islandia

Pierwszy raz w Skandynawii. Zapach morza, siarki, fast food’u. Widok skał, wodospadów, przestrzeni.

Po Bliskim Wschodzie nadszedł czas, aby odkryć nowy wymiar – daleką północ. Chciałem po raz kolejny poczuć się zaskoczonym i z szeroko otwartymi oczami przenikać przez nowe miejsca. Będąca na szczycie mojej listy Islandia stała się naturalnym wyborem.

Aparat wziął górę nad ołówkiem i tak po islandzkiej przygodzie pozostało więcej zdjęć niż zapisków w moim notatniku. Zamiast opisywać dzień po dniu, skupię się na tych momentach, które pozwoliły mi poczuć ekscytację pierwszego razu lub wprowadziły w stan konsternacji.

Wodospady
Na te małe nie zwracam już uwagi, tylko nazwy kilku pierwszych gdzieś zapisałem. Wystarczy parę kilometrów, aby kolejny urozmaicił nieco krajobraz.

Te wielkie i najgłośniejsze nie bez powodu specjalnie zaznaczono na mapie. Ciągły huk, kolejne litry wody spadają. Topią się, zlewają, łączą z nurtem w dynamicznej kipieli. Lepiej nie podchodzić zbyt blisko. Drobne krople łączą się w podmuchu wiatru i bezkarnie osiadają na ludziach.

Jaka moc drzemie w drobnych cząsteczkach tlenu i wodoru. Na przejrzystą ścianę można wpatrywać się godzinami i powoli zapadać w trans.

Wodospad Godafoss

Czarna plaża w Vik
Tak naprawdę nie czarna, a mroczna. Sceneria wysokobudżetowego thrillera. Odgłosy piskliwego ptactwa przebijają się przez postrzępione skały. Fale z impetem napierają na wybrzeże. Kolejny raz można poczuć respekt przed naturą i jej gniewnym obliczem. Dziwne, czuję, że ktoś mnie śledzi, choć wiem, że jestem praktycznie sam. Wszystko przed sobą odbieram w czerni, bieli i całej gamie szarości. Na oczy musiałem założyć jakiś filtr lub całkowicie zatracić zdolność rozróżniania kolorów w tym chłodzie.

Krok dalej widzę jaskrawy znak – zakaz kąpieli? Kto by pomyślał…

Czarna plaża Reynisfjara, Vik

Fast food
Islandczycy jedzą źle. W powietrzu czuć zapach starego tłuszczu i opary z budek z hot dogami. Co krok mijam kolejny punkt małej gastronomii. W każdej knajpie można dostać hamburgera i solidną porcję frytek. Surowy klimat nigdy nie służył uprawie warzyw, co zdecydowanie wpłynęło, i na dobre ukształtowało nawyki żywieniowe Islandczyków. Mam wrażenie, że w restauracjach brakuje lekkich, zdrowych potraw. Ryby chyba zawsze są smażone i obtoczone wcześniej w grubej panierce. Co ciekawe, ceny warzyw w marketach nie są wcale wysokie. Jeśli ktoś lubi gulasze z baraniną, najprostszy amerykański fast food i smażone ryby na pewno spodoba mu się tutejsze menu.

1 (1)

Spacer nad wulkanem Grimsnes
Moje pierwsze obcowanie z wulkanem. Choć wygasł już kilka tysięcy lat temu, nadal mogłem sobie wyobrazić tę siłę, która wystrzeliła czerwoną magmę w samo niebo. Żar zgasł, pozostało ogromne błękitne oko obwarowane stromymi brzegami. Jak dziecko pobiegłem nad samą taflę jeziora Kerid by móc podziwiać go z nowej perspektywy. Co chwilę przez głowę przechodziła mi myśl – a co jeśli właśnie w tym momencie wulkan się znowu obudzi?

Jezioro wulkaniczne Kerid

Wielkie miasta
„Ważny ośrodek miejski liczący 1000 mieszkańców” – tak zaczynał się opis jednego z miast, które mijałem na swojej drodze. Brzmi jak oksymoron, jeśli ktoś pochodzi z większego państwa. W islandzkich warunkach miasto z populacją przekraczającą kilkaset zasługuje już na miano „ważnego”, „istotnego”. Częściej spotyka się tutaj niewielkie osady liczące kilkadziesiąt domostw, sklep i mały kościół. Totalna izolacja. Pokonując kolejne kilometry na północ, osady stają się coraz mniejsze, często odcięte od reszty świata. Pewnie gdybym chciał napisać jakiś psychologiczny kryminał, wynająłbym jeden ze skromnych domków na takim odludziu. Obawiam się tylko, że po kilku dniach popadłbym w głęboka depresję.

Eskifjörður

Pole geotermalne Hverir
Można trafić tutaj na węch. Zapach siarki unosi się nad całą okolicą i obwieszcza dotarcie do celu. Pożółkła ziemia zdaje się ostrzegać przed toksycznością. Kłęby pary oddzielają kolejne zakątki tej diabelskiej krainy i unoszą się jak kurtyna nad sceną przy mocniejszym podmuchu wiatru. Chwila nieuwagi i można wpaść do wrzącego źródła, potknąć się o jeden z wielu niepozornych wulkaników. Bulgotanie i syczenie, świsty powietrza, niepokój. Gdzie podziali się wszyscy grzesznicy? Może to dla mnie jakieś ostrzeżenie.

Pole geotermalne Hverir

Basen w Hofsos
Gdyby basenom przyznawano gwiazdki Michelin, ten w Hofsos na pewno miałby trzy – basen wart specjalnej podróży. Jestem jednak pewien, że mieszkańcy tej niewielkiej osady nie są świadomi, z jakich luksusów korzystają na co dzień.

Basen położony jest nad samym brzegiem fiordu. Pływając w ciepłej wodzie można patrzeć na ośnieżone góry i fale obijające się o skały. Wynurzona nad powierzchnią głowa paruje w mrozie. Zachodzi słońce, rozmaicie barwiąc niebo. Jakby atrakcji było mało, do fiordu wpływają dwa wieloryby wypuszczając fontanny, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Ktoś mógłby pomyśleć, że za takie przeżycia trzeba słono płacić.

20181016_171854

Drogi
Już od kilku lat żarty z polskich dróg są niestosowne. Przyzwyczailiśmy się do równych powierzchni i szerokich autostrad. Jeśli ktoś zapragnie poczuć klimat sprzed lat – zapraszamy na Islandię. Nie mam na myśli mało uczęszczanych dróg, ani tych na kompletnym odludziu. Nawet główna (i jedyna) autostrada pozostawia wiele do życzenia. W wielu miejscach auto wesoło podskakuje, często zdarzają się dość niebezpieczne wyrwy. Nie brakuje szutrowych dróg, nawet jeśli mają nas zaprowadzić do bardziej znaczących miejsc. Jeśli ktoś podróżuje większym autem, z pewnością nie poczuje dyskomfortu. Ja prowadziłem jednak małą toyotę, którą miałem później zwrócić.

1 (174)

O krok od lodowca
Kolejny raz przeżywam coś po raz pierwszy. To już prawdziwe oblicze lodowej krainy, to prawdziwa Arktyka. Jeszcze nigdy przed moimi oczami nie ukazał się taki obraz. Ogromny jęzor lodowej tafli spływa powoli ze środka lądu. Ślad niespokojnych wulkanów położył się równomiernie na błękitnej skale zaburzając ten monolit. Pojedyncze odłamki postanowiły się uniezależnić. Dryfując szklą się w mętnej wodzie.

Być może to tylko moja wyobraźnia, ale słyszę jak ta masa pracuje, topi się i pęka.

Lodowiec Svínafellsjökull

Restauracja w pomidorowej szklarni
Zdaję sobie sprawę, że to nieoczywista atrakcja, wręcz dziwna. Bardziej niż sam pomysł otwarcia restauracji w ogromnej szklarni pomidorów, pociągała mnie sama egzotyka jej lokalizacji. Zastanawiałem się, kim jest człowiek, który pewnego ranka obudził się z zamiarem uprawy pomidorów w tak surowym klimacie, praktycznie na pustkowiu. Oczywiście, na Islandii energię można czerpać ze źródeł geotermalnych, która praktycznie nic nie kosztuje, jednak oprócz ciepła i wody rośliny potrzebują także promieni słonecznych. Z tym jest już trochę gorzej – w Polsce roczna suma godzin słonecznych wynosi 1600, na Islandii natomiast około 12. I na to znalazł się sposób. Wystarczyło zamontowanie specjalnych lamp. Tak czy inaczej sam pomysł stawiam na równi ze stokiem na stokiem narciarskim w Mall of the Emirates w Dubaju.

Szklarnia znajduje się kilkadziesiąt minut jazdy od Golden Circle w miejscowości Reykholt. Zaraz po wejściu można odczuć zupełnie inny klimat i przenieść się o kilka stref na południe – cieplejsze, cięższe powietrze, specyficznie kwaskowaty zapach, sztuczne światło lamp parzące w oczy. Pędy pomidorów wzbijają się ku górze tworząc zielone alejki. Myślałem, że może oprócz nas będzie tam jeszcze kilka osób. Wiedza o szklarni Fridheimar nie jest jednak tajemna, a na stolik musieliśmy poczekać kilkanaście minut. Czekanie nie było wcale nudne. Z ciekawością buszowałem po uprawie przyglądając się mozolnemu procesowi dojrzewania. W barze popijałem darmową kawę, zapoznając się jednocześnie z pomidorowym menu – drinki na bazie soku pomidorowego, herbata z pomidorami, koktajle z pomidorów, pomidorowe ciasteczka.

Nasz stolik nareszcie się zwolnił. Karta typowo pomidorowa – tortilla z pomidorem, ravioli pomidorowe, małże w pomidorowym sosie, pomidorowe lody, pomidorowa szarlotka. Tomate, tomato, tómatar. Postawiłem na słynny krem z pomidorów za – bagatela – 70 zł. Jeszcze nigdy wcześniej nie zapłaciłem tyle za zupę, ale tłumaczyłem sobie, że w sumie płacę nie za posiłek, a za pewnego rodzaju przeżycie. No dobrze – tłumaczyłem też sobie, że mogę wziąć tyle porcji ile zechcę, a dodatkowo do zupy podawany jest chleb i słodka sałatka ze świeżych ogórków.

Cena za osobliwe doświadczenie była odpowiednia – dobrze się bawiłem i nigdy wcześniej nie odwiedziłem podobnego miejsca. Czy zjadłem najlepszy krem z pomidorów w moim życiu? Na pewno nie. Chyba każdy z nas dobrze zna smak letnich warzyw, które mają czas, aby leniwie dojrzeć. Tego nie poczułem. Posiłkowi brakowało kilkunastu słonecznych dni.

Strona: https://fridheimar.is/en

1 (135)

Galeria


%d blogerów lubi to: