jordania

Na początku muszę się przyznać, że nie jest to tylko kolejna podróż. Skorzystałem z możliwości i zdecydowałem się przyjechać do Jordanii na dłuższy czas.

1.9.

Wszyscy znajomi, a przede wszystkim członkowie rodziny, na mój pomysł zareagowali sceptycznie. Jordania? Tak długo? Czy tam w ogóle jest bezpiecznie? Moja determinacja pozwoliła mi przebrnąć przez natłok pytań i udało mi się nie zarazić ani lękiem przed nieznanym ani wizją kraju pozbawionego jakiejkolwiek cywilizacji.

Cóż, miejsce, w którym mieszkam to nie pałac monarchy, ale przynajmniej mam dostęp do wody i internetu. Już pierwszego dnia musiałem na nowo uruchomić zdolność orientacji w terenie. Mapy nie zdają egzaminu, główne ulice przecinają się z wąskimi ścieżkami, trudno doszukiwać się punktów orientacyjnych, a o ile się taki znajdzie, szybko zatapia się w kamiennej zabudowie miasta. Raz pod górę, a raz schodami na dół. Taki właśnie jest Amman, górzysty, chaotyczny, jednolity. Stolica ta nie należy do najpiękniejszych, ale być może skrywa pewien urok, który dostrzegę w odpowiednim czasie.

2.9.

O ile komuś wydawało się, że im bardziej na wschód tym taniej, bardzo się myli. Ceny produktów w sklepach są porównywalne do europejskich, dlatego też skromna pensja wolontariusza pozwala mi na  ułożenie niezbyt wysublimowanego menu. Rano jogurt, na obiad falafel, a wieczorem pieczywo z lokalnej piekarni. Być może wraz z postępem nauki arabskiego i poznawania lokalnych obyczajów odkryję więcej smaków.

Czekając na mojego mentora, czyli chłopaka z Ammanu, który ma mi służyć pomocną dłonią w razie problemów, napotkałem czterech Polaków. Spodziewałem się, że oprócz mnie i koleżanki mogą tu przebywać Polacy, ale nie sądziłem, że spotkam ich już drugiego dnia pobytu. Jak się okazało, spędzą tu miesiąc na kursie arabskiego. Poszliśmy zatem do ich mieszkania, a później na nocny spacer po mieście.

Wraz ze mną, mieszkanie dzieli Amerykanin oraz Francuz arabskiego pochodzenia o imieniu Mohamed. Z Mohamedem od razu znaleźliśmy wspólny język i tematy do rozmów. Podobnie jak ja, przyjechał tu na wolontariat.

3.9.

Wyruszyłem na spotkanie z nowymi wolontariuszkami z Danii. Mieszkają niedaleko mnie wiec pewnie często będziemy się odwiedzać. Dziewczyna z Polski i z Rumunii, które przyleciały tego samego dnia, w którym ja, mieszkają dwadzieścia minut piechotą ode mnie, czyli od Paris Circle. Niestety, dystans ten pokonałem w pięćdziesiąt minut, ale za to bez niczyjej pomocy i bez mapy. Mam nadzieję, że wkrótce czas ten się zmniejszy.

4.9.

Spacer ulicami Ammanu. Tłoczno i brudno. Na targu w starym mieście kupiłem w końcu poduszkę, dzięki której nie będę musiał podkładać pod głowę ręcznika. Dobrze, że nauczyłem się arabskich cyfr i mogę się zorientować ile co kosztuje. Masa owoców, warzyw, przypraw, nasion i orzechów, ale ceny nie zachęcają do zakupu. Na targowisku tak jak w supermarkecie, można wypożyczyć sobie sklepowy wózek na zakupy.

Dostaliśmy informację, że znajomi wolontariuszy, którzy są tu już od dłuższego czasu, zapraszają nas na imprezę do hotelu. Choć zwykle unikam tego typu rozrywek, zgodziłem się bez wahania, w końcu musimy poznawać miasto i mieszkających tu ludzi. Przed wyjazdem do hotelu odwiedziliśmy mieszkanie, w którym odbywał się „before party”. Oczywiście był alkohol i pili także ludzie stąd. Chyba ich mocno zaskoczyłem odmawiając ginu. Co najgorsze, pijące osoby były później także kierowcami. Na szczęście jakoś dojechaliśmy pod pięciogwiazdkowy Grand Millenium Hotel. Trzeba przyznać, że hotel ociekał w luksusy, a sam widok na miasto z 21. piętra robił duże wrażenie. W środku bardzo stylowo i tak jakby ludzie zapomnieli o wschodniej kulturze. Dziewczyny w mini i na wysokich szpilkach, hity z 2013 roku, kolorowe drinki oraz faceci bez zahamowań. Imprezę wraz z dwiema koleżankami postanowiliśmy zakończyć dosyć wcześnie, bo około pierwszej rano. Nie chcę nikogo oceniać, ale wydaje się dla mnie to trochę żałosne, że przed pójściem do snobistycznego klubu pije się w domu, gdyż nie stać nikogo na drinki serwowane na miejscu (ok. 10 euro). Jeśli nie należę do jakiegoś miejsca, czy grupy to nie próbuję się tam pchać na siłę. Być może się jednak mylę.

Refleksja po tym dniu – to nie jest tak, że przyjeżdżając na Bliski Wschód trafia się do innego świata. Tak naprawdę trafia się do dwóch. Z jednej strony musimy stosownie zachowywać się na ulicy, uważać co i do kogo mówimy, widzimy zupełnie inny styl i poziom życia. Udając się jednak w bogatsze dzielnice, idąc do lepszego hotelu na drinka, można sądzić, że jest się przez chwilę u siebie. Najważniejsze jest, aby nigdy nie pomylić tych dwóch światów.

5.9.

Samotny spacer na Cytadelę. Kilka antycznych kolumn, ruiny pałacu i świątyni. Na szybkie zwiedzanie Ammanu potrzebny jest pewnie tylko jeden dzień. Nie ma tu zbyt wielu muzeów, galerii, interesującej architektury. Za to widok z tego miejsca na obsypane małymi domami wzgórza, połyskujące w promieniach słońca dachy i wzbijające się ku niebu minarety zapada w pamięci.

Choć droga na Cytadelę prowadzi przez wąskie i strome schody, postanowiłem przyjść tu także o zachodzie słońca. Miasto nabiera zupełnie innego koloru, różowego, pomarańczowego, ciepłego. Całe rodziny siadają na murze i obserwują barwne zakończenie dnia, popijając przy tym miętową herbatę i paląc sziszę.

Mimo że wcześniej zaopatrzyłem się w pieczywo i humus na kolację, postanowiłem pójść razem z Mo do słynnej restauracji Hashem. Nie jest znana dlatego, że podają tam dobre jedzenie. Swoją sławę zawdzięcza jednej wizycie króla, który tym samy zrobił niezłą reklamę temu miejscu. Kolacja wydaje się być skromna, bo standardowo dostaje się humus, falafel, pieczywo oraz kawałki pomidorów i cebuli z miętą, ale za to syta. Ja wolę jednak kanapkę z falafelem na Paris Circle.

Wieczorem Arab Idol i anglojęzyczna Al-Jazeera.

7.9.

Pierwsza wizyta w obozie dla uchodźców Gaza Refugee Camp Jerash. Przyjeżdżając do tego miejsca ma się wrażenie, że trafiło się do skrajnie biednego miasteczka pozbawionego udogodnień, których nie doceniamy na co dzień. Brak bieżącej wody, kanalizacji, ogrzewania, asfaltowych dróg. Pomimo tego wszystkiego ludzie starają się żyć normalnie, dzieci chodzą do szkół finansowanych przez UNRWA, mężczyźni prowadzą swoje małe sklepy, a kobiety pracują w domach. Nieoficjalnie mówi się, iż liczba ludności w obozie przekroczyła 50 tysięcy. Rodziny żyją w niewielkich pomieszczeniach, w których niełatwo o chwilę prywatności. Skromne domy rozpadają się na skutek braku remontu przez lata. Wiele osób tutaj się urodziło i z pewnością przyjdzie im tu umrzeć. Trudno bowiem wydostać się z obozu i zacząć normalne życie. Żeby rozpocząć bezpłatną edukację, kupić mieszkanie, dostać państwową posadę trzeba najpierw uzyskać jordańskie obywatelstwo. Niewielu jednak Palestyńczykom udaje się przebrnąć przez szereg formalności i realizację marzenia o normalnym życiu.

Odwiedziliśmy również Suf Refugee Camp. Warunki tam panujące są znacznie lepsze niż w poprzednim obozie. Zostaliśmy ciepło przyjęci przez jego dyrektorkę, która choć tego nie okazywała, cieszyła się z naszej wizyty i naszego zaangażowania.

Teraz pozostaje nam przygotować lekcje angielskiego oraz inne wydarzenia, które choć w niewielkiej mierze pozwolą oderwać się mieszkańcom od problemów codzienności.

8.9.

Muszę wspomnieć o cenach niektórych produktów, które mnie zaskoczyły. I tak litr diesla kosztuje 2,4 zł, benzyny 3,5 zł, paczka Malboro 6,4 zł (ale też są tańsze papierosy), 200 g oliwek 1 zł. Z drugiej strony mamy jabłka 1 kg 8 zł, 1 kg ziemniaków 3 zł, no i bardzo drogi alkohol.

Jeżdżąc ulicami Ammanu widzi się znaczne rozwarstwienie społeczne. Nie brakuje tu centrów handlowych, sklepów zagranicznych marek, zachodnich hoteli i dzielnic tylko dla bogaczy. Bieda nie przeplata się jednak z luksusowym światem elity, a jest raczej od niego odizolowana.

9.9.

Całą grupą postanowiliśmy zwiedzić meczet Króla Abdullaha. Błękitna kopuła budowli wyróżnia się na tle kamiennych zabudowań Ammanu. Niestety nie dostrzegłem w nim niczego nadzwyczajnego. Bardziej urzekł mnie fakt, iż po drugiej stronie ulicy stoi kościół. Jak widać koegzystencja tych dwóch religii nie jest tylko mrzonką.

Udaliśmy się także do restauracji Hashema na wspólną kolację. Niewyszukane, standardowe menu, ale posiłek w miłej atmosferze smakuje jakby lepiej.

Wracając na Paris Circle zauważyliśmy, że coś się dzieje w ogrodzie Galerii Narodowej. Bez chwili wahania postanowiliśmy wstąpić na chwilę. Pośród podświetlonych kolumn i palm odbywał się koncert, na który przyszło kilkadziesiąt osób. Chyba wtedy zrozumiałem, że Amman potrafi zaskakiwać. Niepowtarzalna atmosfera, blask pełni księżyca i współczesna muzyka z lokalnym charakterem.

10.9.

Moja pierwsza lekcja arabskiego. Stwierdziliśmy, że pisownię i czytanie zostawimy sobie na później, albo w ogóle o nich zapomnimy, a teraz skupimy się na prostych słowach i zwrotach, które pomogą nam się odnaleźć w tym kraju. Przyznam się szczerze, że z bólem gardła wypowiadam niektóre litery, a i tak wiem, że robię to źle.

Jednym z moich obowiązków w pracy jest prowadzenie bloga naszej organizacji. Zdecydowaliśmy, że pierwszy wpis poświęcony będzie różnicom między Jordanią a państwami, z których pochodzimy. Dla 100% Polaka prawdopodobnie największym szokiem będzie cena jabłek (ok. 8 zł za kilogram). Po drugie palenie w miejscach publicznych i to nie tylko na przystankach, ale także w centrach handlowych, w restauracjach, czy na korytarzach biurowców jest całkowicie normalne. Ponadto, (osoby mieszkające w Krakowie z pewnością mnie zrozumieją), nie istnieje tu coś takiego jak komunikacja miejska i rozkład jazdy. W Ammanie kursuje kilka autobusów miejskich, ale to kierowcy decydują o trasie i czasie odjazdu, a nawet o tym gdzie się zatrzymać, autobus można złapać w dowolnym miejscu. Niedogodności związane z transportem publicznym wynagradza stosunkowo niska cena taksówek (kilometr ok. 1,1 zł). Polak przyjeżdżający do Jordanii musi także zapomnieć o zieleni. Pytając się ludzi co studiują, co drugi odpowiada, że inżynierię. Różnica między Polską a Jordanią w tym przypadku wygląda tak, iż w Polsce stosunkowo niewielka liczba osób decyduje się na kierunki techniczne, ale za to bez problemu potem dostaje niezłą pracę. W Jordanii natomiast wszyscy studiują kierunki techniczne, co powoduje przesycenie na rynku pracy i duże bezrobocie w tym sektorze. Może niektórzy powinni przyjechać do naszego kraju?

18.9.

Miasto Jerash, w którego pobliżu znajdują się Gaza oraz Suf Refugee Camp, oddalone jest od Ammanu o około 40 km. Aby się tam dostać, musimy najpierw dojechać taksówką na dworzec autobusowy, złapać bus, a później dojechać na miejsce kolejnym busem, albo poczekać, aż ktoś nas odbierze. Podróż trwa zwykle dwie i pół godziny, bo o ile do Jerash prowadzi droga szybkiego ruchu, to nigdy nie wiadomo, o której kierowca zdecyduje się odjechać. Autobus musi zostać całkowicie zapełniony przez pasażerów, dlatego też często bardzo długo czekamy.

W autobusach panuje zasada, iż kobiety i mężczyźni siadają osobno. Czasami kierowca musi odpowiednio przeszeregować pasażerów, aby móc zabrać jeszcze kilku. W ostateczności cudzoziemcy różnej płci mogą usiąść obok siebie.

19.9.

Zostałem zaproszony przez kolegę na tradycyjny jordański obiad do jego domu. Wystrój mieszkania nie różni się znacząco od „zachodniego” stylu. Po krótkiej pogawędce zasiedliśmy do stołu. Na początku przystawki w postaci świeżych i marynowanych warzyw, oliwek oraz frytek z przyprawami. Następnie freekeh, czyli zupa z kaszą. Głównym daniem była czasochłonna do przygotowania potrawa – wara’ aynab. Można ją porównać do polskich gołąbków, tylko z tą różnicą, że zamiast liści kapusty używa się liści winogron, nadzienie jest bardziej przyprawione i zamiast wieprzowiny dodaje się jagnięcinę (popularna jest także wersja wegetariańska, którą specjalnie dla mnie przygotowano). Mieszanka smaków trudnych do określenia, przechodzących od pikantnego po słodko-kwaśny, spowodowała, że danie to znalazło moje uznanie. Dostałem nawet dodatkowy obiad na wynos, który przez dwa dni zaspokoił mój głód i głód współlokatora. Deser został zakupiony w pobliskiej cukierni i dostarczony na wielkiej tacy. Kanafeh to ciasto, którego spód stanowi warstwa sera przypominającego w konsystencji mozzarellę, a wierzch warstwa ciasta z cienkich nitek makaronowych lub gruboziarniste kruche ciasto. Obie wersje smakują podobnie, jednak pierwszą zwykle wybierają panie, a drugą panowie. Ja chyba stanowię wyjątek od tej reguły. Zawsze twierdziłem, że moja skala tolerancji cukru jest dosyć spora, ale po tym deserze wiem, iż stać mnie teraz na znacznie więcej.

Kolejne spotkanie ze znajomymi i spacer przez targ tradycyjnego rękodzieła. Wieczór upłyną już w klubowej atmosferze na pierwszym rondzie.

1.10.

Dokładnie dzisiaj mija miesiąc od mojego przyjazdu do Jordanii. W moim pokoju mieszka gekon, a w ogrodzie rosną pomarańcze. Dziwne. Intrygujące. Interesujące. Zostaję na dłużej.

3.10.

Nie mogliśmy się już doczekać nadejścia święta Eid-al-Adha, upamiętniającego ofiarę i posłuszeństwo Abrahama wobec Boga. Abraham na rozkaz Boga miał zabić swojego syna, jednak Ten, widząc oddanie Abrahama, pozwolił mu złożyć w ofierze barana. Na cześć tego wydarzenia muzułmanie zabijają zwierzęta i dzielą się nim z potrzebującymi i rodziną. Na ulicach miast można zauważyć kałuże krwi rytualnie zabijanych zwierząt, jednak jest to jedno z najważniejszych świąt w islamie, a uroczystości trwają prawie tydzień. Sam się zastanawiam, dlaczego katolicy go nie celebrują. Wiedzieliśmy, że Amman opustoszeje na ten czas, dlatego też postanowiliśmy wyruszyć nad Morze Czerwone i na pustynię Wadi Rum.

Droga do Aqaby prowadzi przez pustkowia i liczne kontrole policji, jednak po pięciu godzinach jazdy znaleźliśmy się na miejscu. Kilka różnic można zauważyć na pierwszy rzut oka – temperatura wyższa o około 10 stopni niż w stolicy, znacznie czyściej, taksówki są zielone i nie da się ukryć, że jest to kolejny turystyczny kurort. Aqaba jest objęta specjalną strefą ekonomiczną, dlatego też papierosy i alkohol są znacznie tańsze niż w pozostałych miejscach w Jordanii.

Nasz hotel znajdował się około 10 km od centrum miasta, więc od razu złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do niego. Na powitanie dostaliśmy mrożoną herbatę z hibiskusa. Miejsce to wygląda jak skupisko małych domków, bardzo klimatyczne i oddalone zaledwie o 100 metrów od plaży. Pospiesznie wyruszyliśmy na nią by oddać się kąpieli w promieniach popołudniowego słońca.

To niesamowite wrażenie, że przebywając w jednym miejscu można dostrzec cztery miejsca w różnych krajach – egipski Półwysep Synaj, wzgórza Arabii Saudyjskiej, oczywiście Jordanię oraz izraelski Ejlat, który wydaje się być na wyciągnięcie dłoni. Zachód słońca i spacer plażą.

4.10.

Przedpołudnie spędzone na plażowaniu i nurkowaniu. Wszyscy byliśmy pod wielkim wrażeniem tego, iż odpływając zaledwie kilkanaście metrów od brzegu można dostrzec tak kolorowe i egzotyczne jak dla nas stworzenia. Setki małych rybek i koralowe konstrukcje, które jak dotąd oglądałem tylko w telewizji. Kolejnym razem muszę wypożyczyć coś więcej niż tylko maskę, rurkę oraz płetwy i wypłynąć na głębsze wody w poszukiwaniu morskiej palety barw. Niestety, chwila nieuwagi sprawiła, że natknąłem się na jeżowca, który wbił mi się do ręki. Miejscowi sklepikarze widzieli nie takie ofiary jak ja, więc kazali mi włożyć rękę do wrzącej wody, aby jad mógł się wydostać. Byłem przerażony czarnymi plamami pod moją skórą, ale na szczęście kolce nie złamały się i nie pozostały pod nią. Po kilkunastu minutach straszliwy ból ustąpił (plamy zniknęły po kilku dniach).

Wiele rodzin Eid spędziło na plaży. Rozstawione na niej liczne namioty z logo UNHCR przypominały bardziej obozowisko uchodźców niż wypoczynek w gronie najbliższych. Kobiety nie stroniły od kąpieli, jednak zanurzały się w pełni zakryte, na większą swobodę pozwalali sobie za to panowie.

Nie mogąc wysiedzieć w jednym miejscu, wyruszyliśmy do miasta. Spacer po zatłoczonej miejskiej plaży, wizyta w meczecie, zwiedzanie fortu i zachód słońca w marinie. Kilka osób koniecznie chciało zjeść rybę na kolację. Ceny w restauracjach za owoce morza są niebywale wysokie, dlatego też postanowiliśmy zakupić dwie ryby na targu i poprosić o ich przyrządzenie w lokalnej restauracji. Nikt jednak nie chciał się na to zgodzić, ale jeden sprzedawca przypraw „znał kogoś, kto może znać kogoś”, kto przyrządzi rybę za niewielką opłatą. Po kilkudziesięciu minutach ryba była gotowa. Pewnie w innym kraju by to nie przeszło, ale zabraliśmy danie do restauracji i zamówiliśmy jeszcze sałatki. Nikt się temu nie sprzeciwiał.

5.10.

Rano wyruszyliśmy na pustynię. Dziesięć osób musiało się zmieścić na przyczepie dżipa, z którego podziwialiśmy surowy krajobraz pustyni. Skalne bloki wybijały się nad piaszczystą równinę, której granicy nie można było dostrzec. Tysiące wielkich i miliony mniejszych skał malowniczo zdobiły trasę naszej wyprawy. Z pewnością oprócz nas, wiele innych osób zwiedzało to miejsce, jednak mieliśmy wrażenie, że pustynia przyjmowała wyłącznie nas.

Zachód słońca podziwiany ze wzgórza. Krajobraz zaczerwienił się jeszcze bardziej, ale od wschodu niebo zaczęło sinieć. Kolejne gwiazdy wychodziły zza atramentowej kurtyny prężąc swój blask. Tym razem księżyc okazał się mocniejszym rywalem, dzięki któremu skalane formacje nie pozostały anonimowe.

Kolacja z beduińska muzyką i chłodnym wiatrem na dobranoc. Choć mogliśmy spać w namiotach, wyciągnęliśmy materace i koce na zewnątrz rozmyślając i delektując się wspomnieniami z wyjazdu.

6.10.

Mam nadzieję, że wschód słońca w Wadi Rum wygląda podobnie jak jego zachód, bo nie potrafiłem wstać wystarczająco wcześnie. Powrót do pustynnego miasteczka, a potem do Aqaby. Kolejne kilka godzin spędzone w autobusie do Ammanu.

Cennik: hotel Bedouin Garden Village – 140 zł; bus Jett Amman-Aqaba-Amman – 70 zł; wycieczka i nocleg w Wadi Rum – 120 zł; taksówki i transport na pustynię z Aqaby 60 zł.

14.10.

Ostrzegano mnie, że podczas zajęć w obozie dla uchodźców może dojść do różnych incydentów. Ktoś rzuci kamieniem, ktoś spojrzy nieżyczliwym wzrokiem, a inny złapie za ręce i zacznie zadawać niezręczne pytania po arabsku. Nie spodziewałem się jednak, iż dziesięcioletni uczniowie będą chcieli nawrócić mnie na islam. W trakcie lekcji angielskiego, jeden chłopiec wyciągnął Koran i zapytał mnie, czy wiem, co to jest. Odpowiedź twierdząca wzbudziła w nich podekscytowanie, które zostało jeszcze bardziej pobudzone faktem, iż jestem chrześcijaninem. W prostych i nielicznych słowach, które znali po angielsku, starali się mi wytłumaczyć, iż tylko na wyznawców islamu czeka życie wieczne. Nie wiem jak odnieść się do gestykulacji jednego z chłopców, który pokazywał podcinane gardło, gdy padało słowo chrześcijanin. W każdym razie nie mam mu tego za złe. W gruncie rzeczy i tak lepiej jest przyznać się do chrześcijaństwa, aniżeli powiedzieć prawdę o swoim ateizmie. Zupełnie nie wiem jaką reakcję mogłoby to wzbudzić i wolę się nie przekonywać. Chłopcy kazali mi też powtarzać zdania po arabsku. Po kilku słowach zorientowałem się, iż recytuję szahadę – muzułmańskie wyznanie wiary. Na tym się skończyło, przerwałem, podniosłem głos i kazałem wrócić na swoje miejsca. Mam nadzieję, że chłopcy nie myśleli, że zdołają nawrócić mnie na islam. Konwertyci muszą bowiem szczerze chcieć przyjęcia innej religii, a inny sposób dokonania tego nie jest akceptowalny.

Podobne incydenty zdarzają się w obozach rzadko, ale w miarę regularnie. Mój kolega dostał liścik z wymownym zdaniem „Zgiń w piekle”. W jedną z koleżanek rzucono kamieniem, gdyż ośmieliła się zapalić papierosa na ulicy. Kilka dziewczyn zostało również zaatakowanych kamieniami przez nastoletnich chłopców, ale chyba bardziej dlatego żeby zwróciły na nich uwagę.

Zdaję sobie sprawę, że może to się wydawać dziwne, czasami nawet niebezpieczne, ale wszystko to kwestia perspektywy z której się patrzy na podobne zdarzenia i przyzwyczajenia. Chyba teraz już mnie nic nie zaskoczy.

Muszę się też przyznać, że niestety mam problem z dyskutowaniem z niektórymi osobami w tym kraju. Podobnie jak z dziećmi w obozie. Z jednej strony nie chciałbym nikogo urazić, gdyż szanuję wyznawców wszystkich religii, poglądy polityczne i różnice kulturowe. Z drugiej jednak, często jestem stawiany pod murem, pozostaje mi tylko mówić „rozumiem”, „tak”, „oczywiście” i pozwalać kontynuować wywód. Nie chciałbym, aby moje pytania bądź kontrargumenty kogoś uraziły, bądź pomyślano, iż nie szanuję ich opinii. Zatem kiedy się z kimś zgadzam, rozmawiam, jeśli mam inne zdanie na dany temat, po prostu słucham i przytakuję.

15.10.

Kolejne zaproszenie na kolację do domu mojego znajomego w Zarce. Miasto jest oddalone od Ammanu o około 20 km i w rzeczywistości stanowi część aglomeracji. Z niego wywodzi się też jeden z najgroźniejszych terrorystów – Abu Musab az-Zarkawi. Ostrzegano nas, iż Zarkę lepiej omijać ze względu na przestępczość, wysoki tradycjonalizm i niechęć do obcokrajowców. Osobiście nie czułem się zagrożony, albo inaczej, nie zdawałem sobie sprawy z realnego zagrożenia.

Wystrój domu typowo arabski – ściany pomalowane na bordowy i oliwkowy kolor, złote zdobienia na meblach i obrazy z wersetami Koranu, zresztą wykonane przez matkę kolegi. Jedzenie bardzo podobne jak podczas poprzedniej kolacji, pojawiło się też nowe danie „maqluba” z ryżem, ziemniakami, kurczakiem i przyprawami oraz moje ulubione sałatki „tabouleh” i „arabska”.

Jak się przekonałem arabskich chrześcijan i muzułmanów różnią tylko  i wyłącznie obrazy na ścianach i chusty na głowach.

18.10.

Choć do Jerash jeżdżę właściwie trzy razy w tygodniu i za każdym razem przechodzę koło antycznych ruin, jeszcze nigdy nie udałem się do tego miasta jako turysta. Zwykle odkłada się w czasie zwiedzanie miejsc, które znajdują się pod nosem. Wraz ze współlokatorem postanowiliśmy to zmienić.

W Jordanii nie obowiązują zniżki studenckie, jedynie mieszkańcy kraju lub rezydenci mogą liczyć na ulgi. Wiedziałem, że wstęp kosztuje około 35 zł, ale nie chciałem wydawać takiej sumy. Wziąłem więc paszport, pokazałem przedłużoną o dwa miesiące wizę i powiedziałem, iż pracuję w obozie Suf i Gaza. Kasjer był zdziwiony, ale raczej pozytywnie. W każdym razie zapłaciłem tylko 2 zł, czyli tyle, ile Jordańczycy.

Ruiny nazywanej wcześniej Gerazy są jednymi z najlepiej zachowanych na świecie i stanowią jedną z największych atrakcji turystycznych Jordanii. Na cały kompleks składają się liczne świątynie, dwa amfiteatry, łuki, kolumnady i owalny plac. Starożytne miasto zostało zbudowane na wzniesieniu, z którego rozlega się imponujący widok na pagórkowaty teren i współczesne miasto.

Wiele osób niefrasobliwie zwiedzających to miejsce, nie zdaje sobie sprawy, jakie oblicze kryje jeszcze Jerash. Dwa obozy, w których nikt z nas nie wyobrażałby sobie mieszkać. Na lekcji angielskiego pytałem uczniów skąd pochodzą, odpowiedź była jedna – „urodziłem się w obozie”. Dorośli mieszkańcy wiedzą, że nie zmienią już niczego, że trudno będzie im cokolwiek osiągnąć, znaleźć dobrą pracę, podróżować, swobodnie żyć. Uśmiechnięte dzieci bawią się beztrosko na ulicach, czasami pomagają rodzicom w pracy. Wszyscy marzą o wolnej Palestynie.

19.10.

Pierwsza ulewa. Oficjalne zakończenie lata. Ze stromych ulic spływały strumienie wymieszanej z miejskim kurzem wody. Chyba nadszedł czas żeby przeprowadzić się na południe kraju…

25.10.

Wszystkiego najlepszego w nowym, 1436 roku.

28.10

Mija już drugi miesiąc od przyjazdu do Jordanii i jeszcze ani razu nie byłem u fryzjera. Nie powiem, że się nie obawiałem, ale też nie miałem innego wyjścia. Wybrałem więc salon, który wyglądał całkiem przyzwoicie, a fryzjer nie był starszym panem. Kiedy tylko usiadłem na fotelu, grupa kilku mężczyzn zgromadziła się przy wejściu i ze zdumieniem wpatrywała się na mnie. Nie wiem co to miało znaczyć, być może po raz pierwszy widzieli strzyżenie włosów typu ciemny blond. Przyznam się, iż trochę mnie to rozbawiło, a zarazem przeraziło. W końcu salon znajdował się na Rondzie Paryskim i nie brakuje tu obcokrajowców, którzy uczęszczają do pobliskich szkół arabskiego. Zwykle mają na kogo się gapić. W każdym razie zaczęło się. Pierwsze cięcie w Jordanii. Na szczęście fryzjer znał kilka słów po angielsku, więc wytłumaczyłem mu, co ma zrobić – „tak samo, ale trochę krócej”.

Trudno się doliczyć ilości salonów fryzjerskich w Ammanie. Właściwie na każdej ulicy znajduje się co najmniej jeden. Wszystkie przeznaczone są dla panów i spełniają też funkcję rozrywkową, są miejscami spotkań towarzyskich, w których można wypić kawę i porozmawiać ze znajomymi. Arabowie dbają o fryzurę i zarost, dlatego też stosunkowo często odwiedzają te miejsca. W skład wykonywanych usług wchodzi strzyżenie, podcinanie brody, golenie brzytwą, a nawet regulacja brwi, co nikogo tutaj nie wprawia w zdumienie.

Po około trzydziestu minutach moja nowa fryzura była skończona. Przyznam się szczerze, że całkiem mi się podobała. Miarą tego był fakt, iż trudno było dostrzec różnicę pomiędzy nową a starą fryzurą, z tym wyjątkiem, że teraz włosy były trochę krótsze. Gdyby tylko pan fryzjer nie nałożył mi tony żelu, mógłbym przyznać, że utrzymano styl europejski na mojej głowie, a tak do momentu powrotu do domu, lansowałem arabskie trendy. Koszt usługi wyniósł równowartość 25 zł. Nie żałuję, aczkolwiek wiem, że zwykle płaci się w granicach 10-15 zł.

02.11.

Ostatni tydzień minął pod znakiem 26. Europejskiego Festiwalu Filmowego. Niezwykła szansa obejrzenia kilku filmów i oderwania się od codziennych obowiązków. Festiwal rozpoczął się niewielkim bankietem z udziałem kilu ambasadorów i co najlepsze mnie też się udało tam dostać. Nie zabrakło polskiego akcentu w postaci filmu „Wałęsa, człowiek z nadziei”. Oczywiście obejrzałem, zwłaszcza, że nie widziałem go w kraju, a nawet podzieliłem się z jordańską publicznością moją opinią na temat filmu i przemian społecznych po pierwszych demokratycznych wyborach.

06.11.

Zaraz po zajęciach w obozie udaliśmy się na przystanek, ale nie po to, aby wrócić do Ammanu, ale żeby pojechać do Ajloun. Po półgodzinnym oczekiwaniu na autobus i braku informacji kiedy i czy w ogóle czymś się tam dostaniemy, postanowiliśmy pojechać do Irbidu. W Irbidzie studiuje większość przyszłych inżynierów oraz lekarzy i już na pierwszy rzut oka, na ulicach można zauważyć setki młodych ludzi z teczkami. My nie zostaliśmy w tym mieście zbyt długo, gdyż powiedziano nam, iż za kilkanaście minut z pewnością złapiemy coś do Ajloun. I rzeczywiście, udało nam się dojechać do Ajloun. Droga do tego miasteczka prowadziła przez wzgórza, które pokrył blask zachodzącego słońca. Choć trasa okazała się być wyjątkowo malownicza, na miejscu zastał nas zmrok. Nie wiedzieliśmy gdzie iść, czy zamek nadal będzie otwarty, ani czy uda nam się wrócić z powrotem do Ammanu. Znaleźliśmy w końcu drogę na zamek, przypadkowy kierowca podwiózł nas nawet na miejsce, ale ostatnia szansa na zwiedzanie zakończyła się dwadzieścia minut wcześniej. Koleżanki musiały więc użyć swojego uroku osobistego, by przekonać strażników o otworzenie dla nas bramy i pozwolenie na szybką wizytę. Nie mieliśmy biletów, ale za to trochę szczęścia. Krajobraz ze wzgórza zamkowego przypominał bajkową scenerię, zwłaszcza że trafiliśmy na pełnię księżyca. Mury średniowiecznej twierdzy nadal odbijają echo stoczonych walk podczas krucjat i najazdów Turków. Opustoszałe ruiny pozwoliły się nam przez chwilę poczuć jak odkrywcy penetrujący zapomniane miejsce. Z pewnością przyjedziemy tu ponownie, tym razem za dnia.

Upojeni widokiem na chwilę zapomnieliśmy o całkiem przyziemnych sprawach, czyli o tym jak wrócimy do Ammanu. Kilka minut rozmowy oraz żartów na temat małżeństwa ze strażnikami i kustoszem sprawiły, że mogliśmy liczyć na ich pomoc. Zaoferowali nam transport na miejsce za cenę niewiele wyższą niż koszt biletu autobusowego. Po drodze zatrzymali się nawet żeby kupić nam colę, ciastka i prażone orzeszki. Chyba za to najbardziej lubię podróżowanie, nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć i kogo się spotka. Czasami wystarczy wsiąść do przypadkowego autobusu i pozwolić się zawieźć gdziekolwiek.

14.11.

Już od kilku tygodni miałem nieodpartą chęć wybrania się nad Morze Martwe. W końcu udało mi się zmobilizować znajomych i odwiedzić najniżej położone miejsce na ziemi i zasmakować najbardziej słonej wody. Choć w Ammanie konieczne było noszenie bluzy, temperatura nad morzem przekraczała trzydzieści stopni. Po godzinnej podróży autobusem znaleźliśmy się na Amman Beach. Cena za wejście wynosi 20 dinarów i niestety nie udało się nam wynegocjować dwa razy niższej ceny dla rezydentów. Jednak dwa kroki dalej znajduje się wejście na drugą plażę, za 12 dinarów. Różnica jest taka, że na pierwszej można popływać w basenie, a na drugiej nie. Wybraliśmy zatem tańszą opcję.

Połowa listopada za nami, a tymczasem leżymy na plaży, cieszymy się słoneczną pogodą i ciepłym morzem. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie śmieci na plaży. Nie rozumiem dwóch rzeczy. Po pierwsze, dlaczego ludzie nie mają za grosz ambicji i szacunku dla innych, żeby zabrać swoje pozostałości z biwaku, a po drugie, nawet jeśli nie można zmienić ich nastawienia, dlaczego na płatnej plaży nikt nie sprząta. Tak samo było w Aqabie. Podejrzewam, że właściciele i lokalni politycy nie zdają sobie sprawy, jak wiele tracą na reputacji i promocji tego miejsca.

Solna tafla przy brzegu przypominała bardziej warstwę lodu, a czasami ciasta pokrytego białym lukrem i ciemną czekoladą. Diamenty skrystalizowanej soli zdobiły kamienie tak samo jak moją skórę. Kąpiel w morzu bez jakiegokolwiek wysiłku by utrzymać się na powierzchni. Dziecinne zabawy mułem wydobywanym z dna, zabiegi upiększające i infantylne zdjęcia ciała pokrytego ciemną mazią. Spacerując z aparatem brzegiem morza wiele osób chciało, abym zrobił im zdjęcie. Oczywiście nie odmawiałem, ale nie miałem pojęcia dlaczego. Przecież i tak nie dostaną ich ode mnie, ani ja ich nie potrzebuję. Choć kobiety nie stroniły od kąpieli, miały solidnie zakryte ciało i nikab na twarzy. Rodziny przyrządzały wspólny obiad, a przyjaciele palili sziszę. Tylko my byliśmy jedynymi Europejczykami na plaży, dlatego też przykuwaliśmy wzrok pozostałych osób. Po zmroku wyruszyliśmy z powrotem do Ammanu, ale dla większości osób czas relaksu miał się dopiero zacząć. Dym z grilla i aromatyczny zapach sziszy pokrył plażę.

10.12.

Nie mogę pojąć fenomenu tego kraju. Kiedy w Ammanie jest stosunkowo chłodno, to znaczy około 15 stopni, zaledwie pięćdziesiąt kilometrów dalej, nad Morzem Martwym można się cieszyć słoneczną pogodą i temperaturą sięgającą 30 stopni. Pojechaliśmy tam na trening dotyczący naszego projektu, ale po warsztatach mogliśmy korzystać z uroków tego miejsca. Ze względu na pogodę czułem się bardziej jak na wakacjach ze znajomymi i to z pewnością tymi letnimi, mimo że mamy grudzień. Nocą burza z piorunami. Poranek mglisty i ciepły.

11.12.

Kolejne miasto Jordanii zaliczone i przyznam się szczerze, że ze wszystkich dotychczas odwiedzonych podobało mi się najbardziej. Nie znaczy to jednak, że Madaba skrywa w sobie romantyczny urok, ulice są zadbane i brakuje czasu na zwiedzenie wszystkich ciekawych miejsc. Mozaikowa stolica kraju da się ostatecznie lubić. Co ciekawe jeszcze w XIX wieku Madaba była opustoszałym miastem, które ponownie zasiedlili chrześcijanie z południa kraju.  Choć na planie trasy, którą dostaliśmy w centrum informacji, znajduje się kilka chrześcijańskich świątyń, obecnie tylko dwie z nich spełniają funkcje modlitewne. Pozostałe natomiast to ruiny skrywające jednak skarby w postaci mozaikowych arcydzieł. Z pewnością należy się udać do cerkwi św. Jerzego, w której znajduje się tak zwana „Mapa z Madaby”, czyli mozaika przedstawiająca mapę ówczesnego Wschodniego Bizancjum. Mimo że kolory już nieco wyblakły, nadal można zachwycić się precyzją artysty. Kolejnym miejscem jest kościół św. Jana, którego prace restauracyjne dokończył polski misjonarz. Z wysokiej wieży można podziwiać widok obejmujący pagórkowate miasto i połyskujący złotem meczet.

Kilka kilometrów za miastem znajduje się Góra Nebo, miejsce, gdzie Bóg pokazał Mojżeszowi Ziemię Obiecaną. Rzeczywiście, ze szczytu rozciąga się widok na współczesne Jerycho, Jerozolimę, Betlejem i Morze Martwe. Ze względu na prace remontowe wejście do bazyliki nie jest możliwe, ale mimo tego wizyta na świętej górze była warta zachodu.

13.12.

Przyjazd do Irbidu miał swój konkretny cel, a mianowicie przeprowadzenie dla studentów prezentacji dotyczącej programów europejskich. Po kilkugodzinnym spotkaniu nasz znajomy pokazał nam najciekawsze miejsca – ulice starego miasta. Nie różnią się one zupełnie od tych w Ammanie i przyznam się szczerze, że od drugiego największego miasta w Jordanii spodziewałem się więcej. Historia Irbidu podobna jest do historii Ammanu. Dopiero na początku XX wieku oba miasta zaczęły się rozwijać i nabierać znaczenia. Obecnie Irbid stanowi słynny ośrodek akademicki i rzeczywiście na ulicach można spotkać wielu młodych ludzi z teczkami w ręku.

Cyganeryjna atmosfera balladu, emanującego energią prowincjonalnego, bliskowschodniego miasteczka sprzyja spotkaniom w kafejkach, czy raczej „klubach starszych panów”. Wkraczając do jednego z takich miejsc z pewnością stanowczo zaniżyliśmy średnią wieku. Szisza, kawa z kardamonem i mrożona herbata z hibiskusa.

20.12.

Nie często spotykam rowerzystów, do tej pory widziałem zaledwie kilku roller skater’ów, a jeśli sam idę pobiegać ludzie patrzą się na mnie ze zdziwieniem i chyba dezaprobatą. Miejsc, w których młodzi Ammańczycy mogliby uprawiać sport jest niewiele, brakuje infrastruktury i na pewno energii w jego popularyzowanie. Nie mniej jednak, grupa mieszkających tu obcokrajowców udowodniła, że wszystko da się zrobić. Plan zbudowania skate parku powstał ponad rok temu i gdyby nie biurokracja, miejsce to powstałoby znacznie wcześniej. Udało się jednak zebrać pieniądze i przebrnąć przez liczne regulacje.

Przyszliśmy zobaczyć, co znaczy samozaparcie i bezinteresowne zaangażowanie, ale też żeby przekonać się, że robiąc coś dla siebie można także uszczęśliwić jeszcze kilka osób. Pierwszy skate park w Ammanie i chyba pierwszy w Jordanii.

21.12.

Jeśli ktoś twierdził, że przyjeżdżając do muzułmańskiego kraju nie zobaczy świątecznej choinki, mylił się. Tak jak ja. Mimo że oficjalną religią w Jordanii jest islam i mieszka tu zaledwie pięć procent chrześcijan, w każdym centrum handlowym stoi wielka choinka. Natomiast obok plastykowego drzewka stoją panie zakryte chustami robiące sobie przy niej zdjęcie. Sam nie wiem, co myśleć na ten temat. Z jednej strony to dobrze, że kultury i religie się przenikają, nikt nie zabrania celebrować danym grupom religijnym ich świąt, ale jakby zapomina się dlaczego WSZĘDZIE są te choinki. Przecież właściciele sklepów doskonale wiedzą, że świecidełka i kolorowe ozdoby będą przyciągać każdego, nie zależnie od jego wyznania.

Na początku miesiąca został nawet otwarty kiermasz świąteczny na europejską modłę. Wszyscy o nim mówili. Najgorsze są jednak dekoracje w lokalnych sklepach, najtańsze chińskie bibeloty. Nad tandetą Ammanu góruje tylko Madaba, najbardziej chrześcijańskie miasto w Jordanii. Choinka przewyższająca minarety meczetu, z piękną gwiazdą na czubku i zniszczoną, pozbawioną baniek dolną częścią.

Chyba kiedy widzę, że coś robi się na siłę i wcale się w to nie wierzy, tracę pozytywny nastrój.

3.1.

Szczerze powiedziawszy to nie wiedziałem na co się piszę przyjeżdżając do Irbidu. Mieliśmy tylko zobaczyć Umm Qais i pozostałości rzymskiego miasta Gadara, a następnie wrócić do Ammanu. Okazało się jednak, że nasz arabski kolega zaplanował dla nas dzień pełen wrażeń. Zaczęło się deszczowo, ale na szczęście nie zmokliśmy jadąc busem z Irbidu do Umm Qais. Słońce wyszło zza chmur i zaświeciło nad amfiteatrem z czarnego bazaltu, antycznymi kolumnami i kamiennymi pozostałościami hellenistycznego miasta, które niegdyś tętniło życiem. Pomimo mgły z łatwością mogliśmy dostrzec syryjskie Wzgórza Golan i Jezioro Galilejskie. Ponoć właśnie w tym miejscu Jezus wypędził z ciał dwóch mężczyzn demony, które później weszły w świnie i spadły z urwiska do jeziora.

Dopiero po zwiedzaniu ruin miała zacząć się nasza mała przygoda, czyli trekking w Wadi Al Arab. Plan od razu znalazł moje uznanie, zwłaszcza że chciałem się wyładować. Początkowo szliśmy żwirową drogą, jednak w pewnym momencie ta się skończyła. Obraliśmy więc dolinę rzeki z jej stromymi brzegami. Widoki nie przypominały Jordanii, którą znałem. Wzgórza w końcu się zazieleniły, a w powietrzu czuć było tylko świeżość. Wygląda na to, że zima przybiera czasami różne oblicza.

Nasz trekking dynamiką przypominał nowelę, zaczęło się od wprowadzenia, czyli łagodnego spaceru. Następnie atmosfera się zagęszczała z powodu deszczu i chęci powrotu niektórych osób. Z pewnością punktem kulminacyjnym był moment, kiedy jedna z koleżanek wpadła do rzeki, chcąc przeskoczyć z jednego na drugi brzeg. Kąpiel nie należała do najprzyjemniejszych z powodu zimna, a oprócz przemoczenia ubrania potłukła sobie kolano. Wtedy zdecydowaliśmy poszukać asfaltowej drogi i wrócić do miasta. Wyszliśmy na wzgórze, deszcz powoli ustawał, a promienie słońca stworzyły tęczę nad całą doliną. Idealne zakończenie małego dramatu. Beduini mieszkający w pobliskim szałasie wskazali nam drogę do miasta. Kiedy emocje już opadły zatrzymaliśmy się na chwilę na niewielkim wzniesieniu Tall Zira’a. Ponownie nie mogłem uwierzyć, że jestem w Jordanii. Krajobraz przypominał bardziej tropikalną dolinę, gdzieś na afrykańskiej wyspie.

Pokonaliśmy w sumie około 10 km pieszo, a pozostałe siedem przejechaliśmy na przyczepie ciężarówki przewożącej butle z gazem. Gdzieś z tyłu głowy wiedzieliśmy, że może nie jest to najlepszy pomysł, ale zimno i nasilający się głód stopował czarne myśli. Grunt, że na tym bezludziu ktokolwiek się zatrzymał i zaoferował podrzucenie nas do miasta.

Krótka wycieczka okazała się wielką przygodą pełną zaskakujących krajobrazów i niecodziennych zdarzeń. Oglądając zdjęcia znajomych pewnie bym żałował, że ten dzień spędziłem pod kocem.

4.1.

Dzisiaj odbyły się moje pierwsze zajęcia angielskiego w Sahab, biednej dzielnicy Ammanu. Chciałem zmotywować ich do dyskusji, dlatego też podzieliłem kilkanaście osób na dwie grupy, z których jedna miała się zgodzić, a druga polemizować ze stwierdzeniem „Lubię mieszkać w Jordanii”. Nie spodziewałem się, iż moje zadanie wzbudzi aż tyle kontrowersji. Okazało się, że nikt spośród nich nie chciał znaleźć się w grupie „przeciwko”, gdyż nie widzą żadnych argumentów, które mogliby użyć. Starałem się zatem im wytłumaczyć, iż jest to tylko ćwiczenie i nie ma problemu w wymyślaniu nieprawdziwych powodów. Mimo tego nie zdołali się przekonać i zaproponowali, żeby porozmawiać o Syrii. Wtedy zrozumiałem o co chodziło. Na jednej ścianie ogromny portret króla Abdullaha, a na drugiej jeszcze większy obraz jego ojca. Wszędzie tajna policja, być może nawet na moich lekcjach. Status uchodźcy. Jednym słowem, lepiej być ostrożnym. Zmieniliśmy zatem temat „Lubię mieszkać w Europie”. Argumentów za nie było aż tak wiele jak się spodziewałem, natomiast argumenty przeciwko trochę mnie zaskoczyły: „nie ma wielu meczetów”, „mężczyzna może mieć tylko jedną żonę” (zdanie wypowiedziane przez kobietę), czy „alkohol w sklepach”.

Było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Uważam się za patriotę, aczkolwiek bez problemu mógłbym wymienić argumenty przeciwko mieszkaniu w Polsce. Są jeszcze jednak ludzie, którzy bezkrytycznie patrzą na kraj, w którym mieszkają. Czyżby ze strachu?

6.1.

Oficjalne ogłoszenie rządowe: „Ze względu na spodziewane opady śniegu i niską temperaturę w czwartek, wszystkie instytucje rządowe zostaną zamknięte w środę i czwartek”. Co to nagłe załamanie pogody oznacza? Może dwa centymetry śniegu i temperaturę około zera. Dobrze, rzeczywiście jest zimno, ale żeby tak od razu ogłaszać stan klęski żywiołowej. Wczoraj w sklepach panowały tłumy i niestety sam popadłem w panikę wykupując jedzenie na kolejny tydzień. Tak na wszelki wypadek.

26.5.

Od dłuższego czasu niczego nie napisałem, głównie dlatego że wszystko zaczęło być „swojskie”. Większość rzeczy wydaje się być normalna, a do tych które szokowały mnie jeszcze niedawno całkowicie przywykłem, mogę powiedzieć, iż czuje się jak u siebie. „Zima” już dawno wyniosła się z Królestwa i na stałe zapanowało upalne lato. Chłodniejsze dni zostały skradzione przez aparat. Wracając do nich przypominam sobie ostatnie wyprawy po Jordanii.

Al-Salt, które kilkadziesiąt lat temu miało stać oficjalną stolicą kraju zamiast Ammanu, dziś wygląda jak prowincjonalne miasteczko, choć urokliwe, wyciszone i zapomniane. Nawet jeśli chce się poświęcić trochę więcej czasu na zwiedzanie tego miejsca, bardzo szybko okazuje się, że po kilku godzinach spaceru resztę czasu spędzi się w niewielkiej knajpce pijąc herbatę z miętą. W starych budynkach można odnaleźć jakąś artystyczną myśl składającą ukłon arabskiemu wzornictwu. Zupełnie inaczej niż w Ammanie, gdzie budynki, zwłaszcza mieszkalne, mają wyłącznie służyć, a nie cieszyć wzrok. Z otaczających miasto wzgórz roznosi się widok na pobliskie miejscowości. Nikt nie zaczepia i nie próbuje nic sprzedać. W tym mieście można spędzić miłe popołudnie.

Spontaniczna, dwudniowa wycieczka do rezerwatu przyrody Dana. Choć dłuższy trekking uniemożliwił silny wiatr i deszcz, miło było wyrwać się za miasto.

Petrę zostawiłem sobie na sam koniec. Myślałem, że uda mi się dostać zniżkę na wejście skoro mieszkałem już tutaj prawie rok. Nic z tych rzeczy, za dwudniowy bilet zapłaciłem równowartość 280 zł (bilet jednodniowy to koszt 250 zł). O jednym z nowych cudów świata można znaleźć wiele informacji, ale zastanawiam się, czy ktoś kiedyś powiedział, że bardziej interesujące od Skarbca jest wszystko inne znajdujące się dookoła – wzgórza, klasztor, wąwóz, domy wykute w skałach. W Petrze warto spędzić co najmniej dwa dni i nie spiesząc się zejść ze szlaku prowadzącego do głównych atrakcji, spojrzeć na Skarbiec z góry i porozmawiać z tutejszymi mieszkańcami.

28.5.

Odwrócony szok kulturowy jest chyba rzeczywistym zjawiskiem. Wpływa w różnym stopniu na ludzi, którzy doświadczyli rozłąki z krajem, nawet kilkumiesięcznej. Uczymy się nowego sposobu bycia, nowego języka, nowych zwyczajów kulturowych i w pewnym stopniu zmieniamy również siebie. Nowe i dotychczasowe „ja” przepychają się gdzieś wewnątrz. Udana asymilacja z zagranicą, choć nie pozbawiona często trudnego początku, stanowi źródło dumy i poczucia satysfakcji z osobistego osiągnięcia. Dlatego też powrót do domu może być też dla nas większą próbą niż sam wyjazd i podróż w nieoczywiste. Koniec pewnej przygody, okresu ciągłego odkrywania i uczenia się. Powrót do utrwalonej konwencji, którą chciało się przełamać. Poczucie bezradności wobec wąskich umysłów, tonięcie w masie, powolne opadanie na dno. Niektórzy ludzie w ogóle się nie zmienili, albo ja sam zmieniłem się za bardzo. Wracam do gry. Poddaję się niechętnie normalności i porównuję to co było i jest. Kocham ten kraj, brakuje mi tylko tych chwil, które zostały gdzieś indziej.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: