczny, a nieoczywiste ćwiczenia z wykorzystaniem dziwnych przyrządów wykonują dorośli mężczyźni i nastoletni chłopcy. Rytmiczna muzyka wybijana na bębnach ma wprowadzać w stan skupienia. Elementy tańca przeplatają się z mozolnymi ruchami. Co jakiś czas wszyscy dodają sobie otuchy głośnymi krzykami. Wysiłek unosi się w powietrzu.

Zanim tutaj przyjechałem, zastanawiałem się, czy prawdą jest, ze Irańczycy chętnie zapraszają obcokrajowców do swoich domów. Nie czekałem długo na zaproszenia, jednak dopiero w Jazd zdecydowaliśmy się skorzystać z jednego. Spotkane w restauracji małżeństwo po pięćdziesiątce serdecznie namawiało nas na wizytę w swoim domu. Byli ewidentnie złaknieni czyjeś wizyty. Nie wiedzieliśmy jak się zachować i czego się spodziewać. Irańska gościnność zaczęła się już u progu hostelu – małżeństwo przyjechało po nas samochodem. Pokazali nam swoje dwustumetrowe mieszkanie i uraczyli słodyczami i herbatą. Rozmowę prowadził mężczyzna, podczas gdy kobieta przyrządzała kolację. Całkowicie obcy ludzie spotkali się, żeby porozmawiać i miło spędzić czas. To takie proste i oczywiste, choć dla wielu całkowicie niezrozumiałe. Po raz kolejny pojawia się banalne hasło – czy tak nie może być na co dzień? Tylko na początku było trochę dziwnie, nieswojo, jednak z biegiem czasu stawaliśmy się dobrymi znajomymi.

Dzień 8., Jazd

Kulminacja wyjazdu, moment na wyjście ze sfery encyklopedycznych opisów do świata rzeczywistego. Kiedyś wertując strony podręczników do historii, natknąłem się na zdjęcie wież milczenia. Niepozorne kamienne platformy usytuowane na wyschłych wzgórzach nie wzbudzały takich emocji, jak samo wyobrażenie o przebiegu obrządku.

Ludzkie ciała wynoszone na wzgórza i pozostawiane na żer głodnego ptactwa. Dzień po dniu, latające drapieżniki wydzierają kolejne warstwy odsłaniając białe kości. Pozostałe okruchy korpusów spychane do dołu stanowiącego centrum budowli. W taki sposób zoroastrianie, nie chcąc skazić martwym ciałem świętych żywiołów ziemi i ognia, rozprawiali się z ludzką materią.

Stąpając po budowli miałem wrażenie chodzenia po zbiorowej mogile. Fascynowało mnie i jednocześnie przerażało to doświadczenie. Wiem, że wiele osób może myśleć, że to bestialska forma „pochówku” – nawet nie potrafię znaleźć odpowiedniego słowa opisującego tę czynność. Ale co za różnica, czy unicestwią nas ptaki, czy drobne robactwo żyjące w ziemi. Choć brzmi to jak wyznanie psychopaty, żałuję, że kilkadziesiąt lat temu ta tradycja została ostatecznie zakazana w Iranie. Chciałbym na własne oczy zobaczyć czarną chmurę nad jedną z wież. Dziś ciała wyznawców tej religii składane są w betonowych sarkofagach i umieszczane pod powierzchnią ziemi. W cieniu wież, co kilka tygodni rozrasta się cywilizowany cmentarz. Wieże milczenia stały się grobowcami milczenia.

Muzeum Wody – kolejna antywizytówka miasta odwiedzona. Prawdopodobnie kilkadziesiąt lat temu mieszkańcy i nieliczni przybysze zachwycali się konserwatywną ekspozycją, jednak w świecie szybkim i nagłówkowym to miejsce traci na swojej wartości. Nie jestem zaskoczony, dlaczego wodzie poświęcono tyle uwagi. Od zawsze na suchych, pustynnych terenach zbitka dwóch pospolitych pierwiastków decydowała o losie człowieka. Dziś Iran jest jednym z krajów, którego zasoby wodne są najniższe na świecie. Przy utrzymującym się poziomie zużycia, już niebawem woda będzie ponownie decydować o losach ludzi. Może już niebawem wodę będziemy postrzegać w kategorii surowca naturalnego?

Kawa na dachu jednej z wielu niedokończonych kamienic tuż nieopodal centrum miasta. Nie ukrywam, że trudno jest nam znaleźć miejsce, gdzie w spokoju można napić się kawy, nawet takiej jakiejkolwiek. Większość z przyjemniejszych miejsc prowadzą lokalni hipsterzy, których wbrew pozorom cieszy wizyta gości. Ciepły, słoneczny wiatr zdaje się tępić mój zapał do wizyty w kolejnym miejscu. Kawa nadal nie działa.

Jeszcze nigdy nie widziałem świątyni ognia, ale chyba spodziewałem się czegoś bardziej mistycznego, przeszycia emocjami, podobnego do tego, jakie doznałem na wieży milczenia. Nawet fakt, że odizolowany szybą ogień tli się nieprzerwanie już od kilkuset lat, nie wywołał spięcia. Świątynia nie jest jednym z tych obiektów, za których detalami wodzi się nieprzerwanie rozbieganymi oczami. Przekonuje za to klasyką prostoty i symetrii. W sąsiadującym z świątynią pawilonie, co jakiś czas przewija się wizerunek brodacza w białej szacie, do złudzenia przypominającego znajomego chrześcijanom proroka.

Bez pośpiechu stawiam kroki kierując się do hostelu. Co pewien czas mimowolnie napotykam się na wizerunek Ahura Mazdy. Zawieszone nad drzwiami domostw płaskorzeźby dają świadectwo dominującej niegdyś w tym regionie religii.

Słońce przygasa. Góry wychodzą zza mglistej kotary i zbliżają się do swoich wiernych widzów. Z każdą minutą podchodzą coraz śmielej, by w końcu stanąć z nimi twarzą w twarz. Rysy gór stały się wyraziste i krzykliwe. Jeszcze kilka chwil i światło zgaśnie.

Dzień 9., Sziraz

Po przejechaniu ponad 400 kilometrów nie tracimy czasu na odpoczynek. Przeciskamy się przez tłumy na bazarze Vakil, który w czwartkowe popołudnie pęka w szwach. Niebawem rozpocznie się Nouruz – perski nowy rok, więc rodziny kupują ostatnie dekoracje i prezenty. Podniosła atmosfera i ekscytacja wypełniają każdą ze szczelin w starych murach. Wokół kłębią się metry barwnych materiałów, przyciągając uwagę odzianych w czerń kobiet.

Iran nie jest turystyczna potęgą. Jaśniejsze odcienie skóry i zabłąkany wzrok zawsze się wyróżni spośród tłumu. Po raz kolejny napotykamy znajomego, którego ostatnio widzieliśmy w Jazd. Może to czysty przypadek, albo po prostu razem podążamy utartym przez wielu szlakiem.

Nie zamierzam niczego przegapić, albo ominąć tylko dlatego, że jestem zmęczony. Na odpoczynek znajdę jeszcze czas. Cudownie oświetlone kopuły mauzoleum Karim Khan przyciągają mnie jak rozżarzona lampa nocnego owada. Kopuły unoszą się nad ziemię z lekkością i gracją kolorowego balonu, który przelatuje tuż nad głowami morza wiernych. Głowna część budynku została ozdobiona mozaiką ze szkła. Skrzywione odbicie wizerunku człowieka ma symbolizować, że kompletny i doskonały jest tylko bóg. Dla mnie to człowiek jest doskonały. Przecież kto stworzył coś tak wyjątkowego? Drobne kawałki zwykłego szkła mienią się i połyskują jak żywe srebro. Ciepłe, żółte światło kryształowych żyrandoli zmienia wnętrze w złotą komnatę. Choć widzę tylko niekompletne odbicie mojego człowieczeństwa, wiem, że jestem na właściwym miejscu.

Kilkanaście minut szybko zmieniło się w godzinę. Czas płynie inaczej? Czu jestem w jakiejś bajce?

Dzień 10., Sziraz

Persepolis to miejsce, w którym byłem już niejednokrotnie. Przenosiłem się do antycznego miast wraz z kolejnym słowem opisującym jego dawną majestatyczność i potęgę. Wróciłem po dłuższej nieobecności, spodziewając się, że wyimaginowany obraz dorówna temu realnemu. Czy na nowo odkryłem czar, który wykluwał się co raz w głowie małego dziecka? Konfrontacja z rzeczywistością okazała się nader bolesna, nie mniej odnalazłem kamienne postaci, które towarzyszyły mi we wcześniejszych podróżach. Kolejne miejsce, na które trzeba patrzyć wykadrowanym wzrokiem, zwracać uwagę na detale i skrywające się ciekawostki. Bez komentarza lokalnego przewodnika, wiele z nich umknęłoby niepostrzeżenie. Podziwiam to, co tylko pozostało.

Dzień 11., Sziraz

Nie lubię zaczynać dnia zbyt wcześnie. Zawsze stawiam opór przed wyjściem z łózka przed dziewiątą. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy wstaję zanim zadzwoni budzik. Tak też było i dzisiaj. Nie mogąc się doczekać wizyty w meczecie Nasir al-Molk nawet nie wypiłem porannej kawy. Choć gęste chmury grały ofensywnie, słońce nie chciało się poddać nierównej walce. Chwile chwały pozwalały na przebicie się przez barwne szkło witraży, które kolorowało wnętrze meczetu. Rój zwiedzających zatopił się w tęczy pozując do zdjęć. Wielobarwne ściany ozdobione typowymi perskimi mozaikami, jeszcze bardziej przykuwały wzrok. Ceramiczne róże ożyły, wypełniając aż po sufit „różowy meczet”.

Spacer wokół cytadeli. W zasięgu wzroku pojawiła się atrakcja, obok której nie jestem w stanie przejść obojętnie. Już czuję słodki zapach tradycyjnych przysmaków. Najlepsze w zakupach jest to, ze wszystkiego można najpierw spróbować. Mam wrażenie, ze my tez jesteśmy pewną atrakcją dla ubranych w kliniczną biel kobiet sprzedających irańskie słodycze. Nie obyło się bez zdjęć i zaproszeń na portale społecznościowe. Wydając niewielką sumę zaopatrzyłem się w spory zapas nugatu, galaretek i cukierków. Zbyt dobrze siebie znam, spory zapas wystarczy na zaledwie kilka dni.

Dzień 12., Sziraz

Iran powoli staje się dobrym znajomym. Bez skrępowania przemierzam ulice, w których jeszcze kilka dni temu szybko zagubiłbym się. Już rozgryzłem ten system. Majestatyczny meczet Vakil jest już tylko meczetem Vakil, choć usiłuję sobie wmówić, że patrzę jakby na jeden z cudów świata. Olśnienia i eksplozji emocji doznaję w restauracji, próbując prostego dania „dizi”. Nie wiem, czy to zupa, czy może proste danie z ziemniaków. Oprócz aromatycznego smaku, sam sposób i ceremoniał jedzenia jest całkiem zaskakujący. Z glinianego kubka należy wylać wywar do miseczki i zjeść chlebem. Warzywa ubija się następnie metalową gałka i je jak purée. Jedyne wegetariańskie danie w menu, które samo mnie wybrało okazało się strzałem w dziesiątkę.

Dzień 13. upłynął na oczekiwaniu na spóźniony lot do Teheranu i planowaniu tego, co jeszcze trzeba zobaczyć w stolicy.

Dzień 14, Teheran

Biegiem ruszyłem do metra, aby jak najszybciej dotrzeć pod wieżę Azadi, która stanowi dla mnie ikonę miasta. To jest to, czego szukałem. Modernistyczna konstrukcja płynnie wzbijająca się ku niebu. Bije od niej elegancja. Pozorna prostota konstrukcji zmienia się pod każdym kątem, zaskakuje przybierając inna formę. Wokół placu wzbijają się już mniej gustowne budynki mieszkalne przypominając polskie osiedla z wielkiej płyty.

Na ulicach panuje już świąteczna atmosfera związana z nadejściem nowego roku – Nouruz. Po mieście rozrzucone ogromne jajka ozdobione najdziwniejszymi wzorami. Sklepikarze i zwykli mieszkańcy wystawiają ołtarzyki, na których z należytą uwagą ustawione są lustro, kiełkujące proso, jabłko, srebro i kwiaty. Wszystko wiąże się z zoroastriańską tradycją. Chyba każdy jest w stanie dostrzec podobieństwo z chrześcijańskimi rytuałami zwiastującymi Wielkanoc.

Ostatnie chwile w Teheranie były prawdziwą ucztą dla oka. Pałac Golestan imponuje bogactwem dekoracji i kunsztu rzemiosła. Każda kolejna komnata odkrywa czar, stawiając zwykłych ludzi w osłupienie.

Znajdujące się w ogromnym gmachu Muzeum Klejnotów Narodowych odkrywa imponujące wnętrze. W ciemnej sali, do której można wejść tylko przez właz o szerokości ludzkiej ręki, mienią się bezcenne klejnoty, biżuteria i ozdoby pamiętające czasy najstarszych władców. Chronione z największą uwagą dobro narodowe ma nigdy nie paść w cudze ręce. Oszołomienie może towarzyszyć nawet tym, którzy mogą mieć wszystko na tym świecie.

Dzień pełen wrażeń miał zakończyć się na spokojnym piciu herbaty w hostelu. Nie zdawałem sobie sprawy, że ostatni wieczór będzie emocjonującym i zarazem idealnym pożegnaniem się z Iranem. Młodzi ludzie, którzy na co dzień prowadzą hostel, rozpalili na dziedzińcu budynku ognisko. Przeskakując nad wysokimi płomieniami klaskali w ręce, śmiali się, śpiewali. Nadszedł Chaharshanbe Suri, czyli święto ognia. Poprzez jego rozpalenie umarli mieli ponownie połączyć się z żyjącymi. Spotkałem się też z innym wytłumaczeniem – ogień ma oczyścić duszę z wszelkich niepowodzeń, aby móc szczęśliwie wejść w nowy rok. Nie mogłem zaplanować lepszego zakończenia pobytu w tym kraju. Zobaczyłem znacznie więcej, niż się spodziewałem. Przygasające płomienie ogniska symbolicznie dały znak do pożegnania.

Może zabrzmi to banalnie, ale chyba jesteśmy coś winni Iranowi. Nie wiem, czy na świecie jest jeszcze inny kraj, którego wizerunek jest do tego stopnia zdemonizowany. Po spędzeniu dwóch tygodni w tym miejscu, nie mogłem w pełni wejść w społeczeństwo i w pełni go poznać, jednak nawet z perspektywy turysty widać, że mamy w głowach zupełnie inny obraz, niż taki, na który zasługuje ten kraj. Nie wiem, czy dzieląc się moimi przeżyciami uda mi się pokonać uprzedzenia osób, z którymi mam do czynienia, ale będę się starał. Mieszkańcy miast, które zwiedziłem są niesamowicie przychylni i zainteresowani obcokrajowcami. Chcą pomóc w znalezieniu tego, czego szukamy, porozmawiać i poznać nas – mieszkańców krajów, do których mają ograniczony dostęp. Chciałbym zostać tu trochę dłużej, około rok, i zagłębić się w kulturę Iranu.

Z czysto turystycznego punktu widzenia, Iran ma wiele do zaoferowania. Jeśli wielu Polaków nie ma problemów z wyjazdem do Turcji lub Egiptu, nie powinno mieć także nic przeciwko wizycie w Iranie. Oczekiwałem wiele po tym kraju i nie zawiodłem się.

Chyba jeszcze nigdy w krótki sposób nie przygotowałem zestawienia kosztów i miejsc, w których warto się zatrzymać, albo coś zjeść. Mam nadzieję, że próba się powiedzie. Podróżowałem z moją siostrą, więc wiele kosztów udało się obniżyć. Kiedy tylko mogliśmy zabieraliśmy ze sobą / dołączaliśmy do innych osób, przez co można trochę zaoszczędzić. Ceny w Iranie są całkiem niskie, zwłaszcza za transport publiczny. Całkowicie zdaję sobie sprawę, że mógłbym wydać znacznie mniej, ale to zawsze kwestia indywidualna.

Koszty wyjazdu – 15 dni:
– 1700 zł – przelot British Airways, Kraków-Teheran-Kraków
– 400 zł – wiza zakupiona w Polsce (wolałem mieć wizę już wcześniej, jednak moja siostra dostała ją na lotnisku)
– 100 zł – ubezpieczenie
– 2000 zł – koszty na miejscu (noclegi, jedzenie, transport, wejściówki)

Trasa (główne miasta):
Teheran (1 noc) – Kashan (2 noce) – Isfahan (2 noce) – Jazd (3 noce) – Sziraz (4 noce) – Teheran (2 noce)

Średnie ceny:
– bilety do atrakcji turystycznych – zwykle 10-20 zł
– bilet za metro w Teheranie – 0,70 zł
– autobus Teheran-Kashan – 12 zł (ok. 250 km)
– autobus Jazd-Sziraz – 27 zł (ok. 450 km)
– nocleg w hostelu (dormitorium) – 60 zł
– kolacja w dobrym miejscu – 20 zł

Miejsca do polecenia:
– Fooka Restaurant, Jazd
– Vali Traditional Hotel, Jazd
– See You in Iran Hostel, Teheran

Praktycznie:
– jeśli zostajecie w jakimś mieście na więcej niż jedną noc, możecie śmiało poszukać innych hosteli, które często nie mają stron internetowych, a oferują bardzo dobre ceny i warunki
– wiele osób na ulicy oferuje nocleg; coachsurfing dobrze funkcjonuje
– trudno znaleźć dobre uliczne jedzenie – jest mnóstwo fast-food’ów, ale stosunkowo mało miejsc z tradycyjnym irańskim jedzeniem
– hostele oferują wycieczki do pobliskich atrakcji – najlepiej znaleźć towarzystwo, żeby zmniejszyć koszty wynajmu samochodu; można też śmiało wynegocjować dobra cenę za taksówkę
– moim zdaniem Irańczycy słabo mówią po angielsku, można jednak najważniejsze informacje zapisywać, np. cenę, nazwę miejsca, gdzie chce się jechać


%d blogerów lubi to: