malezja, brunei, singapur

Prolog: Jak rzucić wszystko i wyjechać do Azji
Wcześniejsze etapy: Wietnam, Laos

Choć minęło prawie ćwierć wieku, pamiętam całkiem wyraźnie moje przygotowania do pierwszej samotnej podróży. Do termosu wlałem przesłodzoną herbatę, tradycyjnie dodając plasterek cytryny. Zrobiłem kanapki z dżemem i starannie zawinąłem je w papier. Znając siebie pewnie znalazłem jeszcze coś słodkiego. Wszystko ułożyłem w niewielkim plecaku, na którego spodzie znajdował się koc. W pewnym momencie podróży chciałem usiąść gdzieś na trawie nie rzucając się w niczyje oczy i w spokoju zjeść posiłek. Po za tym w każdej chwili mogło przecież zrobić się trochę chłodniej, a nie wiedziałem dokładnie, kiedy wrócę. Mając dwa złote w kieszeni wyruszyłem na przystanek znajdujący się może dwadzieścia metrów od domu.

Spokojnie czekałem na autobus i znając siebie pewnie jadłem już coś słodkiego. Przechodzący ludzie pytali mnie drwiąco, gdzie się wybieram i czy na pewno wszystko ze sobą zabrałem. Nie rozumiałem, dlaczego to jest dla nich takie dziwne – przecież mam pięć lat, potrafię o siebie zadbać i to jest odpowiedni moment, aby odkrywać świat. Nie wsiadłem do pierwszego autobusu. Poczekałem godzinę na przyjazd kolejnego, ale tym razem też mnie coś powstrzymało. Bałem się, że kierowca, tak jak przechodnie, nie potraktuje mnie poważnie, odmówi mi wejścia do autobusu, albo w ogóle nie zwróci uwagi na machanie ręką małego człowieka. W głowie pojawiła się też myśl, że być może dorośli mieli rację i nie powinienem podróżować sam. Co jeśli pojechałbym w złym kierunku, albo zabrakłoby mi pieniędzy na powrót? Rozczarowany wróciłem do domu. Pierwsza podróż solo się nie udała.

Pamiętam, że w tamtym miesiącu podjąłem jeszcze kilka podobnych prób. Każda zakończyła się niepowodzeniem i narastającymi wątpliwościami. Widać wtedy nie było mi dane pokonanie kilometrowej trasy na drugi koniec wioski. Choć byłem tam nie raz, miałem doświadczyć czegoś zupełnie nowego.

Ta historia przypomniała mi się, gdy zacząłem planować pobyt w Malezji. Jako dziecko pewnie nie wyobrażałem sobie nawet, że kiedyś będę podróżować tak jak dzisiaj, po krajach na końcu świata, nie wiedząc konkretnie, co wydarzy się następnego dnia. Myślę w zupełnie innych kategoriach dystansów. W ostatniej chwili zmieniam plan i bez zawahania idę przed siebie. Kiedyś przejazd na drugi koniec miejscowości wydawał się być przygodą. Teraz pokonując tysiące kilometrów, czuję się jakby nie istniał inny sposób na życie.

Kilka tygodni temu zarys mojej trasy wyglądał trochę inaczej. Z Wientianu miałem polecieć do Kuala Lumpur i zostać w zachodniej części Malezji przynajmniej miesiąc. Dlatego też zarezerwowałem lot myśląc, że z upływem czasu jego cena może wzrosnąć. Borneo miało zostać na koniec grudnia, jednak po przeczytaniu wskazówek dotyczących najlepszego terminu na pobyt w tej części Azji, zmieniłem plan. Na trzy dni przed odlotem spontanicznie kupiłem bilet do Sandakan. Podróż po Malezji rozpoczynam zatem od regionu Sabah na Borneo.

 

Sandakan. Dzień 1-5.

Lot z Wientianu do Kuala Lumpur. Lot z Kuala Lumpur do Sandakan. Cały dzień spędzony w drodze, ciągłym ruchu, w dźwięku ogłoszeń o spóźnionych pasażerach. Plecak pozostawia coraz głębsze ślady na moich barkach. Nie nadążam za czasem i zmieniającym się otoczeniem. Muszę zastanowić się chwilę, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki jest dzisiaj dzień. Adrenalina szumi w głowie i pomimo zmęczenia, nawet na moment nie udaje mi się wyłączyć. Uzależniłem się od tego. Przez kilka minut zastanawiam się jak nazywa się miasto, do którego zmierzam pytany życzliwie przez pracownika kontroli na lotnisku. Papierowy bilet podsuwa mi podpowiedź. Jakie miejsca zamierzam zobaczyć na Borneo? Co to za pytanie, nie umiem na nie odpowiedzieć. Nie mam przecież zaplanowanej trasy, wszystko może się zmienić z dnia na dzień. Jeśli jakieś miejsce mi się spodoba to zostanę dłużej. Muszę udawać, stękam o kilkunastu dniach na wyspach na południu i w większych miastach, których nazwy pamiętam z mapy w przewodniku. Czy podróżuję sam? No tak, a co w tym dziwnego?

Sama nazwa trzeciej co do wielkości wyspy na świecie przywołuje wyobrażenia o dzikiej dżungli, unikalnej bioróżnorodności, egzotycznych zwierzętach i krajobrazach, których nie można zobaczyć nigdzie indziej na świecie. Przed przyjazdem na Borneo myślałem, że będę zmuszony do szukania cywilizacji pośród nieskończonego lasu deszczowego. Szybko przekonałem się, że jest całkowicie odwrotnie. Przylot wieczorem i przejazd przez miasto, które właściwie już spało, nie odpowiedziały mi na wiele pytań, ale zauważyłem, że życie toczy się tutaj tak jak w innych azjatyckich miastach późną godziną. Kelnerzy w przydrożnych restauracjach wydawali ostatnie dania, w mieszkaniach gasły światła, ruch na ulicach malał.

Następnego dnia rano nie czekałem, aby się zaaklimatyzować. Jak najszybciej chciałem ruszyć do miejsca, przez które się tutaj znalazłem. Udałem się do Sepilok, do najbardziej znanego na świecie Centrum Rehabilitacji Orangutanów. Zwykle omijam wszelkiego rodzaju schroniska i sanktuaria w Azji, w których można za uiszczeniem odpowiedniej opłaty obcować z dzikimi zwierzętami. Są to dość kontrowersyjne placówki, często zwierzęta trzyma się w nich wyłącznie ze względu na wpływy z turystyki. Centrum w Sepilok ma jednak nieposzlakowaną opinię. Orangutany żyją tutaj w bezpośrednim kontakcie z naturą i są poddawane opiece do momentu całkowitego odzyskania sił i sprawności. Nie ma mowy o głaskaniu zwierząt, czy trzymaniu ich w klatkach tylko dlatego, żeby zagraniczni turyści mogli zrobić sobie zdjęcie. Nikt też nie gwarantuje, że na ścieżce w leśnym ośrodku pojawi się orangutan. W moim przypadku tak właśnie było. Pomimo pory porannego karmienia, w okolice platformy widokowej nie zjawił się ani jeden orangutan. Sałatą i bananami przyszły się za to poczęstować beztroskie i hałaśliwe makaki, których nie trzeba długo szukać w tutejszych lasach. Przez kilkadziesiąt minut wpatrywałem się właściwie w jeden punkt, licząc, że być może za chwilę z gęstych zarośli wyłoni się gość, do którego przyszedłem z wizytą. Nic takiego się nie stało. Nikt nie czego nie gwarantował, jednak czułem się rozczarowany. Postanowiłem wrócić później, być może tak jak ja, orangutany nie lubią wstawać zbyt wcześnie.

Okolica skrywa wiele miejsc, w których można pobyć z naturą i przypomnieć sobie o konieczności wzajemnego szacunku. Kilka godzin wędrowałem po tylko lekko przetartych ścieżkach Rezerwatu Odkrywania Lasów Deszczowych. Miałem wrażenie, że oprócz mnie, w promieniu paru kilometrów nie znajduje się żywa dusza. Rozważnie stawiałem każdy krok. Szelest liści pod stopami, każdy szmer powodowały szybsze bicie serca. Ciężkie, gorące powietrze utrudniało oddychanie, a kolejne metry były opłacane coraz to wyższą ceną. Niebo prawie całkowicie przykryły korony drzew, tylko w niektórych miejscach przebijały się strugi zmąconego parą światła. Nie padało, a odnosiłem wrażenie, że od czubka głowy po same opuszki palców spływają po mnie gorące krople. Przemierzając szlak i zagłębiając się w zarośla coraz bardziej, niepowtarzalny głos dżungli przybierał na sile. Trudno go opisać, natura będąca dyrygentem od tysięcy lat, nie kieruje się nutami. Nawet najmniejsze stworzenie głośno wybrzmiewało, a kakofoniczny chór dramatycznie wypełniał las, od wilgotnej ściółki po same czubki kilkudziesięciometrowych drzew. Nie raz krzyk makaka, albo nagłe skrobnięcie świerszcza zmuszały mnie do postoju i skontrolowania sytuacji przede mną. Cieszyłem się z tego doświadczenia – pierwszy raz w życiu mogłem samotnie zagłębić się w dżungli. Nawet jeśli podążałem za ustalonymi przez innych ścieżkami, doświadczyłem namiastki tropikalnego lasu. Byłem w miejscu, o które trzeba walczyć.

Znalazłem wyjście z dzikiego, zielonego labiryntu i w pośpiechu podążyłem na spotkanie z orangutanami, po cichu licząc, że być może teraz uda mi się je zobaczyć. Kilka metrów po wejściu dostrzegłem dwa rude stworzenia buszujące wysoko na drzewie. Oddane zabawie nie chciały schodzić, podobnie jak uśmiech na mojej twarzy. Opuściłem wzrok dopiero wtedy, gdy zaczęło kręcić mi się w głowie. Choć głęboko tego chciałem, nie sądziłem, że uda mi się zobaczyć te człekokształtne stworzenia. Po drodze do platformy widokowej, na której miało odbyć się popołudniowe karmienie, zatrzymałem się na placu zabaw dla orangutanów. Pomimo że zza szyby, widok skaczących i energicznych zwierząt ponownie przywołał uśmiech. Wcale nie różnimy się tak bardzo. Matka kurczowo trzyma w objęciach swoje niemowlę przyglądając się pozostałym podlotkom, które szaleją na zawieszonych linach. Samiec, gdzieś na uboczu, kontroluje sytuację jednocześnie zajadając się liśćmi sałaty. Byłem przekonany, że teraz na pewno na platformie pojawią się orangutany. Niestety, kolejny raz nie wyszły na spotkanie, a cały podwieczorek zgarnęły wiecznie głodne makaki. I tak cieszyłem się z tej wizyty.

Myśląc wyłącznie o znalezieniu autobusu do miasta, podążyłem do wyjścia leśną ścieżką. Nagle, jak gdyby nigdy nic, pojawił się na niej młody orangutan spoglądając z zainteresowaniem na zdumionego intruza. Przyznam, że na początku się wystraszyłem, zaskoczony tak bezpośrednim kontaktem. Nie wiedziałem, czy mam kontynuować drogę, czy zawrócić. Stanąłem w miejscu, nie ruszając się na krok, aby móc przyjrzeć się stworzeniu. Choć usta zwierzęcia tworzyły pozorny uśmiech, okrągłe czarne oczy wyrażały smutek. Być może tylko ja odnoszę takie wrażenie. Dziwne, ale jakimś sposobem dostrzegłem w nim pierwiastek człowieczeństwa. Chyba nie jestem jedyny, skoro w języku malajskim słowo „orang hutan” oznacza „leśny człowiek”. Stałem nieruchomy patrząc się na zwierzę, które dane mi było podziwiać z bliska pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu. Kiedy orangutan skrył się w zaroślach, odetchnąłem głęboko nie wierząc, co właśnie się wydarzyło.

Całe miasto, nie licząc kilku wyjątków przypomina stare komunistyczne osiedle, jakie mogliśmy zaobserwować jeszcze kilka lat temu w naszym kraju. Kolejno odwiedziłem protestancki kościół, chińską świątynię i meczet. Spacer po głównych atrakcjach miasta zajmuje dosłownie kilkadziesiąt minut. Nie ma sensu szukać architektonicznych niezwykłości. Ciekawsza stała się obserwacja malajskiego kulturowego miksu – tak jakby ktoś pomieszał urok buddyjskiego Laosu i realia znane z ulic na Bliskim Wschodzie. Domyślam się, że to przedsmak tego, co czeka mnie w zachodniej części kraju. Większość kobiet nosi hidżaby, choć atmosfera wcale nie jest konserwatywna. Mimo tego moje alkoholowe łaknienie momentalnie się wyciszyło, nie tylko ze względu na wysokie ceny, ale też przez poczucie, że może nie powinienem zamawiać piwa do kolacji siedząc w bezpośrednim sąsiedztwie zawoalowanych czernią kobiet.

Pierwsze dni na Borneo pozwoliły mi zrozumieć, że pobyt tutaj nie będzie należał do najtańszych. Nie licząc jedzenia, wszystko wydaje się droższe niż w Wietnamie i Laosie. Pewnie dlatego po ulicach szwenda się mniejsza liczba zagranicznych turystów. Spływ rzeką, czy zorganizowany trekking w głębi tropikalnego lasu to wydatek rzędu kilkuset złotych. Muszę solidnie przemyśleć swoje wybory.

 

Semporna. Dzień 5-8.

Po eksploracji dżungli nadszedł czas, aby odkryć podwodny świat. Pierwotnie nie miałem w planach, aby udać się na południe regionu Sabah, jednak postanowiłem zaufać rekomendacjom poznanej Malajki, która urodziła się właśnie tam. Rozmawialiśmy zaledwie kilkanaście minut, ale opisywany przez nią obraz iście baśniowych wysp na Morzu Celebes, skutecznie wzniecił moją ciekawość. Zmieniłem kierunek i zamiast do Kudat udałem się do Semporny.

W głowie na dobre zagościła wizja turkusowego morza i nurkowania w jednych z najbardziej przejrzystych wód na tej planecie. Gdy tylko wysiadłem z autobusu i wyciągnąłem z bagażnika plecak, stanąłem osłupiały. Portowe miasto nie mogło być bramą do niebiańskich krajobrazów. Zaniedbane komunalne budynki mieszkalne, cuchnące śmieci na ulicach i dym unoszący się z restauracyjnych grillów całkowicie zburzyły obraz, jaki mnie tutaj sprowadził. Nierealnym wydawało się być, że zaledwie kilkanaście kilometrów od odrapanego i brudnego mrowiska, miały roztaczać się rajskie widoki. Porzuciłem wszelkie nadzieje. Ku mojemu zdumieniu, nawet mieszkańcy zachowywali się inaczej. Nie spotkałem się wcześniej z uporczywym namawianiem do zakupu ryb przez młode kobiety, prośbami o pieniądze lub jedzenie bezdomnych na chodnikach, czy wymuszaniem kilku papierosów przez nastoletnich chłopaków w porcie. Pierwsze godziny w mieście całkowicie odebrały mi chęć do pozostania w nim na dłużej niż jedną noc.

Nie mając żadnych oczekiwań ruszyłem motorówką wraz z kilkoma innymi osobami w kierunku pobliskich wysp. Kiedy zabudowania miasta chowały się powoli za horyzontem, przede mną zaczęły wyłaniać się pierwsze wyspy Archipelagu Semporna. Początkowo niewyraźne kontury z każdą minutą nabierały kształtu, a morze wokół nich stawało się bardziej niebieskie niż samo niebo. Stożkowate formacje otoczyły wąskie pierścienie plaż z białego piasku. Kto wie, czy kiedyś cała ziemia nie była rajem, a teraz możemy odnaleźć tylko jego cząstki rozsiane gdzieś na bezdrożach. Ciekawe, czy w przyszłości takie widoki będziemy znać jedynie ze zdjęć i wspomnień tych szczęściarzy, którzy przybyli do nich przed godziną zero. Cieszę się, że ja zdążyłem na czas idąc za radą nieznajomej.

Szybko zrozumiałem, że widok rozsianych po lazurowym morzu wysp z perspektywy tafli wody był jedynie przedsmakiem niesamowitości. Przedzierając się przez zarośla Wyspy Boheydulang, przemoczony wilgotnym powietrzem, dotarłem z mozołem na jej szczyt. Nowa perspektywa ukazała obraz, jakiego wcześniej nie znałem. Okoliczne wyspy ułożyły się w symetrycznym łuku, dumnie unosząc czoło ponad błękitne lustro. Liczne płycizny, jak turkusowe łaty lub rozległe plamy zdobiły morze uderzające cicho w brzeg. Perspektywy nie zakłócał żaden obiekt, jedynie gdzieś w oddali kłębiły się pionowo monsunowe chmury. Gdyby nie lejący się z nieba żar zostawiający czerwone ślady na policzkach i karku, wpatrywałbym się przed siebie jeszcze przez dłuższy czas.

Kolejny przystanek. Tym razem przyszło mi zajrzeć pod powierzchnię. Wystarczyło zanurzyć głowę, aby znaleźć się w zupełnie nowym wymiarze. Żywa paleta barw wydawała się być na wyciągnięcie ręki. Ławicami i pojedynczo, chaotycznie i spójnie, morskie stworzenia opływały tam i z powrotem koralowy las. Nie przejmowały się zbytnio obecnością większych stworzeń przeszkadzających im w codziennych obowiązkach. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile się dzieje pod lustrzaną taflą. Nigdy nie mogliśmy zrozumieć tego miejsca. Niestety być może dlatego tak łatwo jest nam tylko z niego czerpać, nie dając nic w zamian.

Nie jestem w stanie zliczyć wszystkich wysp tak małych, że można je obejść dookoła w przeciągu zaledwie dziecięciu minut. Bez trudu, w całości mieszczą się w jednym kadrze aparatu. Biały piasek, przejrzysta woda, delikatny szelest wysokich palm tworzą pocztówkowy obraz. Na niektórych można nawet pobyć w zupełnej samotności zbierając fantazyjne muszle większe od dłoni. Takie właśnie miejsca, odcięte od zgiełku cywilizacji upodobali sobie morscy cyganie. Na wyspie Sibuan, z należytym dystansem mogłem zaobserwować ich codzienne życie. Nie są to ludzie nazbyt gościnni i nie wchodzą w zbyt przyjacielskie interakcje z garstką turystów, którzy przypływają w te strony. Morscy cyganie znani są ze swoich niesamowitych zdolności rybackich, potrafią bez trudu wstrzymywać oddech na kilkanaście minut i pływać po dnie w poszukiwaniu skorupiaków. Nie odwiedzają miast, zwykle trzymają się gdzieś na uboczu, często zmieniają miejsce pobytu. Wioska na wyspie to zaledwie kilka prowizorycznych chat na palach, których dachy i ściany zrobione są z jedynego dostępnego materiału, czyli palmowych gałęzi. Przy jednym z domów mężczyźni pletli rybackie sieci w towarzystwie przyglądających się im z zaciekawieniem kilkuletnich chłopców. Dalej, w cieniu palmy, dwóch nastolatków obrabiało prostymi narzędziami kawałki drewna, prawdopodobnie do ich pierwszej, własnej łodzi. Rytm życia na wyspie wyznaczają pory dnia, przypływy i odpływy, monsuny i suche sezony. Głów nie mącą informacje o aferach politycznych i wahaniach na giełdzie. Nikt nie przejmuje się kryzysem naftowym, czy szpiegowaniem obywateli przez rząd za pomocą rozbudowanych systemów informatycznych. No i po co, mam wszystko – rodzinę, dach nad głową i pożywienie.

Udało się, kolejny raz zrezygnowałem z lotu samolotem i wyruszyłem w dziesięciogodzinną podróż autobusem do Kota Kinabalu. Nie było łatwo, bo cena przelotu to zaledwie kilkadziesiąt ringitów więcej, a na miejsce można dostać się w mniej niż godzinę. Muszę wytrwać w swoim postanowieniu.

Choć zwykle cieszy mnie możliwość obserwowania świata zza szyby autobusu, tym razem z trwogą przyglądałem się wyłaniającemu się krajobrazowi. Połacie wykarczowanego lasu deszczowego ciągnęły się w nieskończoność, gdzieniegdzie tylko apokaliptyczne pustkowie urozmaicały wyrwane korzenie z bólem bijące na alarm. Zielone płuca stawił nowotwór, pozostał suchy pył. Co stało się z wysokimi drzewami, paprociami, orangutanami, kolorowymi ptakami i całą masą gatunków tworzących niespotykaną nigdzie indziej bioróżnorodność? Nikt ich nie przeniósł w bezpieczne miejsce, nie przesadził, nie znalazł nowego domu. Nowy dom tworzy się tutaj dla milionów palm oleistych. Już niebawem z ziemi wyrośnie nowa monokultura pozbawiona duszy. Każdy intruz próbujący uszczknąć choć odrobinę z jej zasobów zostanie pozbawiony życia. Za kilka lat, tak jak na pozostałej części wyspy, łagodne wzgórza obrosną w równe rzędy palm. Bez sensu, wyłącznie dla zysku. Chciałbym naiwnie patrzeć na świat, jednoznacznie ocenić to masowe zjawisko, nie zastanawiać się, czy farmerzy bez tych plantacji wyżywią swoje rodziny. Jeszcze kilkanaście lat temu ludzie żyli bez oleju z palm, nikt w takiej skali nie produkował go w tym regionie. Czy nie możemy wrócić do tamtych czasów, a przynajmniej nie pogarszać sytuacji? Przecież wiem jaką odpowiedź usłyszę.

 

Kota Kinabalu. Dzień 8-15.

Już na pierwszy rzut oka widać, że stolica regionu przykryła cieniem pozostałe miasteczka, które odwiedziłem do tej pory. Choć Kota Kinabalu wydaje się być lepszym miejscem do życia, bardziej zadbanym i nowoczesnym, to chyba wolę te odrapane miejsca, które przynajmniej wypełnia jakiś autentyzm. Nawet imponujący obraz Meczetu Bandaraya, którego refleks spoczywa na tafli jeziora, dziwnie mnie do siebie nie przekonuje. Spaceruję równoległymi ulicami. Wytężam wzrok, aby przedarł się przez szczeliny restauracji i barów uporczywie zasłaniających widok morza. Liczę samoloty nisko przelatujące nad miastem. Przystaję tylko w kilku miejscach dostrzegając jakiś ciekawszy detal. Wstrzymuję oddech przechodząc przez targ rybny. Dławię się zapachem niezbyt świeżych owoców. Przekonuje się jak dalekie kręgi zatoczyła II wojna światowa. Na wzgórzu obserwacyjnym spoglądam na pozbawioną charakteru panoramę miasta bez większej uwagi. Gdzieś w oddali dostrzegam tylko przykryte chmurami wyspy, które mam zamiar wkrótce zobaczyć. Znowu przegania mnie deszcz.

Z premedytacją marnuję kilka dni, prawie nie wychodzę z łóżka. Łudzę się, że w ten sposób naładuję baterie i odpocznę od ciągłej zmiany lokalizacji. Chyba wcześniej nie liczyłem się z tym, że podróż może być fizycznie męcząca. Ale to przyjemne zmęczenie.

Poczucie winy przegania mnie z hostelu prosto do przystani Jesselton, z której wypływają łódki do Morskiego Parku Narodowego Tunku Adul Rahmana. Choć rozsiane po Morzu Południowochińskim wyspy doskonale sprawdzają się jako azyl od miejskiego zgiełku, to pływanie w płytkich wodach i opalanie się na białych plażach pozostają jedyną formą rozrywki. Oznakowania nie pozwalają mi wejść w głąb wyspy, w samotności pobawić się w odkrywcę. Pozostaję na plaży i cieszę się z tego, co mogę. Z Sapi płynę na Wyspę Manukan, aby tym razem na niej robić anioły na piasku i sprawdzać, czy morze jest na pewno słone. Z uporem maniaka chodzę to w jedną, to w drugą stronę zwracając na siebie uwagę mieszkańców miasta. Nic szczególnego się nie dzieje, a mimo to czas biegnie szybko.

Miałem szczęście, że w drodze do Kota Kinabalu mogłem przyjrzeć się najwyższej górze w regionie. Dostojny, ogromny monolit lewitujący gdzieś pomiędzy lasem deszczowym a chmurami był i nadal jest obiektem kultu w lokalnych wierzeniach. Wcale się temu nie dziwię. Widząc postawny masyw ma się odczucie, że dominuje nad resztą Borneo i srogo spogląda na ludzkie poczynania. Mistyczny widok może wpływać na wyobraźnię, powodować, że w niespokojnych umysłach powstają historie o genezie cywilizacji. Jak bóstwo z najstarszych znanych ksiąg, góra zawsze jest obecna, ale tylko czasami okazuje swoje oblicze wychodząc zza mglistej kurtyny. Tym razem miałem szczęście.

Gdy już w pełni świadomy wybrałem się do parku narodowego obejmującego górę, podzieliłem losy wielu pątników, którym nie było dane spotkać się z pełnym tajemnic czterotysięcznikiem. Co wybrać – zawód i zwątpienie, czy zaakceptować prawa natury? Odtwarzam obraz poznany kilka dni temu i mocą wyobraźni przenoszę go tutaj. Tylko dla mnie, tylko przez moment skalny zarys ponownie się objawił. Nie pozostało mi nic innego niż ruszyć krętymi ścieżkami nasiąkniętymi chłodnym deszczem. Jeszcze nie tak dawno nie mogłem znieść upału eksplorując dzikie zarośla, a teraz narzekam na chłód i niekończące się opady. Idąc pewnym krokiem mimowolnie pojawiają się myśli o drobnych niebezpieczeństwach, które w każdej chwili mogą spaść z gałęzi lub wypełznąć z nory i boleśnie mnie przywitać. Odpieram te wizje wsłuchując się w głośne strugi deszczu. Kolejne metry w głąb dżungli stają się trudniejsze do pokonania. Kałuże są zbyt szerokie, aby je przeskoczyć i zbyt głębokie, aby je przejść nie zamoczywszy butów. Ześlizguję się z błotnistych podejść chwytając w dłonie wystające pędy. Planowałem wędrówkę, a wziąłem udział w prawdziwym trekkingu. Nie czuję zmęczenia, jednak zastanawiam się nad sensem jej kontynuacji. Przede mną widzę tylko niewyraźną od deszczu zieleń, a górskie zbocza i tak zaszły za mgłą. Kilka godzin wystarczy. Obmyślam, w którą ścieżkę ruszyć tym razem, aby zbytnio nie nadrabiać drogi. Zatrzymując się na łyk wody z przerażeniem odkryłem dwa czarne obślizgłe stworzenia na moich kostkach. Z początku myślałem, że to zwykłe ślimaki, bo nie sądziłem, że mogły przyssać się do mnie pijawki. Instynktownie wyrwałem je ze skóry nie zastanawiając się nawet, co powinno zrobić się w takiej sytuacji. Z dwóch małych ran sączyła się krew, którą udało się zatamować dopiero po kilkunastu minutach. Co się stało. Przecież niczego takiego nie planowałem.

Jeszcze przed przyjazdem na Borneo zastanawiałem się nad udziałem w zorganizowanej wyprawie na Kota Kinabalu. Choć podejście nie należy do najtrudniejszych, nie ma możliwości, aby wejść na szczyt samotnie – należy wynająć przewodnika, zatrzymać się na noc w schronisku i oczywiście zapłacić za przepustkę. Wszystko kosztuje ok. 1500 zł. Łudziłem się, że na miejscu znajdę tańszą opcję, albo załapię się na ofertę last minute w przypadku czyjejś rezygnacji. Niestety, wcale to tak nie wygląda. Najlepsza zniżka, którą dostałem to może 200 zł. Nie ma sensu tracić czas na poszukiwania, bo nawet jeśli agencja całkowicie zrezygnowałaby ze swojej marży, pozostają wysokie koszty przepustki, przewodnika i noclegu. Przez jakiś czas nie mogłem się pogodzić ze stratą możliwości zdobycia pierwszego w życiu czterotysięcznika. Na szczęście ktoś mądry zadał mi pytanie – jak długo wejście na Kota Kinabalu było moim marzeniem. Zrozumiałem, że czas powinienem zacząć odliczać dopiero od teraz.

 

 

Bandar Seri Begawan, Brunei Darussalam. Dzień 15-17.

Będąc tak blisko mało popularnego wśród turystów Brunei, postanowiłem nie zmarnować okazji i udać się tam na kilka dni. Chciałem podejrzeć, jak żyje się w jednym z najbogatszych krajów na świecie, wśród islamskich reguł i rozkazów wydawanych od panującego od kilku już dekad monarchy. Prawdopodobnie w najbliższej przyszłości nie będę miał tej możliwości, dlatego też długo się nie zastanawiałem.

Podróż autobusem z malezyjskiego Kota Kinabalu zajęła około dziesięciu godzin. Pokonywanie trasy lądem jest o tyle kłopotliwe, że granicę należy przekroczyć aż cztery razy. Pierwsza to granica między dwoma malezyjskimi stanami Sabah oraz Sarawak, trzy kolejne to granice między Malezją a Brunei. Przyzwyczajeni jesteśmy, że podczas podróży do jakiegoś kraju, granice pokonujemy tylko raz. Ze względu na fakt, że niewielki obszar terytorium Brunei oddzielony jest od jego głównej części, a droga prowadzi właśnie przez niego, nie ma innego wyjścia. Ciągłe postoje w punktach kontrolnych i kolejne pieczątki w paszporcie spowodowały, że całkowicie straciłem rachubę. W pewnym momencie nie wiedziałem już gdzie jestem i ile przepraw przez granicę jeszcze mnie czeka. Przywitany obfitym deszczem, nawet nie rozglądałem się dookoła, chcąc jak najszybciej znaleźć zlokalizowany poza centrum hostel. Zwiedzanie pozostawiłem na kolejny dzień.

Nie licząc kopuły meczetu Omar Ali Saifuddin, Bandar Seri Begawan wcale nie ocieka złotem. Ku mojemu zaskoczeniu, przede mną wyłonił się obraz niewielkiego prowincjonalnego miasteczka zamkniętego w architekturze z lat 70. minionego stulecia. Nie czuję się onieśmielony bogactwem zbudowanym na złożach ropy, bo nie można go dostrzec chodząc po ulicach centrum. Ktoś musiał go skrzętnie ukryć. Podejrzenie pada na sułtana i jego świtę, choć w obawie przed karą więzienia za znieważenie monarchy nie mówię tego głośno.

Życie toczy się spokojnie, ruch samochodowy jest niewielki. Wzdłuż zadbanych ulic centrum, w niewielkich restauracjach można odnaleźć smaki Indii, Bliskiego Wschodu i oczywiście Malezji. Aby okazać szacunek i swobodnie wchodzić do meczetów założyłem długie spodnie. Prawdopodobnie byłem jedynym turystą, który tak postąpił. Sami mieszkańcy swobodnie podchodzą do kwestii ubioru, a sprzyja temu wielokulturowość miasta.

Najciekawszym miejscem w całej stolicy i chyba w całym kraju jest Kampong Ayer. Rozciągający się wzdłuż rzeki Brunei zespół wiosek, których domy unoszą się na palach tuż nad wodą, łączą kilometry przecinających się ze sobą drewnianych pomostów. Cały obszar zamieszkuje około 9 tysięcy osób, rozsianych po 30 wioskach, stanowiąc samowystarczalny organizm, w którym można znaleźć meczet, szkołę, sklepy, generalnie wszystko to, co w każdej innej dzielnicy. Pomimo kilkusetletniej historii i portowej tradycji, władze i mieszkańcy wcale nie są dumni z „pływającej wioski”. Nie chcą, aby jedno z najbogatszych krajów na świecie było postrzegane przez pryzmat skromnych drewnianych domów, w których z trudem łączy się koniec z końcem. Dla mnie było to jedno z bardziej autentycznych doświadczeń. Początkowo miałem obawy, że mieszkańcy tej dzielnicy nie będą zachwyceni widokiem turysty, jednak niczego podobnego nie odczułem. Pokonując kolejne metry chwiejnych pomostów, witałem się z serdecznością z przechodzącymi mieszkańcami, którzy zawsze odwzajemniali się uśmiechem. Już od pierwszych minut wiedziałem, dlaczego Kampong Ayer nie szczyci się dobrą sławą. Stare drewniane domy, choć w dużej mierze pomalowane wesołymi, jaskrawymi farbami, są wyraźnym przykładem klasowych różnic i niesprawiedliwości oraz pospolitej biedy. Szerokość rzeki przepływającej przez miasto stała się dystansem nie do pokonania dla tych kilku tysięcy osób. Skoro tak wygląda bezpośrednie sąsiedztwo stolicy, zastanawiam się jak musi wyglądać prowincja.

Wizytówki Brunei, których zdjęcia widoczne są praktycznie na każdej pocztówce, nie wywołały we mnie takich emocji jak „pływająca wioska”. Chętnie je odwiedzałem, jednak zabrakło mi w nich atmosfery, która zatrzymałaby mnie na dłużej.

Meczet Omar Ali Saifuddin. Muzeum Królewskich Regaliów. Meczet Jame’Asr Hassanil Bolkiah.

Sprzedaż papierosów i palenie jest zakazane w Brunei. Dowiedziałem się o tym dopiero drugiego dnia pobytu od pracownika hostelu. Jakimś cudem spacerując ulicami miasta z papierosem w ręku nikt nie zwrócił mi uwagi, nie zatrzymała mnie też policja. Rzecz jasna nie paliłem przed meczetem lub wejściem do muzeum, ale też specjalnie się z tym nie kryłem. Palenie karane jest mandatem w wysokości kilkuset dolarów brunejskich.

 

 

George Town, Penang. Dzień 17-22.

Przez pierwsze dni pozwalam sobie po prostu być. Chodzę całkowicie bez celu, nie sprawdzam lokalizacji atrakcji na mapie, nie patrzę na zegarek, nie tworzę planu. Wsłuchuję się tylko w historie opowiadane przez anonimowe ulice i czytam dzieje miasta z fasad starych, kolorowych budynków. Atmosfera dawnej świetności i współczesnej bohemy wychyla się z każdego rogu. Czasami się gubię i kilkukrotnie mijam ten sam punkt. Metodą prób i błędów staram się odnaleźć ulubione smaki.

Przed przyjazdem do George Town wiedziałem tylko, że nie można pominąć tego miasta słynącego z kolonialnych zabudowań i licznych przykładów sztuki ulicznej. Zabrzmiało jak okazja do uczestnictwa we własnej grze miejskiej lub zabawy w poszukiwanie skarbów. Nikt nie przedstawił zasad, ani nie przygotował podpowiedzi prowadzących z jednego miejsca do drugiego. Grałem sam i sam musiałem prowadzić narrację. Z biegiem czasu nauczyłem się dostrzegać wskazówki – gdy w jednym punkcie grupki turystów ustawiają się w rzędzie, istnieje duża szansa, że czekają w kolejce na zrobienie sobie zdjęcia przy jednym z popularniejszych murali. Stawałem więc za nimi.

Pierwsza instalacja znajdowała się tuż za moim hostelem, zatem nie było trudno ją odnaleźć. Za każdym razem, gdy udało mi się znaleźć mural, graffiti, czy inną niezrozumiałą formę ludzkiej ekspresji, poziom adrenaliny momentalnie wzrastał, jakbym zdobył kolejny punkt. Gra całkowicie mnie pochłonęła i w pewnym stopniu uzależniła. Mimo tego nie chciałem się spieszyć. Dawałem sobie czas na kontemplację miejskiej sztuki. Przy kawie wyciągałem wnioski, przyglądałem się niuansom świadczącym o dawnej brytyjskiej dominacji w regionie, badałem urbanistyczny puls.

Dopiero na dwa dni przed wyjazdem wziąłem do ręki przewodnik i broszurę z planem rozmieszczenia najważniejszych murali w mieście. Zobaczyłem znaczną większość, jednak spora liczba pozostawała nadal nieodkryta. Tym razem ruszyłem uprzednio ustalając trasę. Dziwne, już byłem w tych miejscach, jednak wcześniej malowidła skutecznie się przede mną ukryły w ulicznych zaułkach, schowały gdzieś po za zasięgiem wzroku. Odnalazłem w końcu wszystkie brakujące elementy układanki.

Meczet Kapitan Kling. Ratusz Miejski. Fort Cornwallis. Wieża Zegarowa. Kościół Wniebowzięcia.

 

Wyrzyna Camerona, Tanah Ratha. Dzień 21-25.

Jak duchy, powolnie i z uwagą, zbieracze liści herbaty przemierzali w białych strojach wąskie ścieżki pośród niskich krzewów. Zupełnie jakby się w nich zatopili. Mżący deszcz stworzył wokół nich strefę tajemniczości, do której nie było wstępu dla obcych. Nadprzyrodzone widowisko, pozbawione zbędnej dynamiki, właściwie trwało w miejscu, a mimo tego było tak magnetyzujące. Rzadko kiedy wiemy jak powstał produkt, który miliony z nas używają na co dzień bez zastanowienia. Zwykła herbata przed rozpoczęciem swojej wędrówki przez kontynenty i oceany, rodzi się w tak niezwykłych okolicznościach.

Pobliskie wzgórza wyścielił naturalny, miękki dywan. Na równo przyciętych krzewach chciałoby się położyć oczekując wygodnego miejsca na krótką drzemkę. Co zaskakujące, na plantacji wcale nie unosił się herbaciany aromat. Czuć było jedynie rześki zapach poranka i świeżości niespotykanej w miastach. Pofałdowane pola nie przestawały zadziwiać i pomimo długiego spaceru pozwalały cieszyć się coraz to nowymi obrazami. Gdzieś na uboczu znajdowały się skromne domy, w których mieszkali pracownicy, a tuż obok nich mały meczet, niewielki kościół i hinduska świątynia. Odnalazłem kolejny dowód, że główną cechą Malezji jest jej różnorodność.

Kiedy już mgła opuściła wzgórza i na dobre pojawiło się poranne słońce, kolory eksplodowały. Ekstremalna zieleń pokryła całą plantacja herbaty. Przebijające się promienie rozgrzały liście i wydobyły z nich kształty, ostrość, ale zabrały ten pierwiastek tajemniczości. Tanah Rata przypomniało mi o chłodnych dniach wczesnej wiosny w Polsce, kiedy wdychałem przeszywające płuca powietrze spoglądając na nowo narodzone liście drzew.

W miasteczku zostałem kilka dni odpoczywając od upałów i wysokiej wilgotności. W trakcie podróży wyjechałem na wakacje.

 

Ipoh, Malezja. Dzień 25-27.

Największa pozytywna niespodzianka całej podróży po Malezji, przynajmniej jak do tej pory. To wręcz niesprawiedliwe, że zachęcające do przyjazdu do George Town przewodniki i broszury, całkowicie pomijają Ipoh. Być może nie ma tu zbyt wielu zabytków unikalnych na światową skalę, ale można poznać kolonialne czasy Malezji tak samo jak na wyspie Penang. Zatrzymałem się tu właściwie z konieczności, wodząc wzrokiem za moim bambusowym adresem w Sungai Siput, ale to przypadek niejednokrotnie pisze najlepsze scenariusze, a w tym konkretnym przypadku kieruje na ciekawy postój w podróży.

Miejski nurt oprowadził mnie bez pośpiechu po ulicach starówki. Całkowicie bez presji, bez konieczności zatrzymywania się w ważnych miejscach tylko dlatego, że ktoś wcześniej za mnie ocenił, co należy zobaczyć. Sam wybierałem sobie te miejsca. W jakimś stopniu czułem się jak eksplorator, nie wiedząc dokąd zmierzam i co przed sobą zdołam zobaczyć. Dopiero później konfrontowałem swoje domysły z faktami zawartymi w miejskich materiałach informacyjnych. W dużej mierze miałem rację. Instynktownie udało mi się dotrzeć nawet do miejsc, które z dumą chcieliby mi pewnie pokazać sami mieszkańcy Ipoh.

Wystarczy wyjść z mieszkania, aby na ulicach poczuć powiew artystycznej bryzy. Od tak, podczas spaceru zaproszono mnie na wernisaż, nie poprzez ulotkę, a przez interesującą rozmowę i opowiedzenie historii galerii. Nie trudno natknąć się na kawiarnię w ciekawym, loftowym wnętrzu, albo restaurację serwującą tradycyjne malajskie dania przyrządzane w nowoczesny sposób. Nie zabrakło też murali, które od teraz będą kojarzyć mi się szczególnie z Malezją. Zaskakująco alternatywnych i w swoim realizmie mocno awangardowych, jak na warunki całkiem konserwatywnego społeczeństwa. No bo kto oddaje trwały hołd kawie serwowanej w jednorazowych woreczkach.

Dworzec kolejowy. Ratusz miejski. Murale. Aleja konkubin. Plan B.

 

Sungai Siput. Dzień 27-44.

Przez dwa tygodnie moje życie kręciło się wokół bambusa. Jeździłem na bambusowym rowerze, spałem w bambusowym łóżku, relaksowałem się w bambusowym fotelu, nawet jadłem bambusa na bambusowym stole. Podróżując po Malezji postanowiłem zatrzymać się w jednym miejscu na dłużej i zdobyć doświadczenie w czymś, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Ja, człowiek zza biurka, pracowałem w warsztacie bambusa.

Jeszcze przed przyjazdem do Azji wiedziałem, że chcę zagłębić się w prowincji, poznać jej mieszkańców i wspólnie z nimi pracować. Bambusowy warsztat, gdzieś w nic nie mówiącym mi Sungai Siput wydawał się być odpowiednim miejscem. Nie ukrywam, iż miałem pewne obawy, bo pierwszy raz zdecydowałem się na tego typu wolontariat. Zastanawiałem się też, czy poradzę sobie fizycznie. Szybko okazało się, że jestem w stanie wykonywać zadania, o których istnieniu przedtem nie wiedziałem, a co więcej, że radziłem sobie z nimi całkiem dobrze. Jeszcze nigdy wcześniej nie dzieliłem bambusa na podłużne części specjalnym klinem, nie plotłem ścianki, nie strugałem maczetą bambusowych prętów, nie wylewałem fundamentów, nie stawiałem ściany z gliny. Odkryłem w sobie nowe pokłady umiejętności, w pewnym rodzaju pierwotne, gdzieś schowane za fasadą współczesnego obycia.

Od pierwszego momentu poczułem się tutaj dobrze, jakbym przyjechał do właściwego miejsca. Mój bambusowy pokój znajdował się tuż nad warsztatem. Oprócz łóżka i prysznica z zimną wodą nie miałem nic, ale też niczego więcej nie oczekiwałem. O posiłki musiałem troszczyć się sam. Nie byłem jedynym wolontariuszem, jednak każdy wolał gotować indywidualnie. Zatem co drugi dzień odwiedzałem lokalne stoisko przy drodze, w którym kupowałem całą masę owoców i warzyw za zaledwie kilka ringitów. Następnie w skromnej kuchni pod palmą przyrządzałem posiłek na bazie klusek lub ryżu, słodkiego sosu sojowego i zdobytych rankiem warzyw. Podczas gotowania nie można było się oddalić ani na moment, gdyż wścibskie małpy co rusz zaglądały do środka, aby uszczknąć coś dla siebie. Siedząc w cieniu świeżej zieleni, pozytywnie zmęczony wykonanymi zadaniami, cieszyłem się posiłkiem i obecnością w tej bambusowej oazie.

Ahmad, właściciel warsztatu i kilku bambusowych domków, które turyści mogą wynająć, zainspirował mnie swoją pasją i wizją, jaka mu przyświeca – powrócić do bambusa, nadać mu nowe znaczenie. Tradycja budowania domów z bambusa w Malezji została praktycznie całkowicie zapomniana. Tylko gdzieś w oddalonych od wielkich miast wioskach, czasami konstruuje się liche kurniki lub szopy na narzędzia. Przed laty bambus, trwały, szybko rosnący i właściwie darmowy materiał, wykorzystywany był powszechnie. Używali go nie tylko zwykli ludzie, bowiem niejednokrotnie bambusowe elementy można było spotkać w monarszych rezydencjach. Kilka tygodni przed moim przyjazdem do Sungai Siput, w położonym niedaleko Kuala Kangsar zakończyła się renowacja królewskiej rezydencji, w której znajduje się obecnie Muzeum Perak. Wiele z jego odnowionych elementów, przede wszystkim bambusowe plecione ściany powstały w warsztacie Ahmada. Parę lat temu Ahmad z własnej inicjatywy zaprojektował i wybudował bambusowy meczet, który może pomieścić nawet pięciuset wiernych. Wszystkie działania podejmowane przez niego mają z czasem zmienić postrzeganie bambusa jako materiału taniego, niepraktycznego, przeznaczonego dla biednych w materiał przyszłości, ekologiczny, estetyczny i trwały.

Miałem szczęście, że w czasie mojego wolontariatu Ahmad zorganizował pięciodniowe seminarium dla osób chcących pogłębić swoją wiedzę w zakresie wykorzystywania bambusa w budownictwie. W wydarzeniu wzięło udział blisko czterdzieści osób – budowlańcy, architekci, przedsiębiorcy. Po dniu spędzonym w sali konferencyjnej, wszyscy na równi musieli zakasać rękawy i rozpocząć budowę niewielkiej altanki. Na fundamentach przygotowanych przez naszą grupę wolontariuszy, w szybkim tempie zaczął pojawiać się zarys konstrukcji. Po kilku godzinach wymierzone wcześniej przeze mnie bambusowe pale stały już na swoim miejscu. Następnego dnia przyszedł czas na uformowanie glinianego murku, a później na pokrycie dachu i ułożenie ściany z plecionych paneli. Progres widać było z minuty na minutę, czasami tylko deszcz spowalniał pracę. Ostatniego dnia mogliśmy cieszyć się z praktycznie całkowicie ukończonej altanki, do której mieszkańcy wioski mogą teraz przyjść, usiąść i miło spędzić czas. Ahmad postanowił postawić altankę tuż za ogrodzeniem. Ułatwi to mieszkańcom korzystanie z niej, a jednocześnie zwróci uwagę malezyjskich turystów zmierzających tą trasą do popularnego Kuala Kangsar. Kto wie, czy ktoś nie zainspiruje się tym pomysłem, a sama idea budowy domów z bambusa nie znajdzie szerszego grona zwolenników.

Ahmad twierdzi, że z bambusa można zrobić wszystko. Całkowicie się z nim zgadzam, zwłaszcza po tym jak zobaczyłem choćby głośnik do telefonów, kask, elektryczną gitarę i masę innych instrumentów muzycznych, oczywiście wykonanych z bambusa. Przy odrobinie wprawy każdy może wybudować nawet bambusowy dom, a materiał potrzebny do jego powstania pozyskać samodzielnie. Nie wykluczam powrotu do tego miejsca. Choć praca była czasami męcząca, nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłem w warsztacie. Już teraz zastanawiam się, jak przenieść bambusową ideę na polski grunt. Kto słyszał o wiklinie?

Strona: https://bamboojungleadventures.com/

Jak wygląda życie w niewielkiej malezyjskiej wiosce? Całkowicie zwyczajnie, spokojnie, bez nadmiernych zmartwień, ale też bez wielu udogodnień, do których się przyzwyczailiśmy. Wioska liczy zaledwie kilkaset mieszkańców. Już pierwszego dnia dokładnie wiedzieli, gdzie się zatrzymałem i co tutaj robię, a po kilku kolejnych praktycznie każdy potrafił powiedzieć skąd pochodzę. Ustalonego od lat rytmu życia nikt nie zamierza zmienić. Rano kawa i roti w przydrożnej budce, później codzienne obowiązki, popołudniu palenie śmieci, a o zmierzchu wizyta w meczecie. W piątki wszyscy zmierzają do centrum wioski na nocny targ, gdzie można zwyczajnie poplotkować z sąsiadami, kupić słodycze, proste dania i podstawowe produkty na resztę tygodnia. W soboty zwykle odbywają się wesela, na które nie trzeba mieć zaproszenia, aby czuć się mile widzianym. W niedziele prawie każdy udaje się na obrzeża miejscowości, gdzie po obu stronach głównej szosy rozkładane są namioty z rozmaitościami. Można dostać tu praktycznie wszystko, choć ja najchętniej odwiedzałem stanowiska ze słodyczami, świeżo prażonymi orzechami i smażonymi grzybami. Niedzielny targ sprawiał wrażenie wielkiego festynu po spędzeniu choćby kilku dni w tej sennej wiosce. Nie ukrywam, że sam nie mogłem się go doczekać.

Jak wygląda życie w niewielkiej malezyjskiej wiosce? Życie tutaj nie należy do tych najbardziej ekscytujących. Pomimo tego nawet podczas porannej przejażdżki rowerem, kupując kokosowe przysmaki na piątkowym targu, czy witając się serdecznie z nieznajomymi sąsiadami czułem się dobrze. Chyba nawet byłem szczęśliwy. Szczęśliwy nie mając konkretnego powodu. Czy to nie najwspanialszy rodzaj szczęścia?

 

Malakka. Dzień 44-47. 

Malaka od zawsze kojarzyła mi się z ważnym strategicznie punktem na azjatyckiej mapie, o którą krwawo zabiegały imperia. Bez dokładności obliczam tonaż ładunków przepływający dzisiaj przez cieśninę na monstrualnych kontenerowcach. Jaki strumień dóbr z krajów orientu musiał pokonywać tę trasę kiedyś. Nic też dziwnego, że miasto tworzy tak skomplikowaną mozaikę. Handel niczym magnes przyciągał chcących się wzbogacić oportunistów. Teraz właściwie każdy wyraz ludzkiej twórczości, zawiera w sobie koloryt odległych od siebie kultur, które połączyły się akurat tutaj.

Zachowawczy, czerwonobrunatny centralny plac, przypomina swym kolorem wnętrze żywego ciała. Ulice pokryte od bruku do dachu tym samym pigmentem, mogłyby być żyłami rozchodzącymi się po pozostałych częściach tego dziwnego organizmu. To tutaj skupia się życie miasta i od świtu do nocy przecinają się trasy spacerów z historią w tle. Czy ktoś również tak widzi to miejsce? Idąc dalej, na pobliskie wzgórze, mógłbym przysiąść, że znalazłem się w jednym z urokliwych miasteczek na Starym Kontynencie. Ruiny fortyfikacji, pozostałości kościelnych ścian. Tylko nie zgadza się dźwięk słów i zapach przypraw ulatniających się z niewielkich restauracji.

Noc zmienia miasto. Jak świecący różaniec czerwone lampiony otaczają zabytkowe budynki. Z wypełnionych po brzegi ulic turystyką wyłoniła się cisza. Tylko Plac Holenderski nie chce spać. Chodzę zygzakiem, wolno przemieszczam się z jednej na drugą stronę, aby nie pominąć widoku żadnej z kolorowych chińskich kamienic. Właśnie tak, nawet o tym nie myśląc, spędzam kolejne Boże Narodzenie.

Plac Holenderski. Kościół Chrystusa. Ruiny kościoła św. Pawła. Meczet Kampung Kling. Pałac Sułtana.

 

Singapur. Dzień 47-50.

Trafiłem do przyszłości. Rozglądam się tylko dookoła i kwestionuję autentyczność tego miejsca. Całkowicie zamilkłem, pisanie straciło sens. Pewnie mieszkańcy posługują się tutaj zupełnie inną formą komunikacji, a nowo przybyli muszą się jej dopiero nauczyć. Nie mogło mi przecież odebrać mowy. Czy to możliwe, aby tak od razu poddać się urokowi tej urbanistycznej utopii?

Paradoksalnie, nowoczesność i ultrawspółczesne wibracje pozwalają mi sobie wyobrazić, jak wyglądały kosmopolityczne i potężne miasta-państwa starożytności. Jakie reakcje musiały wywoływać w umysłach przybywających z prowincjonalnych stron świata kupców, przedstawicieli inteligencji i posłów. Oszołomieni bogactwem i niespotykanym wcześniej poziomem życia, snuli opowieści o odległych, wręcz baśniowych krainach. Opowieści z czasem przekształcały się w legendy, a te zakorzeniły się gdzieś w zbiorowej świadomości i zostały z nami do dzisiaj. Przemierzając na pozór zwyczajne ulice dzielnicy biznesowej, odnajduję babilońskie wiszące ogrody Semiramidy.

Porównanie samo nasuwa się na myśl. Zieleń została umiejętnie i artystycznie wpleciona w fasady budynków, wypełnia betonowe balkony i okazale wieńczy niejeden szklany wieżowiec. Nie jest jedynie formą dodatkowej dekoracji, a integralną częścią konstrukcji, dopełnieniem wizji, niezbędnym elementem. Czasami można odnieść wrażenie, że ktoś kunsztownie, z pełnym namaszczeniem wyjął rośliny wprost z tropikalnego lasu i wkomponował w miejską surowość. Wszystko ze sobą współgra. Dodatkowo te rozległe parki, liczne skwery i aleje drzew oferujących przyjemny cień asfaltowym ulicom, pozwalają miastu spokojnie oddychać. Nic też dziwnego, że sprowadzają się tutaj przybysze z całego świata.

W lepszych lub gorszych filmach, których akcja dzieje się w przyszłości, często społeczeństwa nie tworzą spójnej całości. Ludność kumuluje się w wyodrębnionych grupach, charakteryzujących się odmiennymi zwyczajami, sposobem ubierania się, mową, a nawet wyglądem fizycznym. Granice są dosyć mocno zarysowane. Dzielnice Singapuru, jak terytoria współczesnych plemion, przypominają mi te stworzone na potrzeby fabuły społeczności. Plemię Chinatown, Małych Indii, Arabskie. Pomimo przebytych kilometrów i minionych lat, wszystkim z nich udało się zachować rodzime tradycje. Każdy chce odtworzyć pewną cząstkę domu, nawiązać relację z pobratymcami, którzy w razie konieczności będą w stanie podać pomocną dłoń.

Nawet z zasłoniętymi oczami można rozpoznać aktualną lokalizację. Zapachy przypraw, kwiatów, kadzideł, potraw potrafią prowadzić niczym kompas. Dźwięki wydobywające się z restauracji, czy pobliskich miejsc kultu też są pomocne. Centrum stanowi strefę uniwersalną, neutralną, gdzie wszyscy porozumiewają się tym samym językiem i przestrzegają tych samych zasad. Staram się do nich dołączyć i nie rzucać za bardzo w oczy. Z każdej perspektywy przyglądam się współczesnej architekturze. Analizuję wielowymiarowe znaczenie i potencjalny wydźwięk. Wstrzymuję oddech przy Muzeum Sztuki i Nauki, oddając hołd prostocie, lekkości i plastyczności przypominającej techniczny kwiat konstrukcji. Przekonuję się do monumentalnego hotelu nad zatoką, choć pewnie jeszcze długo nie będzie mi dane zobaczyć miasto z jego imponującego tarasu na dachu. Spaceruję wokół koron futurystycznych drzew, które przypominają bardziej układ scalony niż gałęzie. Powracam do centrum wieczorem, aby na nowo spojrzeć na rozświetlone jutro.

Singapur mnie nie pochłonął, nie przygniótł, nie stłamsił. Niektóre wielkie metropolie oferując mnogość atrakcji i możliwości, zabierają w zamian cząstkę ludzkiej energii. Na szczęście tak się nie stało tym razem. Odwiedzając kolejne miejsca, utwierdzam się w przekonaniu, że zamiast stali i betonu, głównym budulcem Singapuru są ambicja, determinacja i dyscyplina. Jednocześnie nikt nie stara się niczego udowadniać, kontynuując tylko obrany wcześniej kierunek. Nie słyszę krzyków najwyższych budynków na świecie, największych centów handlowych, najdroższych hoteli. Znacznie ważniejsza stała się edukacja, zrównoważony rozwój, dbałość o zachowanie relacji z naturą na tym niewielkim skrawku ziemi. Czasami tylko się obawiam, że pod naporem wysokich wież, wyspa zanurzy się całkowicie pod morską taflą i podzieli losy mitycznej Atlantydy.

Fort Canning Park. Gardens by the Bay. Merlion. Marina Bay Sands. Esplanade – Theatres by the Bay. Muzeum Sztuki i Nauki. Most Helix. Meczet Sułtana. Świątynia Zęba Buddy. Chinatown.

 

 

Kuala Lumpur. Dzień 50-53.

Jedne miejsca czuję bardziej, inne mniej. Coś do mnie przemawia lub nie. Ma na to wpływ wiele czynników i nigdy się nie tłumaczę z moich wrażeń. W Kuala Lumpur nie znalazłem tej niewidzialnej nici, która prowadziłaby mnie przez miasto i pozwalała dotrzeć do wszystkich kolorów, do pozytywnych niespodzianek. Tak bez trudu, z łatwością, nie tracąc czasu na spoglądanie w mapę. Być może to ja zamknąłem się na to, co nieoczywiste.

Pisanie słowa po słowie, czy stawianie kroku za krokiem czasami przychodzi łatwiej, innym razem zupełnie się męczę. Miasto nie chce mi pomóc w żadnej z tych czynności. Asfalt jakby ze zdwojoną siłą odbijał gorące promienie, a ja błądziłem gdzieś w uliczkach chińskiej dzielnicy. Wielu drzwi nie mogłem otworzyć.

Jednego popołudnia spotkałem się z kolegą poznanym w Vientianie. Mieszka tutaj od urodzenia i nie wyobraża sobie życia w innym mieście. Na skuterze odwiedzaliśmy kolejno jego ulubione miejsca. Liczyłem, że zabierze mnie do tych, których sam może bym nie wytropił, jednak po raz kolejny zobaczyłem najbardziej turystyczne atrakcje, do których sam wcześniej trafiłem. Nie chciałem niczego narzucać, ani proponować alternatywnej trasy, bo przejażdżka i rola przewodnika chyba sprawiały mu radość. Z drugiej strony mogłem rzucić okiem na miasto, które nocą wygląda zupełnie inaczej. Petronas Towers przypominają bardziej srebrne posągi niż obiekt użytkowy, a ludzie zapominają o pracy w przydrożnych barach i restauracjach. Malezyjska stolica potrafi czasami odłożyć na bok myśli o zarabianiu pieniędzy i o ambicjach azjatyckiego tygrysa.

Właśnie w Kuala Lumpur przyszło mi spędzić ostatnie dni tego roku. Razem z moim malezyjskim kolegą poszliśmy pod Petronas Towers, aby obejrzeć pokaz sztucznych ogni. Ulice w centrum wypełnił tłum ludzi, hałas i dźwięk trąbek. Pomimo tysięcy osób wokół wierz, czułem się całkowicie anonimowo, nawet samotnie. Odliczając sekundy do wybicia dwunastej życzyłem sobie, żeby kolejny rok był taki, jak końcówka minionego. Pełny przygód, odważnych decyzji, inspirujących historii usłyszanych od przypadkowych osób, otwierający oczy, poszerzający horyzonty. Życzę tego wszystkim. Nadszedł nowy rok, rozpoczęła się nowa dekada, możemy zacząć wszystko od nowa nie zapominając, gdzie popełniliśmy błędy.

Meczet Narodowy. Petronas Towers. KL Tower. Świątynia Guan Di. Chinatown. Świątynia Sin Sze Si Ya. Centralne Targowisko. Meczet Jamek. Rezydencja Sułtana Abdula Samada. Muzeum Tekstyliów.

 

Na koniec.

Trzeci miesiąc podróży dobiegł końca. Uciekłem od egzystencji. Nic mnie nie ominęło. Nie wiem ile kilometrów przebyłem. Obliczenia, statystyki i rachunek sumienia zostawiam na później, kiedy będę  żyć wspomnieniami i z nostalgią oglądać zdjęcia. Wiem tylko, że od momentu wyruszenia z domu spałem w 25 łóżkach. W samej Malezji spałem w 11, nie licząc foteli w autobusach. W łóżku z bambusa spędziłem 14 nocy.

Ponad 50 dni w jednym kraju może się wydawać całkiem sporo, jednak odnoszę wrażenie, że jeszcze tyle mógłbym zobaczyć. Pozostał niewielki niedosyt, który prowadzi palec błąkający się po mapie gdzieś na wschodnie wybrzeże oraz położone w centralnej części Malezji góry i wyżyny. Nie zliczę murali, które widziałem w miastach, ani ilości wystruganych bambusowych patyczków do budowy altany. Nie zapomnę rysów kolonialnej architektury, ekstremalnej zieleni na plantacji herbaty, widoku wysp ukrytych gdzieś w okolicach Borneo, ani smaku roti w przydrożnej restauracyjce.

Mam dziwne uczucie, że wrócę tutaj jeszcze. Teraz czas na Indonezję. Co dalej? Nie jestem pewien. I to jest najlepsze.

Trasa podróży po trzech miesiącach

Trasa:
Sandakan – Semporna – Kota Kinabalu – Bandar Seri Begawan (Brunei) – George Town – Cameron Highlands – Ipoh – Sungai Siput – Malakka – Singapur – Kuala Lumpur

Podsumowanie kosztów podróży (Malezja, Brunei, Singapur):
– transport: 1510
– noclegi: 890 zł
– wyjazdy i wejściówki: 290 zł
– pozostałe: 1570 zł
TOTAL: 4260 zł / 50 dni


%d blogerów lubi to: