maroko

Będąc na wakacjach w Londynie, stwierdziłem, że należy wykorzystać tanie połączenia lotnicze z UK do Maroko. Od zawsze chciałem tam jechać, więc nie zastanawiałem się zbyt długo zanim zarezerwowałem bilet do tego kraju.

18.7.

Jeszcze nigdy nie miałem tak trudnego lotu. Pasażerowie w większości pochodzenia marokańskiego sprawiają wrażenie kompletnie niezorganizowanych, krzyczą, przeciskają się ze zbyt dużymi bagażami, a dzieci płaczą. Doprowadziło to w rezultacie do półgodzinnego opóźnienia, ale dotarliśmy na miejsce. Lotnisko w Fezie jest bardzo małe, dwa samoloty na postoju, dookoła tylko puste pola. Wszyscy ludzie posługują się tutaj jedynie po francusku lub arabsku, dlatego w konwersacji posługujemy się dłońmi. Temperatura pomimo godzin wieczornych wysoka, ok. 30 stopni. Wydaje mi się, że będzie mi się tu podobać.

Nasz hotel znajduje się poza mediną – starym miastem, więc nie ma jeszcze nic ciekawego do zobaczenia. Biednie. Idziemy do przydrożnej knajpki i zamawiamy frytki, oliwki, sałatki, a moja siostra szaszłyki z serc. Nic specjalnego, ale przynajmniej jesteśmy syci. Na ulicy dostrzegamy stragan z gotowanymi ślimakami. Siostra oczywiście bierze porcję dla siebie, a ja z wrodzoną nieśmiałością próbuję jednego. Skończyło się jak z alkoholem, zjadłem chyba 20. Smakowały całkiem dobrze, bardzo delikatne, przyznam, że lepsze niż małże, dobrze przyprawione, lekko ostre. Nie omieszkałem wstąpić również do cukierni. Kupiłem kilka ciastek, które po chwili znikły. Po drodze do hotelu zaopatrzyliśmy się jeszcze w kaktusowe opuncje.

19.7.

Długi dzień za nami. Przyjechaliśmy do mediny przed południem. Widząc dwie białe dziewczyny w kawiarni zapytaliśmy się ich o jakiś tani hostel – okazało się, że są polskimi podróżniczkami i chętnie wskażą nam miejsce, gdzie same nocują. Koszt i standard pokoju raczej niski, ale nie potrzebujemy niczego więcej. Zostawiamy bagaże w hostelu i idziemy na dalszy podbój miasta.

Na ulicach handel kwitnie, nie można się wręcz przebić, stragany wypełnione są słodyczami, przyprawami, ubraniami i zabitymi barankami. Nie trudno się tu zgubić. Zaadoptowałbym to miejsce dla Minotaura, marokański labirynt, choć podejrzewam, że wolałby te wszystkie smakołyki od bezbronnych dziewic. Dochodzimy w końcu do najstarszego uniwersytetu w Afryce i jednego z najstarszych na świecie. Możemy wejść tylko na dziedziniec. Uniwersytet i meczet stanowią elementy całkowicie wbudowane w pozostałe budynki, przez co trudno jest podziwiać ich bryły. Po dwóch godzinach zwiedzania kupujemy owoce i świeże soki oraz ogromne naleśniki z miodem. Arbuzem dzielimy się z nowo poznanymi Hiszpanami w hostelu. Krótka siesta, prysznic i z powrotem do miasta. Odnaleźliśmy zrujnowaną żydowską dzielnicę, po której oprowadza nas lokalny przewodnik. Tak naprawdę to on wyłowił nas z tłumu i oprowadził po cmentarzu i jednej z synagog. W Fezie mieszka obecnie jedynie 80 żydowskich rodzin. Poszliśmy jeszcze na plac przed pałacem królewskim. Fasada jest naprawdę imponująca i zawiera się w niej wszystko co charakterystyczne dla marokańskiego stylu – złoto, rozbudowane portale, zdobienia, kolory. Kolację zjedliśmy w kameralnej restauracji pod murami miasta. Kuskus, sałatka warzywna i orzeźwiająca miętowa herbata. Wracając do hostelu zahaczyliśmy jeszcze o targ. Spodziewałem się, że ludzie schowali się już w swych domach, jednak tak naprawdę dopiero wieczorem handel ożywa i wyciąga niewidzialnymi dłońmi ofiary zakupów. Jeszcze więcej straganów i tłoku na glinianej drodze płynącej między chłodnymi murami domostw.

Zimny prysznic po powrocie i długa rozmowa z dziewczynami. Zmęczeni, kładziemy się do łóżek po 1:00.

20.7.

Noc była ciężka, gorąca, a na dodatek siostra nastraszyła mnie, że prawdopodobnie w łóżkach są pchły i pluskwy, więc starałem się nad nim lewitować. Idziemy na targ kupić placki z miodem i siadamy w przydrożnej kawiarni pijąc kawę.

Bierzemy taksówkę na dworzec, który stanowi przykład idealnego połączenia minimalizmu, nowoczesności, ale z zachowaniem elementów dekoracyjnych typowych dla Maroka. Kupujemy bilety kolejowe do Meknes. Po półgodzinnej przejażdżce lądujemy w dawnej stolicy kraju. Udajemy się do mediny i chodzimy bez celu. To miasto różni się od Fezu, mniejsze, chłodniejsze (choć termometry wskazują 48 stopni) i przytulniejsze. Architektura podobna, dookoła miasta mur. Idziemy do restauracji na tażin, a następnie do parku, gdzie planujemy kolejne dni. Zapadła decyzja, jedziemy do Merzougi.

Wieczorem wracamy na postój autobusów. Podróż przebiega spokojnie, jednak podczas 10 godzin jazdy, tylko przez kilka chwil zmrużyłem oczy. O 6:00 trafiamy na miejsce.

21.7.

To jest dopiero folklor. Mała wioska, domy zrobione z gliny i słomy. Czasami trudno je dostrzec z daleka, gdyż idealnie zlewają się z kolorami krajobrazu. Wychodząc z autobusu zaczepił nas pan oferujący wyprawę na pustynię za 350 dirhamów. Pozwolił nam też zostać przez cały dzień u swojej rodziny w domu, gdyż zwykle takie wycieczki zaczynają się dopiero o 18:00. Doprowadza nas do lepianki, prymitywnej, ale wyposażonej w łazienkę i … klimatyzację. Nie mamy termometru, ale upał jest zdecydowanie większy niż wczoraj. Zastanawiam się, czy mógłbym usmażyć jajko w takich warunkach. Odpoczywamy na glinianej podłodze pokrytej dywanami. Do pokoju ciągle przychodzą jacyś ludzie, najprawdopodobniej rodzina pana od wielbłądów. Otrzymujemy od nich to sałatkę, to arbuza, a także daktyle i miętową herbatę. Wyruszamy punktualnie, przyłączyło się do nas jeszcze dwóch Francuzów. Choć wielbłądy idą całkiem spokojnie, to trochę się boję w momencie, kiedy znajdujemy się na szczycie wydmy, a one podnoszą nogi i bujają się z jednej na drugą stronę.

Słońce chowa się za chmurami, które pojawiły się na turkusowym niebie. Jest dla nas wyrozumiałe, pozwala rozkoszować się surowym krajobrazem. Wiatr łagodzący upał odpłaca się, przenosząc ziarenka piasku na spieczone policzki. Co potrafi dostrzec ludzkie oko, nigdy nie odda nawet najlepsza fotografia. Wydawać się może, iż pustynia jest leniwa, jednak zmienia się ona dynamicznie. Wydmy przenoszą swe warkocze jakby ku oazom, spragnione, szukające schronienia w cieniu palm. Podmuchy są coraz silniejsze, w głowach przemyka wizja burzy piaskowej. Wraz z zachodem słońca docieramy do obozowiska. Skromny, lecz gościnny. Kilka namiotów wyposażonych w materace, koce i poduszki. Decydujemy się na kilka minut spaceru grzbietami wydm. Idąc do obozu zauważyliśmy dwie osoby zakopane po uszy w gorącym piasku – jest to ponoć bardzo dobre lekarstwo na reumatyzm.

Po krótkim odpoczynku rozpoczynamy kolację przygotowaną przez młodego Berbera, opiekuna obozowiska. Na początek serwuje gęstą zupę warzywną, przypominająca trochę nasz rosół. Później tradycyjny tażin z kuskusem i drobinami piasku. Na koniec deser, czyli taca z warzywami i owocami. Dwóch chłopaków zaczęło grać na bębenkach i śpiewać. Naprawdę poczułem się jak podróżnik ze starego filmu dokumentalnego. Siostra i Francuzi postanowili razem tańczyć, ja natomiast leżałem i wystukiwałem na palcach rytm orientalnej melodii. Wziąłem nawet jeden z bębenków i próbowałem grać, choć nie trwało to długo. Tak mijały kolejne godziny. Chyba na chwilę zapomniałem o cywilizacji. Księżyc nieśmiało wyłonił się zza chmur, a gwiazdy stawały się coraz jaśniejsze. Nie warto spać w namiocie, rozkładamy więc koce na piasku. Kto się teraz przejmuje skorpionami, mrówkami i diabli wiedzą czym jeszcze, kiedy można przeżyć coś takiego. Po co spać w pięciogwiazdkowym hotelu, skoro można rozłożyć się pod niebem pełnym gwiazd? Szybko zasypiamy. O 6:30 wyruszamy powrotem do wioski.

22.7.

Trudniej niż wczoraj jedzie się na garbatym grzbiecie. Wielbłąd siostry wyczuł w moim plecaku daktyle, pewnie chętnie by mi je odebrał, jednak zachowuje się kulturalnie i powstrzymuje swoje pragnienie. Na piasku dostrzegamy ślady węży. Widzimy już wioskę, musimy pożegnać się z wydmami.

Francuzi zaoferowali nam podwiezienie wynajętym samochodem do Rissani. Daliśmy tylko niewielki napiwek rodzinie, która pozwoliła nam się zatrzymać w domu i ruszamy dalej w drogę. Po ponad godzinnej jeździe znaleźliśmy się na miejscu. Z tego miasta nie ma bezpośredniego autobusu do Todra Gorge, więc jedziemy najpierw do Erfurt. W busie ustępujemy miejsca starszym kobietom. Są one znacznie bardziej ortodoksyjne niż na północy (jak na marokańskie realia). Częściej widać czarne czadory, choć nie zakrywają całej twarzy. Musimy czekać około trzech godzin na kolejny bus więc błąkamy się po mieście i idziemy na herbatę. Dopada nas młody sprzedawca i zaprasza do swojego sklepu z rzeczami, które odkupuje ponoć od tubylców. Wszystkie błyskotki wyglądają naprawdę staro, oryginalnie. Decydujemy się na dwa małe tażiny i wisiorek. Chyba potrafimy się targować, bo z początkowych 600 dirhamów zeszliśmy na 250. Idziemy na autobus, jednak siostra targuje się jeszcze o kamienne mydelniczki, rozmawia ze wszystkimi, żegna się z kupcami jak europejska księżniczka. Wskoczyła z wdziękiem do autobusu, kiedy już ruszał. Jako że jestem punktualnym człowiekiem, który woli być dziesięć minut wcześniej niż później, trochę się na nią zdenerwowałem.

Jest naprawdę bardzo gorąco, pot wręcz leje się ze mnie. Tłok, co chwilę ktoś wsiada i wysiada. Jedna pani rozgląda się dookoła w poszukiwaniu odrobiny wody dla dziecka. Bezinteresownie oddaliśmy jej naszą butelkę. Trzeba było widzieć wdzięczność w jej oczach. Niby nic, a sprawiło, że poczułem się na moment lepszym człowiekiem. Po czterech godzinach dojeżdżamy na miejsce. Miałem nadzieję, że to tutaj jest nasz ostatni przystanek, że to tutaj właśnie zostaniemy. Wysokie góry, lżejsze powietrze, zieleń palm i figowców w dolinach, dźwięk potoku uderzający o skały.

By dostać się poza centrum należy wziąć taksówkę. Dzielimy ją z para ze Słowenii, jednak nie są zbyt skorzy do rozmowy. Znajdujemy tani Hostel za 50 dirhamów. Po zostawieniu bagaży wyruszamy napawać się widokami. Nie trwało to niestety długo bo jakiś pan zaczepił nas i zaczął intensywnie rozmawiać. Cieszył się, że może praktykować z nami swój angielski i zaproponował nawet, że pokaże nam dolinę, oczywiście siostra musiała się zgodzić. Skończyło się na tym, iż zaprowadził nas do swojego domu, w którym jak się okazało miał mały kram z bibelotami. Z przyzwoitości kupiliśmy jedną chustkę, ale mogliśmy lepiej tutaj nie przychodzić. Nie będę pisał dlaczego mam o nim opinię zboczeńca. Czym prędzej wróciliśmy do hostelu. Warunki były fatalne, wyłamane klamki, muchy, trzaskające drzwi i okna przy mniejszym podmuchu wiatru, zwłaszcza gdy ktoś próbuje odespać, ale co tam. Porozmawialiśmy sobie chwilę z właścicielem – Muhamadem.  Człowiek bardzo otwarty, nie przejmuje się zbytnio religią. Sączył wino, palił skręta, mówił, że lubi żubrówkę i Polaków. Według niego nie ma dla nas problemu, gdy coś przeszkadza, próbujemy sobie z tym poradzić, nie narzekamy na niedogodności. Miał wielu gości z naszego kraju, głównie uprawiających wspinaczkę. I naprawdę są tutaj doskonałe warunki do uprawiania tego sportu, praktycznie wyłącznie pionowe, chropowate ściany.

Dla „Muchy” Maroko jest odpowiednim krajem do życia, można na wiele tu sobie pozwolić. Jeśli chcesz idziesz do meczetu, jeśli nie nikt cię do tego nie zmusza, a dla odprężenia palisz sobie haszysz. Trochę mnie zamurowało, bo bardziej niż on wierzę w islamskie ideały.

W Maroko herbatę nazywają berberyjską whiskey. Piją jej naprawdę sporo. Dziś pobiliśmy rekord z wynikiem 12 szklaneczek na głowę. Spostrzegłem pewien proces nalewania naparu. Najpierw napełnia się tylko jedną szklankę, wlewa się ją z powrotem do imbryka, a później napełnia się wszystkie. Ma to służyć przemieszaniu się wody, esencji i cukru.

Około 23:00 kładziemy się spać.

23.7.

Rano wybieramy się na spacer. Jest 7:00, a na ulicach widać tylko pracujące kobiety, mężczyźni jeszcze śpią. Łapiemy taksówkę do Tinerhir, przesiadamy się w kolejną, Sm już nie wiem, a o 12:00 znajdujemy mały bus do Dages Gorge. Pan kierowca pośpiesza nas bardzo, jednak okazuje się później, że czekamy w głupim busie półtorej godziny. Mam chwilę zwątpienia. Może dlatego, że od dwóch dni nie jedliśmy nic konkretnego. Ciągle z miejsca na miejsce, byle zobaczyć więcej. Podoba mi się, ale coś dzisiaj mnie denerwuje. Ile ten kierowca będzie się jeszcze zastanawiał, czy jechać czy nie? Bus i tak jest pełny. W każdym razie dojechaliśmy na miejsce. Widoki są naprawdę imponujące. Krajobraz niby podobny do poprzedniego, ale co innego nas urzeka. Znowu spacerujemy. Idziemy na obiad do restauracji, w której wcześniej zostawiliśmy bagaże. Ludzie w ogóle się tutaj nie śpieszą. Mówimy, że chcemy wyruszyć do Quarzazate ok. 17:00, jednak nadal przeciągają rozmowę. Pewnie spodziewają się, że zostaniemy w ich hotelu. Ponoć lubią Polaków, ale nie przepadają za Amerykanami i Brytyjczykami. Siostra zapytała o ich zdanie na temat obecnego króla. Widać, że mają przed nim respekt. Odpowiadają wymijająco, dodają tylko, że rządzi lepiej niż jego ojciec. Poprzedni król nie pozwalał na przykład na używanie berberyjskiego, choć 65% ludności deklaruje ten język jako ojczysty, reszta arabski. W tym momencie zrozumiałem dlaczego Marokańczycy nie są przesadnie religijni. To nie jest ich narodowa religia, to coś, co zostało im narzucone, choć nie jest restrykcyjnie wymuszane.

Około 20:00 docieramy do Quarzazate, miasta naprawdę zadbanego i nowoczesnego jak na warunki tego kraju. Stanowi ono centrum handlowe Maroka, zresztą od wieków było miejscem przecinania się szlaków. Staramy się szybko znaleźć miejsce do spania, ale wybór tak późno jest dosyć ograniczony. Trafiliśmy do niezbyt ciekawego i gorącego hostelu. W nocy musieliśmy się nawet schłodzić pod prysznicem, ale połączenie wody i wysokiej temperatury dało jeszcze gorszy efekt sauny. Jemy kolację na mieście, ale to co nas w niej najbardziej urzekło to sok. W sumie nie można nazwać go sokiem, a raczej dużą szklanką owocowego musu. Nawet nie wiem do końca jaki smak zamówiłem, ale smakowało wyśmienicie.

24.7.

Wstajemy o 7:00 i ruszamy zwiedzać miasto. W sumie nie ma tu nic specjalnego oprócz starego kazbachu – skupiska małych, glinianych domków, które stanowiły tło dla wielu produkcji filmowych. Gliniane budynki służą jako sceneria egipska, izraelska i mezopotamska. Idziemy na śniadanie w postaci wyśmienitych soków, a następnie na autobus.

Przekraczamy Atlas. Największa wysokość, na której się znajdujemy to około 2000 metrów. Chyba muszę być trochę nienormalny, skoro z uśmiechem na ustach patrzę w kilometrowe przepaśli i bez cienia obawy zachwycam się widokiem. Przecież istnieje kilka możliwości wypadku jadąc autobusem krętymi, wąskimi drogami. Po pierwsze – dobicie do ściany skalnej, po drugie – niewyrobienie z prędkością na zakręcie i spadnięcie w dół, po trzecie – błąd podczas wyprzedzania (tak, tak, na tych krętych i wąskich drogach też wyprzedzają), po czwarte – przygniecenie autobusu przez spadające głazy, po piąte – zderzenie się z innym pojazdem. Mimo wszystko dojeżdżamy bezpiecznie do Marrakeszu. Czekamy godzinę na kolejny transport, a już po trzech trafiamy do Eassaourii.

Przejeżdżając widzimy plantacje arganowca. Owoc, który na nich rośnie upodobały sobie kozy. Często widzi się je obrywające owoce na czubkach drzew. Pestki, które znajdą się w ich odchodach przerabiane są później na olej, mający zastosowanie w wielu dziedzinach, miedzy innymi w kosmetyce. Dla mnie jego zapach przypomina połączenie woni orzeszków ziemnych i oliwy z oliwek. Obecnie w procesie masowej produkcji nie wykorzystuje się niewolniczej pracy kóz, a jedynie specjalną obróbkę chemiczną, co znacznie zwiększa podaż i popularyzuje produkt.

Pierwsze wrażenia z Eassaourii – niebywale chłodno, wieje silny wiatr przynoszący swąd ryb i starego grilla. Ale w końcu to miejscowość portowa. Zatrzymujemy taksówkę, to znaczy konną bryczkę, która nie jest jakąś atrakcją turystyczną, ale najzwyklejszym środkiem transportu w miasteczku. Dowozi nas do hostelu położonego w starym mieście, kilkaset metrów od oceanu. Nie przyjechałem do tego kraju aby odpoczywać, ale po wielu dniach w upale i zmęczeniu cieszę się na widok ładnego miejsca, w którym można się zrelaksować. Jest tu naprawdę przytulnie, aranżacja wnętrza nawiązuje do typowego stylu. Kolorowo, róze w wazonach, sofy z poduszkami, chłodno, w katach małe fontanny. Warto było wydać prawie pięćdziesiąt złotych za nocleg tutaj. Dzisiaj kładziemy się stosunkowo wcześnie, zaraz po kolacji.

25.7.

Rano ruszamy w poszukiwaniu hammamu. Siostra stwierdza, że chce się rozpuścić i wybiera cały pakiet – peeling solny, masaże i jakieś olejki. Ja natomiast wizytę w tym miejscu traktuje bardziej jako nowe doświadczenie i atrakcję, dlatego wybrałem to co najtańsze, czyli peeling czarną solą za 40 dirhamów. Jest naprawdę przyjemnie. Leżąc na ciepłej posadzce pozwalam skórze pęcznieć. Nakładam na ciało mydło arganowe. Po kilkunastu minutach młoda arabka wręcz zdziera ze mnie martwy naskórek i oblewa gorącą wodą by zmyć zmęczenie. Dlaczego trwa to tak krótko? Dwadzieścia minut minęło w mgnieniu oka. Przemierzając szybko zatłoczoną ulicę wracam do hostelu i zasypiam. Siostra wraca odmieniona dwie godziny później i albo paliła haszysz, albo masaż był tak dobry.

Wychodzimy na miasto z zamiarem zjedzenia dobrej ryby. Tuż przy brzegu stoją budki restauracyjne z owocami morza na stałej ekspozycji. Wybieramy dwie ryby, o których cenę solidnie walczyliśmy. Ja od momentu wkroczenia w okolicę tego miejsca nie mogłem wytrzymać. Zapach ryb, ścieków, dym grilla przyprawiał mnie o mdłości. Poczułem się aż tak źle, że nie dokończyłem posiłku, który i tak mi nie odpowiadał. Pędem pobiegłem na molo podstawiając pod nos limonkę.

Fascynacja atlantyckim pejzażem została przerwana przez zaczepki sprzedawców ciastek. To tylko ich kamuflaż, co gdy nie wyraziłem chęci zakupu słodyczy, spytali czy nie mam ochoty zapalić skręta. I tak trzy razy z rzędu. Ostatni nawet zdziwił się po mojej odmowie – „Jesteś na wakacjach i nie zapalisz? To po co tutaj przyjeżdżałeś?” Powaliła mnie logika tego pana.

Po zjedzeniu dwóch ryb dołączyła do mnie siostra. Poszliśmy w końcu na plażę. Typowa, miejska, zatłoczona i głośna. Woda chłodna do tego stopnia, że żadne z nas nie zdecydowało się wejść do niej bardziej niż po kostki. Tak wiec przez dwie godziny leżymy na piasku bagatelizując popołudniowe słońce. Dopiero w hostelu zorientowaliśmy się, że ładnie nas spiekło. Plaża zdominowana przez mężczyzn oczywiście. Kobiety stanowią mniejszość, na palcach można policzyć wyzwolone Marokanki zażywające kąpieli słonecznej, większość zakryła się odpowiednio.

26.7.

Dzień jak poprzedni, może trochę więcej spacerujemy. Idziemy na plażę, pozwalam sobie nawet na wejście po pas do oceanu, ale temperatura wody nadal powstrzymuje mnie od pływania. Chcąc przełamać paranoiczną niechęć do zapachu ryb i całego zgiełku towarzyszącemu przeładunkowi owoców morza, udajemy się do starej części portu. Rybacy przekrzykują się podając konkurencyjne ceny, patroszą zwierzęta, dobijają targu. Nigdy przedtem nie powiedziałbym, że może tu być aż tak kolorowo – ceglaste kraby, cynobrowe homary, pąsowe krewetki, turkusowe płaszczki, jednym słowem cała paleta barw na jednym straganie. Ale nadal śmierdzi.

Jeszcze nigdy w życiu nie piłem tak dobrych soków jak tutaj. Słodkie, wyciskane na miejscu, pełne słońca i bardzo tanie.

Miejscowi chłopcy urządzili sobie zawody – skoki do wody na główkę. Mimo tłumu, nie dostrzegam w tym nic imponującego, zwłaszcza że wysokość nie jest duża, a nieopodal spływają ścieki z kilku rur kanalizacyjnych.

W portowej medinie znajdujemy basztę, przez którą można wyjść na mury. Bardzo przyjemny widok – panorama na miasto oraz wyspy, na jednej znajduje się nawet więzienie. Znów zaczepiają mnie sprzedawcy dobrego towaru. Co ciekawe, jeden pan robi interesy wraz ze swoim synem, którego dumnie przedstawia jako jednego z najlepszych dealerów. Siostra kupuje trzy gramy szafranu za 100 dirhamów. Podejrzewam, że taką samą przyprawę mogłaby dostać w kraju za znacznie niższą cenę.

Ogólne wrażenie po pobycie w tym mieście dobre. Jeśli ktoś planuje wakacje nad wybrzeżem to warto tu przyjechać, zwłaszcza że Eassaourii nie spowiły tłumy turystów.

27.7.

Zapomniałem chyba wcześniej napisać, że w Maroku jest bardzo dużo bocianów. Widać nie wszystkie przylatują do nas.

Ostatni dzień w Eassaourii. Wsiadamy do autobusu do Marrakeszu. Ok. 16:00 docieramy na miejsce. Przedmieścia są nowe, ale nadal zachowują dawny styl i koloryt. Próbujemy znaleźć nasz hotel, jednak to zadanie przerasta nasze możliwości. Nie ma tabliczek z nazwami ulic, żadnych napisów, wskazówek. Pytamy w końcu o drogę tutejszą dziewczynę. Należało wejść w małą uliczkę pomiędzy domami, przejść pod dwoma łukami, z których każdy miał niewiele ponad półtora metra i wejść w niebieskie, niczym niewyróżniające się drzwi. Jak już wspomniałem, nie zależy mi na dobrym hotelu, ale jak miło jest wejść do pokoju i zobaczyć misternie zasłane łóżko posypane płatkami róż. A to wszystko za kilkanaście euro. Dom mieszkalny został przerobiony na mały, rodzinny pensjonat.

Czas ruszać do miasta. Niestety nie wyróżnia się niczym szczególnym w mojej opinii. Nie można chodzić swobodnie po ulicach ze względu na naganiaczy i szalonych kierowców. Pozostaje pewien niedosyt jednak ja jestem szczęśliwy widząc jeden z najstarszych meczetów w Maroku. Nie zasłaniają go żadne budynki, więc cieszę się pełnym widokiem.

Ostatni kuskus i tażin na tarasie restauracji z pełnym widokiem na miasto. Księżyc już w pełni, za kilka dni rozpocznie się ramadan. Ulice zamrą przez dzień i obudzą się dopiero po zmroku.

28.7.

Dopiero teraz widzę, jak ubogi w wiedzę o tym kraju byłem jeszcze przed kilkunastoma dniami. Wracamy do Londynu.

 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: