laos

Prolog: Jak rzucić wszystko i wyjechać do Azji
Wcześniejszy etap: Wietnam

Zaczynam spisywać wszystkie moje myśli po kilku dniach pobytu tutaj. Jeszcze przez chwilę tylko ja będę wiedzieć, w jakim świetle przedstawię Laos. Zacznę nietypowo, bo od przyznania się do czegoś. Laos miałem zwiedzić… dodatkowo. Skoro już jestem w regionie, a bilet z Hanoi nie kosztuje kroci, to dlaczego nie skorzystać z okazji. Nawet dokładnie nie zapoznałem się z historią, zwyczajami ludzi, pochodzeniem języka, którego alfabet tworzą niezrozumiałe acz fantazyjne znaki. Być może to nie jest wstrząsające wyznanie, ale w mojej ocenie potraktowałem ten kraj pobłażliwie, bez należytej atencji, jakby miał być tylko kolejną pinezką na mapie. Nie usprawiedliwia mnie też fakt, że cała masa osób podróżujących po Wietnamie wpada na moment do Laosu traktując go jako tranzyt pomiędzy Wietnamem a Tajlandią. Teraz wiem, że Laos zasługuje na miano głównej destynacji, którą delektuje się każdego dnia i odkrywa z otwartymi oczami. Nie jest tylko jednym z przystanków, wycieczką, egzotycznym celem wczasowicza.

 

Luang Prabang. Dzień 1-6.

Dzień 1. Przekraczanie granicy położonej pośród wzgórz i oddalonej od jakiejkolwiek cywilizacji wzbudzało we mnie niepokój. Z jednej komunistycznej republiki do drugiej. Z kraju, który dopiero co poznałem do kraju, o którym nie wiem nic. Co jeśli którejś ze stron nie spodoba się mój paszport, albo znajdzie powód, aby obciążyć mnie jakąś dodatkową opłatą, o której nie pisano na żadnej oficjalnej stronie rządowej? Jeszcze ten rześki poranek i unosząca się nad doliną mgła. Odgrywam główną rolę w dreszczowcu, który sam reżyseruję. Nie ma wartkiej akcji i szpiegów. Bez słów i bez problemów, odbijając się tylko od kolejnych okienek symbolicznie stawiam stopę w Laosie. Saibaidee!

Choć znacznik lokalizacji na mapie wskazywał, że do celu pozostało całkiem sporo drogi, cicho liczyłem na to, że po przekroczeniu granicy podróż przebiegnie szybko. Nic takiego się nie wydarzyło. Dopiero po 28 godzinach jazdy sypialnianym autobusem, zatrzymując się cztery razy na toaletę i posiłek, a raz aby zmienić przebite koło, w którego wymianie sam pomagałem, dotarliśmy do pogrążonego we śnie Luang Prabang. Pomimo zmęczenia, od momentu przyjazdu do miasta czułem się dziwnie dobrze. Odebrałem to jako zwiastun udanego pobytu.

Dzień 2. Wczesnym popołudniem, jeszcze zamroczony, z przymkniętymi oczami wyruszyłem na ulice Luang Prabang, aby się rozejrzeć. Jeden mały krok zaprowadził mnie na targ. W przeszłości spałem w różnych miejscach, ale chyba jeszcze nigdy w hostelu zlokalizowanym bezpośrednio na lokalnym targowisku, zupełnie nieturystycznym, takim, w którym kobiety kupują produkty na rodzinny obiad. Zapach mięsa ćwiartowanego na pniu, świeżych ziół i ryb wyłowionych z rzeki Nam Khan skutecznie i właściwie momentalnie przyspieszył mi tętno. Po kilku minutach spaceru po głównej ulicy Sisavangvong moje pierwsze wrażenie dotyczące tego miasta znalazło potwierdzenie, co więcej eskalowało. Uśmiech Laotańczyków i pozytywna energia rezonowały, wypełniały przestrzeń, odbijały się od ścian. Zupełnie jakby były głównymi budulcami tego miejsca. Jednopiętrowe kamienice tworzyły kolorowy ciąg, zapraszając otwartymi werandami na kawę. Wiele z nich przyprószył czarny osad czasu, nadając ulicy autentyczności i pewnej powagi. Od dawna nie miałem okazji, aby przejść się spokojnie po mieście i podziwiać jego zakamarki bez nadmiernego hałasu, bez zwracania uwagi na głośnych sprzedawców i szaleńczą szarżę motocykli. Jest intymnie, kameralnie.

Tuż po zmroku główna ulica w centrum miasta zmienia się nie do poznania. Kupcy rozkładają swoje namioty i tak jak co dzień starannie układają przedmioty na sprzedaż. Wzdłuż przeciwległej ulicy znalazło się miejsce dla straganów gastronomicznych, w których można dostać przekąskę każdego rodzaju. Nie raz nie mogłem przejść obok nich nieobojętnie. Po północy wszystko wraca do normy. Stragany znikają, a ruch ustaje.

Już wcześniej wiedziałem, że najlepszymi kompanami w podróży są dla mnie mój własny cień i smuga dymu z papierosa. Chętnie spędzam czas z ludźmi dzieląc się wzajemnie przeżyciami z odwiedzonych miejsc i pobudek, dla których są właśnie tutaj. Trudno mi jest natomiast godzić się na kompromis, wspólnie ustalać trasę, pytać o pozwolenie jeśli bez większego powodu zdecyduję zatrzymać się w danym miejscu. Za bardzo przywykłem do podróży po życiu w pojedynkę. Dodatkowo to niesamowite miejsce, które chcę mieć wyłącznie dla siebie. Być może dlatego starałem się dyskretnie spławić poznanego w autobusie z Hanoi młodego Belga. Nie mając żadnego hostelu na oku zapytał mnie, czy może pójść razem ze mną i zapytać o wolne łóżko. Nie widziałem żadnego powodu przeciw, ale też nie sądziłem, że spędzimy ze sobą tyle czasu. Każdego dnia wypytywałem go, co zamierza robić, sam przedstawiając zupełnie inny pomysł na spędzenie dnia. Chciałem, abyśmy się mijali i co najwyżej wieczorem spędzali kilka godzin popijając laotańskie piwo. Nasze charaktery nie współgrały, przynajmniej ja to tak odczuwałem. Zwariowany, bezpośredni i głośny kontra ja. Przeciwieństwa nie zawsze się przyciągają.

To nie przypadek, że w pierwszym lokalu w jakim jadłem, najprostsze danie z makaronu i warzyw smakowało fantastycznie. Każda kolejna restauracja serwowała potrawy na podobnym wysokim poziomie. Zupełnie się tego nie spodziewałem, zwłaszcza po mocno rozczarowującej wietnamskiej kuchni. Najlepsze jednak były wizyty na nocnym targowisku, gdzie wyłożone na pokaz potrawy kusiły wzrok przechodniów. Choć samo miejsce mogło odstraszać i nie spełniać wszystkich wymogów sanitarnych, poznane smaki zapadają w pamięć. Upatrzyłem sobie wegetariański bufet, w którym każdy mógł znaleźć coś dla siebie – kilka rodzajów makaronów, warzywa, tofu, smażone banany, sajgonki. Zawsze mogłem najeść się do syta, zostawiając sobie jedynie miejsce na tradycyjne naleśniki smażone na prowizorycznym wózku ustawionym na ulicy. Jedyną rzeczą, która nie pozwalała mi jeść w spokoju był widok dzieci pracujących na targowisku. Trudno mówić tu wyłącznie o formie pomocy i wsparciu rodzinnego biznesu, a raczej o ciężkiej codziennej pracy. Nie wiem, czy mogę oceniać to zjawisko w pełni nie znając sytuacji, jednak jak się później okazało jest to powszechna praktyka.

Dzień 3. Postanowiłem spędzić wczesne popołudnie razem z moim nowym kolegom. Wynajęliśmy rowery i ruszyliśmy bez konkretnego planu poza turystyczne centrum Luang Prabang. Przejechanie kilku kilometrów wystarczyło, aby odkryć prowincję pozbawioną barów i restauracji, w której ludzie trudnią się zwykle rolnictwem, a warunki bytowe pozostawiają wiele do życzenia. To cenna lekcja, która pomogła mi spojrzeć na Laos z zupełnie innej perspektywy. W pewnym momencie dostrzegliśmy grupę młodych chłopaków grających w petanque, czyli francuską grę polegającą na rzucaniu metalowych kul jak najbliżej wyznaczonego celu na piaskowym boisku. Pewnie gdyby nie mój nowy bezpośredni kolega, nie odważyłbym się dołączyć do grupki chłopaków i spróbować swoich sił. Szło nam całkiem nie źle, być może dlatego nie wyprosili nas po pierwszych rzutach. Petanque to całkiem popularna gra w Laosie i kolejny ślad po kolonialnej przeszłości kraju.

Po przyjeździe do miasta, już we własnym towarzystwie, odkrywałem kolejne miejsca. Przez przypadek dotarłem do mało popularnej świątyni That Wisunarat. Oprócz mnie nikt nie plątał się po dziedzińcu. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy mnisi nie będą mieli nic przeciwko mojej obecności na terenie świątyni. Dostrzegając strome schody prowadzące do bliżej nieokreślonego celu, postanowiłem sprawdzić, co kryje się wyżej. Oprócz tego, że wzgórze otwierało widok na pofałdowaną panoramę okolic, mieściła się na nim mniejsza świątynia po brzegi wypełniona przez wiernych. Niewielkie zabudowania służące mnichom, odsłaniały kulisy ich codzienności. Na sznurach schły pomarańczowe szaty, w ogromnych koszach przechowywano ryż zebrany podczas porannej ceremonii zbierania darów. Każdy był czymś zajęty, przy czym nie spieszył się zanadto.

Choć zaledwie kilka godzin temu rowerem przejeżdżałem przez jednokierunkową ulicę nad brzegiem rzeki, chciałem w spokoju jeszcze raz przyjrzeć się kolorowym domom. Niezdecydowanym krokiem szedłem do przodu i zatrzymywałem się co chwilę by przedłużyć spacer. Dzień dopełnił złoty zachód słońca nad Mekongiem.

Dzień 4. Ten dzień zdecydowanie upłyną pod znakiem świątyń. Bez znudzenia chodziłem jak pielgrzym od jednej do drugiej, za każdym razem analizując kolorowe zdobienia i dziesiątki posążków Buddy. Nie mogę wykrzesać z siebie sensownych słów, które oddawałby ich architektoniczny artyzm. Pewnie zużyłem już odpowiednie porównania i zwroty tworząc opisy buddyjskich świątyń odwiedzanych pierwszy raz podczas pobytu w Tajlandii. Nie ważne, czy będę mieć co czytać za kilka lat. Ten widok zostanie ze mną na zawsze.

Jedna ze świątyń górowała nad całym miastem, a nocą stanowiła punkt orientacyjny niczym morska latarnia dla żeglarzy. Usytuowana na samym szczycie wzniesienia Phu Si odgrywała podwójną rolę – świątyni oraz punktu obserwacyjnego, z którego rozciągał się panoramiczny widok na okoliczne góry i zabudowania Luang Prabang. Nareszcie mogłem objąć wzrokiem całe miasto i zapisać je w cyfrowym kadrze.

Na mapie zostało jeszcze jedno miejsce, które koniecznie chciałem zobaczyć. Nie jestem pewien, czy mieszkańcy miasta rzeczywiście z niego korzystają, czy stanowi jedynie jedną z atrakcji turystycznych. Lichy most, bo o nim mowa, unosił się zaledwie kilkadziesiąt centymetrów nad wodą, podpierany wyłącznie przez chwiejące się pale. Każdy krok starałem się stawiać ostrożnie, aby nie wprawić konstrukcji w zbyt duże drgania. Kładka głośno strzelała i uginała się pod przemieszczającym się ciężarem. Tym razem się udało, znalazłem się na drugim brzegu bez konieczności przepływania reszty dystansu przez rzekę Nam Khan. Pewnie kąpiel nie zaszkodziłaby mi, zwłaszcza, że wzdłuż mostu grupka kilkuletnich chłopców pływała to w jedną, to w drugą stronę radośnie hałasując.

Pałac królewski. Świątynia May Souvannapoumaram. Świątynia Siphoutthabath. Świątynia Xieng Thong. Świątynia That Phu Si. Most bambusowy.

Dzień 5. Choć wczorajszego wieczora może wypiłem o jedną szklankę whisky za dużo, zdeterminowany wstałem po pierwszym sygnale budzika. Miasto spokojnie spało, a słońce jeszcze długo miało nie wzejść. Nie chciałem przegapić okazji, aby móc zobaczyć z bliska poranną ceremonię wręczania darów. Tradycja ta jest kultywowana w całym Laosie, jednak ze względu na niezliczoną ilość świątyń i szczególne otoczenie, buddyjski obrządek przybiera spektakularnej formy właśnie w Luang Prabang. Liczne zgromadzeni wierni ustawiali się wzdłuż ulic, wypatrując tak samo gorliwie jak ja nadejścia mnichów. W praktycznie całkowitej ciszy pierwsze pomarańczowe szeregi wyłaniały się zza świątynnych bram. W zamian za błogosławieństwo, mnisi mogli liczyć na garść lepkiego ryżu wyjmowanego rękoma z bambusowych łubianek. Nieliczni mieszkańcy sięgali po drobne datki pieniężne, które trafiały nie do kieszeni, a do tych samych plecionych koszy co ryż. Bardzo powoli atramentowe niebo bladło od świtu. Szarość poranka kontrastowała z wyrazistym kolorem szat. Na twarzach wiernych nareszcie można było dostrzec emocje. Nie chciałem rzucać się w oczy i jak intruz przeszkadzać w spirytualnym ceremoniale. Stałem gdzieś na uboczu analizując gesty, uśmiechy i wyszeptywane modlitwy. Wpatrywałem się w kolejne grupy mnichów skromnie przechodzących wzdłuż ulicy. Nawet nie wiem kiedy zrobiło się całkiem jasno, a wierni spokojnym krokiem ruszyli do domów przygotowywać śniadanie dla swych rodzin.

Po powrocie do hostelu i przespaniu kilku godzin zastanawiałem się, czy poranne sceny aby nie były wytworem mojej sennej wyobraźni. Sięgnąłem po aparat i po obejrzeniu kilku zdjęć zadałem sobie tylko retoryczne pytanie, jak nie kochać tego miejsca.

Całkowicie bez powodu, do ostatniego momentu zwlekałem z wizytą w Ban Long, do którego przyjeżdża się żeby zobaczyć wodospad Kuang Si i zażyć kąpieli w naturalnie uformowanych basenach wypełnionych błękitną wodą. Po przekroczeniu bramy wejściowej zatrzymałem się na chwilę, żeby pozdrowić rozochocone niedźwiedzie azjatyckie przebywające w tutejszym centrum ochrony. Kilka metrów dalej ukazał się rajski obraz wodospadu, choć podobny do tych, które często można znaleźć w regionie. Chcąc zobaczyć kolejne poziomy, nie skusiłem się nawet na zamoczenie stóp. Błąkając się w gęstych zaroślach czułem namiastkę tropikalnego lasu. Rozglądałem się dookoła szukając owadów, wydających przeraźliwe dźwięki. Patrzyłem pod nogi, aby nie nadepnąć przypadkiem pełzającej jaszczurki. Psotna wyobraźnia sprawiła, że byłem bardziej uważny niż zwykle.

Dzień 6. Ostatni dzień w Luang Prabang. Z wcześniej planowanych czterech dni, zostałem w nim sześć. Choć zobaczyłem właściwie wszystko co powinienem, czuję niedosyt. Chciałbym jeszcze pospacerować bez celu i dogłębnie zanurzyć się w tej klimatycznej atmosferze. Zastanawiam się, co czeka mnie w innym miejscach, choć pewnie towarzyszącym mi teraz odczuciom nie będzie łatwo dorównać.

 

Nong Khiaw. Dzień 6-9.

Kto by przypuszczał, że pokonanie zaledwie 140 km trasy zajmie ponad cztery godziny. Niestety, stan dróg nie rozpieszcza, a pozornie niewielki dystans znacznie się wydłuża ze względu na liczne serpentyny. Przyjeżdżając do górskiego Nong Khiaw nie spodziewałem się miasta podobnego do Luang Prabang, jednak zaskoczyła mnie uśpiona atmosfera wioski liczącej trochę ponad trzy tysiące mieszkańców. Ich życie skupia się wzdłuż głównej ulicy, przy której można znaleźć niewielkie sklepiki, warsztaty, pracownie krawieckie. Realia wyglądają zupełnie inaczej niż w turystycznej stolicy regionu. Nie ma sensu doszukiwać się większych grup obcokrajowców, ani ekskluzywnych hoteli nad brzegiem rzeki. To zupełnie inny Laos, a na pewno nie ten ze słonecznych pocztówek.

Hostel, w którym miałem się zatrzymać znajdował się po drugiej stronie wioski, co oznacza, że dotarcie do celu zajęło mi jakieś piętnaście minut. Nie licząc noclegów w autobusach sypialnianych, to moje dziesiąte łóżko od momentu rozpoczęcia podróży po Azji. Tak, liczę łóżka, w których przyszło mi spać. Niektórzy ludzie śpią w jednym łóżku przez całe życie. Kładą się i wstają w tym samym miejscu. Cieszę się, że mogę inaczej. Uwielbiam to uczucie, kiedy budzę się rano i muszę poważnie się zastanowić gdzie jestem. Obym mógł liczyć jak najdłużej.

Prywatny pokój pozwala mi zebrać myśli i ubrać je w słowa. Planuję kolejny dzień oczekując zarazem niespodzianek.

Po solidnym śniadaniu w niepozornej restauracyjce zlokalizowanej na poddaszu jednego z okolicznych domów, postanowiłem wspiąć się na okoliczne wzgórze Pha Daeng. Choć przydrożne znaki informowały o godzinnej wędrówce po całkiem stromym terenie, zbagatelizowałem je i ruszyłem bez większego zastanowienia, nawet nie napełniając do pełna butelki na wodę. Po kilku przebytych metrach zrozumiałem, że nie będzie to zwykły spacer, a trasy nie uda mi się pokonać poniżej czasu opisanego na znakach. Wysoka temperatura i parne powietrze dawały się we znaki. Pot lał się cienkimi strumieniami po całym ciele i równomiernie kapał na czerwonobrunatną ziemię. Każdy krok był wymuszony. Na szczęście im wyżej, tym powietrze stawało się bardziej znośnie, gęsty las przerzedzał się wpuszczając co jakiś czas powiewy orzeźwiającego wiatru. Przede mną wyłoniła się szara, chropowata skała będąca najwyższym punktem góry. Zaledwie dwa solidne kroki dzieliły mnie od możliwości podziwiania jednej z najwspanialszych panoram, które widziałem do tej pory.

Meandrująca rzeka Nam Ou spokojnie oplatała ciągnące się po sam horyzont pasma nieregularnych górskich łańcuchów. Wystarczyło obrócić się nieznacznie, aby móc dostrzec zupełnie nowy, zaskakujący obraz. Na porośniętych ciemną zielenią zboczach gdzieniegdzie pojawiały się żółte plamy pól uprawnych i pastelowe, cienkie wstęgi bocznych dróg. Samo miasteczko Nong Khiaw wyglądało dużo bardziej interesująco z tej perspektywy. Dalsze rozprzestrzenianie się zabudowy z jednej strony ograniczało strome zbocze, a z drugiej brzeg rzeki, który utworzył półokrągły cypel. Na szczycie zostałem na trochę dłużej i nie tylko dlatego, aby zregenerować siły, ale żeby zapamiętać każdy detal tej chwili. Schodząc tą samą ścieżką minąłem kilka osób, których zmęczenie przejawiało się w dyszących odgłosach. Uśmiechając się życzliwie, starałem się wysłać sygnał, że warto.

Nocne życie towarzyskie wioski kumuluje się na moście. Poszczególne grupki młodzieży oglądają filmy na komórkach, ścigają się na skuterach, łuskają nasiona słonecznika jednocześnie głośno komentując to, co robią pozostali. Nie udało mi się przejść niezauważonym. Moja obecność zaburzyła jakiś społeczny ład. Wydaje mi się, że wszyscy na chwilę przestali zajmować się swoimi sprawami i zwrócili wzrok w moim kierunku. Tylko czekałem, aż ktoś odważy się zapytać mnie o imię, albo zaproponuje wspólne zdjęcie. Nic takiego się nie stało. W cieniu chichotów przeszedłem towarzyski most tam i z powrotem nie będąc zaczepionym. Ani trochę nie byłem rozczarowany.

 

Vang Vieng. Dzień 9-11.

Po ponad ośmiogodzinnej tułaczce minibusem do Vang Vieng, chciałem jak najszybciej się z niego ewakuować. Noc rzucała światło na skrajny przykład masowej turystyki. Czytając opisy miasta, chciałem przekonać się, czy aby opinie na jego temat nie są nazbyt przesadzone. Czy tak łatwo zamienić bajkowo położoną, spokojną wioskę w wielką imprezownię pozbawioną ładu? Niestety wszystko się potwierdziło. Na głównej ulicy co metr można znaleźć kluby i puby, odwiedzane chwiejnym krokiem przez grupki obcokrajowców. Ludzie zapominają o przyzwoitości i swoich granicach. Szyldy, neony, architektoniczny niesmaczny bałagan drażnią oczy jak gaz pieprzowy. Zasypiam z dźwiękami popularnych przed laty hitów i krzykami dobiegających z barów karaoke.

Poszedłem spać wcześnie, dzięki czemu wstałem o przyzwoitej godzinie i tak jak planowałem ruszyłem, aby zobaczyć to, co mnie tutaj sprowadziło. Nie planowałem natomiast, że ten dzień przyjdzie mi spędzić w towarzystwie innej osoby. Wbrew mojej wyimaginowanej niechęci do dzielenia się czasem i przestrzenią z innymi podróżnikami, muszę przyznać, że było całkiem sympatycznie. Być może wystarczy odpowiednia osoba, podobna charakterologicznie, mająca zbliżone oczekiwania, aby jej towarzystwo nie przeszkadzało, a nawet uzupełniało tête-à-tête z otoczeniem.

Wychodząc z hostelu nie rozpoznałem ulicy, która tak mnie wystraszyła w nocy. Totalnie opustoszała, bez energii, tylko w kątach restauracji wczorajsi imprezowicze regenerowali siły na później. Skręt w prawo, przejście przez płatny podziurawiony most nad rzeką Nam Song, kilkaset metrów na zachód – tyle wystarczyło, aby znaleźć się w kompletnie innym świecie. Spod bezmyślnej komercji i tandety wyłonił się krajobraz, jakiego oczekiwałem. Porośnięte zieleniom ostre wapienne wzgórza, z których widok na zwykłe pola uprawne wydaje się wizytą w galerii najznakomitszych obrazów świata. Mógłbym powiedzieć, że przywykłem do takiego pejzażu, bo pojawia się właściwie co krok, ale chyba nigdy się nim nie znudzę. Pełnię wyrazistych kolorów mąci nasycone wilgocią powietrze. Znowu nie jest mi dane spojrzeć na przejrzysty horyzont. Znowu zachwycam się jak zawsze.

Nie wiem, czy to wędrówka, czy już wspinaczka, ale po pięciu godzinach eksplorowania okolicy, kolana uginają się pod ciężarem ciała. Popychany motywacją idę dalej; za stadem krów spacerujących bez nadzoru po głównej ulicy; przybijając piątkę dzieciakom ścigającym się na rowerach; zastanawiając się nad życiem osób mieszkających w skromnych, drewnianych domach, wymagających pilnego remontu, albo choćby nowej plandeki na zabezpieczenie dachu przed deszczem; pozdrawiając uśmiechem staruszkę sprzedającą benzynę w butelkach po wodzie. Nie rozumiem, czym sobie zasłużyłem na to co mam.

O zgrozo, stałem się jedną z imprezowych osób. Poddałem się presji nowo poznanych znajomych i podstępnie wyciągnięty do klubu. Nawet nie musieliśmy kupować drinka, wystarczyło zatrzymać się w miejscu, w którym właśnie rozdawano gratisy. Zanim dotarliśmy do docelowego punktu, niektórym już szkliły się oczy. W butach na górskie wyprawy podskakiwałem na uboczu nie skupiając na sobie uwagi. Nie mogę powiedzieć, że nie bawiłem się dobrze w towarzystwie tych kilku osób, z którymi dzieliłem pokój w hostelu. Nawet na moment zapomniałem o przemyśleniach z wczorajszego wieczora. Czy powoli staje się hipokrytą? Czy wręcz przeciwnie – zbyt wcześnie wydaje czarno-białe oceny?

 

Wientian. Dzień 11-15.

Już na pierwszy rzut oka widać, że Wientian nie przypomina innych azjatyckich stolic, a raczej spokojne prowincjonalne miasto. Nie poddaje się pogodni za cywilizacyjnym wariactwem. W miejski krajobraz nie wdarły się żurawie unoszące betonowe konstrukcje w stronę nieba. Rozwija się bezpretensjonalnie, powoli, w swoim tempie, nie pretendując do miana tętniącego serca regionu. Może za to urzekać skromnością, taktem i dobrymi manierami. Charakter tego miasta przypomina mi trochę mój własny. Być może dlatego od razu znaleźliśmy wspólny język i stałem jedną z niewielu osób, które postanowiły zostać w stolicy Laosu dłużej niż jeden dzień.

Choć nasze drogi rozeszły się po opuszczeniu Luang Prabang, w Wientianie spotkałem się ponownie z belgijskim kolegą. Nie obeszło się bez wizyt w kilku pubach i niezliczonej ilości szklanek laotańskiej whisky, którą wbrew pozorom całkiem dobrze się pije. Nie wiem, czy to przypadek, czy w mieście rzeczywiście znajduje się wiele takich miejsc, ale trafiliśmy do pubu, w którym można było usiąść za zamkniętymi drzwiami w jednym z wydzielonych pokoi. Od samego początku czułem, że coś nie gra, ale ponownie poddałem się młodzieńczej presji. Razem z zamówionymi dwoma piwami dostaliśmy frytki, orzeszki i arbuza, które miały być za darmo. Po kilku minutach do pokoju weszła młoda dziewczyna i przysiadła się do nas. Praktycznie nie mówiła po angielsku, więc nie potrafiła wyjaśnić, w jakim celu się tu znalazła. Do głowy przychodziły mi najróżniejsze myśli, choć samo miejsce nie wydawało się być podejrzane. Szukałem haczyków, bo przecież musiały być gdzieś ukryte. Co jeśli pobierają dodatkową opłatę za wynajęcie pokoju, a prywatna obsługa oraz przekąski są w jej cenie? Skonfundowany pobiegłem do właściciela, który rozwiał wszelkie moje wątpliwości. Nawet nie wiem jak traktować to doświadczenie. Choć było zabawnie, chyba wolałbym posiedzieć w jednym z przydrożnych pubów i wsłuchiwać się w niezrozumiały dla mnie język Laotańczyków.

Nie trzeba szukać długo, aby w samym centrum miasta móc odnaleźć jedną ze skromnych, wąskich ulic otoczonych drewnianymi domami, po której biegają kury, a dzieci grają w piłkę na bosaka. Nikt się nie spieszy. Tak samo jak mieszkańcy i ja spowolniłem krok. Na mapie nie zaznaczyłem zbyt wielu miejsc, które zamierzam zobaczyć. Wychodząc na najwyższy poziom monumentu Patuxay patrzę na płaską panoramę miasta. Znad zieleni palm, jak rybie łuski połyskują złote dachy pobliskich świątyń. Czerwone flagi z sierpem i młotem dumnie powiewają w towarzystwie laotańskich barw na fasadach głównych budynków publicznych.

Po wyczerpującym kilkukilometrowym spacerze dotarłem do przypominającej złoty szpic świątyni Pha That Luang. Właśnie dzisiaj miały zakończyć się obchody buddyjskiego festiwalu Boun That Luang, który przyciąga licznych wiernych z całego kraju. Teren świątyni wypełniły kwiaty i dekoracje składane w ofierze przez odświętnie ubranych Laotańczyków. Okrążając świątynię, mnisi i rzesza pątników w pełnym skupieniu wyszeptują modlitwy. Bez trudu można poczuć podniosłą, mistyczną atmosferę.

Ważnym religijnym wydarzeniom zwykle towarzyszą świeckie festyny. W bezpośrednim otoczeniu świątyni można nie tylko skosztować tradycyjnych rozmaitości, ale też zaopatrzyć się w każdą mniej lub bardziej potrzebną rzecz. Stragany z odzieżą sąsiadują ze straganami z elektroniką, te znajdują się zaraz obok kramów z kwiatami i kosmetykami. Dalej miejsca, w których można wygrać gigantyczną maskotkę, jeśli rzutkami przebije się odpowiednią ilość balonów. Konsumpcyjny chaos splata głośna muzyka i irytujące nawoływania do wzięcia udziału w loterii. W pewnym sensie przez chwilę poczułem się jak na kościelnym odpuście.

Kolejny dzień spędziłem na swobodnym spacerze po mieście, odwiedzając rekomendowane przez mieszkańców świątynie i wypatrując francuskiego ducha przeszłości. Nawet jeśli Wientian nie piorunuje oczywistym pięknem, nie trudno stracić poczucie czasu przemierzając kolejne ulice, zatrzymując się w kawiarniach, spacerując nad brzegiem Mekongu i wylegując się swobodnie na ławce w parku. W głowie kłębi się głos alter ego znajdującego porównania i składającego zdania, które później sam spiszę. Wbrew mojej woli prowadzi narrację, głośno komentuje otoczenie pozwalając sobie na niejednoznaczne uwagi.

Wczesnym rankiem ruszyłem na lotnisko. Na jednej z ulic zauważyłem sznur mnichów wędrujących po mieście z koszami na dary. Przygoda z Laosem zatoczyła koło.

Pałac prezydencki. Monument Patuxay. Świątynia Pha That Luang. Świątynia Sisaket. Świątynia Hophakaew.

 

Na koniec.

Tak jak pisałem na samym początku, do Laosu przyjechałem bez większych oczekiwań, aby nie przegapić możliwości zobaczenia kraju znajdującego się gdzieś pomiędzy Wietnamem a Tajlandią. Jak się okazało już po pierwszych dniach, pobyt w Laosie przerósł moje oczekiwania, a nie zdarza się to często. Choć na tym etapie podróży wkradają się pewne porównania do innych miejsc, które udało mi się zobaczyć, prawie za każdym razem byłem pozytywnie zaskakiwany. Spodziewałem się znacznie mniej, a przeżyłem niesamowitą przygodę. Chciałbym, aby inni mogli dostrzec to co ja. Nasycony widokiem buddyjskich świątyń, ruszam dalej, teraz za głosem muezina.

 

Trasa:
Luang Prabang – Nong Khiaw – Vang Vieng – Wientian

Podsumowanie kosztów podróży:
– wiza: 130 zł
– transport: 330 zł (autobus z Hanoi oraz transport lokalny)
– noclegi: 220 zł
– wyjazdy i wejściówki: 80 zł
– pozostałe: 690 zł
TOTAL: 1450 zł / 15 dni


%d blogerów lubi to: