doha, tajlandia i kambodża

Nie ukrywam, nie byłem przekonany do Azji Południowo-Wschodniej. Skoro jednak tyle osób jeździ do Tajlandii, Kambodży, Indonezji i wraca z tych krajów bogatszymi o niesamowite przeżycia, ja też musiałem w końcu spróbować. Tani lot pozwolił mi szybko się przełamać i zacząć pogłębiać wiedzę na temat kultury regionu, buddyzmu i architektury. Teraz kolej na mnie.

Dzień 0
Dziwne, nie mogę stworzyć sensownego tekstu, stanowiącego pewną całość. Trochę wyszarpuję wspomnienia i się przymuszam. Mimowolnie porównuję Doha do Dubaju, choć minie jeszcze sporo lat zanim katarska stolica będzie postrzegana jako nowe serce Zatoki.

Przed przyjazdem nie byłem tak onieśmielony jak przed wizytą w Dubaju. Nie bałem się, że to nowe i niepojęte bogactwo jest w stanie wpędzić mnie w zakłopotanie. Dostałem to, czego się spodziewałem – widok wieżowców rzucających cień na miasto i samoloty latające tuż nad głową. Zaskoczył mnie natomiast fakt, że Doha może pochwalić się raczej skromną infrastrukturą transportową, pustymi działki pomiędzy budynkami, na których rosną śmieci i tabliczkami „uwaga, prace budowlane”.

Osobom, które poszukują uciech w drogich restauracjach i centrach handlowych, miasto na pewno po zmroku otworzy do nich podwoje. Ja znalazłem czystą przyjemność w budynku Muzeum Sztuki Islamskiej i to nie w samej ekspozycji. Prostota, bryłowatość, lekkość. Lekkość bryłowatości? Pewna finezja klockowatej fasady wpisująca się w jednolite tło morza i nieba. Ten obiekt jest już ikoną w odróżnieniu do wieżowców wznoszących się nad brzegiem, które nigdy nie staną się klasyką.

W skwarze słońca porzuciłem poszukiwania autentyczności. Z opisywanych w przewodnikach targu i fortu już dawno wyniósł się duch przeszłości. Wiele nowoczesnych restauracji, mało klimatycznych kafejek. Miałem szczęście, że znalazłem chociaż jedną, w której wypiłem herbatę z hibiskusa. Na moment, razem z głosem muezzina przeniosłem się do starego, portowego miasteczka.

Dzień 1.
Przylot do Pattaya, wylot do Chiang Mai. Pierwsza myśl – po dwóch zarwanych nocach nareszcie wyśpię się w spokoju.

Dzień 2.
Spacer po historycznej części miasta. Już po pierwszych przebytych metrach okazało się, że jest tłoczno, ciasno i chaotycznie, jednak nie ma większego problemu z dotarciem do miejsc, które wcześniej zaplanowałem odwiedzić. Otaczające miasto mury i fosa pozwalają na łatwą nawigację, a przecinające się pod prostym kątem ulice nie tworzą skomplikowanych labiryntów.

Do Wat Chedi Luang zawitałem jako pierwszej – oderwana od reszty głośnego miasta oaza spokoju, klimatyczna, przyciągająca. Po kilku chwilach przeszła przeze mnie myśl, że mój pobyt w Tajlandii będzie udany, choćbym miał zostać tylko w tym jednym miejscu. Wiedziałem, że muszę wrócić do Wat Chedi Luang żeby zobaczyć jak świątynia zmienia się wraz z zachodzącym słońcem i budzącą się nocą. Najpierw jednak odwiedziłem jedną z licznych przydrożnych restauracji, w której nie mogłem odmówić sobie pat thai i sajgonek. Deser był dużo zdrowszy i okazał się stałym elementem codziennej diety – owocowe smoothie przygotowywane na niewielkim straganie.

W Wat Phra Sing przytłoczyło mnie złoto kipiące z każdego posągu. Pewnie gdzie indziej byłaby to wielka przesada, ale otaczająca całe bogactwo tropikalna zieleń trochę je uspokaja. Podczas zwiedzania Wat Chiang Man myślałem już tylko o powrocie do Wat Chedi Luang.

Spokojnie czekałem na mrok.  Mnisi powoli kończyli wykonywać swoje codzienne obowiązki. Robiło się tutaj coraz ciszej, natomiast na ulicy coraz głośniej. Wraz z głosem dzwonów, pomarańczowy sznur zaczął wypełniać wnętrze świątyni. Jeden po drugim siadał w rzędzie na krwistoczerwonym dywanie. Za głosem nauczyciela powtarzali wspólnie tekst modlitwy tworząc jeszcze niekompletny chór. Nie mogłem wyjść powstrzymywany jakimś dziwnym urokiem tego miejsca.

Prosto ze świątyni wszedłem na główną ulicę starego miasta – Rachadamnoen, na której odbywał się targ. W każdą niedzielę wstrzymywany jest ruch samochodowy, aby sprzedawcy wszelkich rozmaitości mogli rozstawić swoje kramy. Szczerze powiedziawszy nie widzę żadnej atrakcji w przeciskaniu się między ludźmi i oglądaniu rzeczy, których i tak nie mam zamiaru kupić. Z pewnością istnieje cała masa entuzjastów takich atrakcji, ale trudno mi jest ich zrozumieć. Pomimo całego zgiełku, w bocznych uliczkach Tajowie i obcokrajowcy oddają się relaksującym masażom. Jak widać wystarczy leżak i ręcznik, aby urządzić przydrożne spa.

W drodze do hostelu zwróciłem uwagę na skąpo odziane i mocno umalowane panie siedzące na barowych krzesłach tuż przy jezdni. Ekspozycja rodem z czerwonej dzielnicy Amsterdamu. Nie sadziłem, że prostytucja nie stanowi żadnego tematu tabu, a chętni uciech za pieniądze nie muszą ich nigdzie szukać, gdyż są dostępne w zasięgu wzroku.

Tajlandia – mam wrażenie, że ktoś wziął trochę blachy, drewna, kilka puszek z farbą i wszystko zgniótł jak kartkę papieru. Panuje architektoniczny misz-masz. W chaotyczne ulice wpleciono stare świątynie, obok klasztornych zabudowań powstają nowoczesne bloki i wszystko na raz, w tym samym miejscu. Całość splatają kilometry kabli zawieszonych właściwie na wysokości wzroku.

Dzień 3.
Do Doi Suthep pojechałem przede wszystkim dla widoków, otaczających dolinę gór porośniętych tropikalnym lasem. Niestety mgła lub też dziwna mieszanina pary i dymu spowiła okolicę i nie miała zamiaru jej opuścić. Sama świątynia Wat Prathat wznosząca się na wzgórzu rekompensowała straty. Tłumnie zgromadzeni pielgrzymi na klęczkach ustawiali się po błogosławieństwo od leciwego mnicha. Inni krążyli wokół pagody z kwiatami lotosu i kadzidłami trzymanymi w rękach. Są też jednostki, które w samotności modlą się i medytują, niby pewna oczywistość, ale te kilka spokojnych osób wyróżnia się wśród zgiełku zbieraczy selfie.

Wizyta w palacu Bhubing. Spacer wokół parku, wśród kolorowych kwiatów i kolosalnych bambusów był swego rodzaju atrakcją, jednak sam kompleks budynków zimowej rezydencji króla trochę rozczarowuje. Budynki nie są klasycznymi zabytkami, a ich styl tez nie do końca zniewala. Jednak grupy starszych turystów fotografujących się przy każdym krzaku na pewno zapamiętają to miejsce na długo.

Kolacja w przydrożnej restauracji. Dobry pat thai i cudowna zupa z grzybami, warzywami i mlekiem kokosowym. Całość nie kosztowała może przysłowiowego dolara, ale cena była i tak śmiesznie niska w porównaniu do jakości. Na pewno tego będzie mi brakować w domu – szybkich dań na ulicy, sycących i pełnych nieoczywistych smaków.

Na koniec dnia chciałem wybrać się nad rzekę Ping. Niestety obraz jest zatrważający – śmiecie, ścieki, samochody parkujące tuż nad brzegiem. Mogłaby to przecież być kolejna atrakcja miasta. Zielone liście drzew pochylają się ku wodzie, gęste kępy traw wchodzą do rzeki tworząc nieregularne kształty. Kilometry zaprzepaszczonej okazji.

Nadciąga burza. Podmuchy wiatru przynoszą niepokój, dźwięk dzwonków i zapach kwiatów. Pioruny przeszywają w oddali ciemne niebo. Ruch na ulicach nie ustaje, wszyscy się spieszą. Spadają pierwsze krople deszczu, które ściągają latający kurz na ziemię. Pada tylko przez chwilę, powietrze gęstnieje.

Dzień 4.
Przylot do Phnom Penh, przejazd tuk tukiem po zatłoczonych ulicach stolicy do hostelu. Na pierwszy rzut oka widać skrajności przede wszystkim w architekturze miasta. Nad parterowymi domami wznoszą się nowoczesne budynki. Po ulicach mieszkańcy jeżdżą jak szaleni skromnymi skuterami, dość rzadko mijam luksusowe samochody. Słonce powoli zachodzi otaczając miasto różowo-pomarańczowym blaskiem. Z czwartego piętra hostelu mogę cieszyć się widokiem na Mekong będący autostradą dla barek, łódek i promów przewożących mieszkańców. Z tarasu można także dostrzec złoto-kolorowy dach znajdującego się w pobliżu pałacu królewskiego.

Zwiedzanie miałem zostawić na kolejny dzień i położyć się spać trochę wcześniej. Jeden z moich znajomych, który mieszka obecnie w Kambodży zaproponował wspólną kolację i piwo, więc nie mogłem odmówić. Świat jest mały – poznaliśmy się trzy lata temu w Jordanii i pewnie wtedy nikt nawet nie przypuszczał, że spotkamy się tutaj. Nocna przejażdżka po hałaśliwym mieście i wizyta w typowym klubie nocnym – oczywiście tylko żeby wypić piwo i w ramach doświadczenia społecznego. Dziewczyny są naprawdę ładne, wyglądają niewinnie i muszę przyznać, że jest mi szczerze przykro, bo pewnie nie jest to ich wymarzony los. Nie są nachalne i rozumieją, że przyszliśmy tutaj tylko się napić. Starszych panów nie brakuje, więc zajmują się nimi. Mimo że sztuczna i nastawiona na korzyść wyłącznie materialną atencja młodych dziewczyn, spowodowała, że z klubu wyszedłem jakby trochę pewniejszy siebie. A więc to o to chodzi, stali bywalcy, oprócz cielesnych uciech, liczą na podbudowanie swojego ego.

Nadal nie mogę połapać się z pieniędzmi – płacę w dolarach, a resztę dostaje w rielach. Ceny nie są tak niskie jak w Tajlandii, choć mogłoby się wydawać, że mniej rozwinięty kraj będzie tańszy.

Phnom Penh, mimo że nie ma zbyt wielu obiektów, które trzeba zobaczyć, posiada z pewnością swego rodzaju urok. Wiele budynków usytuowanych nad samą promenadą zachowało styl sprzed lat. Promenada tętni życiem – mnóstwo drobnych sprzedawców, chłopcy grający w piłkę, starsze osoby uprawiające fitness przy muzyce. Niestety, schodząc nad sama rzekę można zauważyć liczne łódki, które są domem dla najuboższych. Trudno nazwać je domem, ale daszek z folii stanowiący ochronę przed słońcem i deszczem jest jedynym udogodnieniem, na który mogą liczyć.

Dzień 5.
Dzień rozpoczął się bardzo wcześnie, bowiem z samego rana wyruszyłem na zorganizowaną wycieczkę rowerową po wyspach Mekongu. Do pokonania było 25 km przez często wyboiste ścieżki prowadzące przez wioski, plantacje kukurydzy, bananów, mango i lotosu. Nie jestem pewien, czy sam wiedziałbym gdzie jechać i na co zwrócić uwagę, stąd też nie miałem nic przeciwko, aby tym razem podążać za kimś.

Wioski pomimo bliskiego sąsiedztwa ze stolicą są bardzo skromne. Zdarzają się gdzieniegdzie całkiem okazałe domy, jednak przeważają proste konstrukcje wznoszące się na betonowych lub drewnianych słupach. Po ulicach swobodnie panosza się zwierzęta, a czas płynie bardzo wolno. Całkowita cisza.

Zatrzymujemy się na chwilę w miejscu, gdzie tradycyjną metodą produkowany jest jedwab. Zaczęliśmy rzecz jasna od przekąski w postaci owoców – mango, liczi, banany i pitaja. Kolejny przystanek, kolejna lokalna przekąska, czyli słodki ryż z bananem zapiekany w liściu bananowca. Wycieczka zakończyła się już na wyspie, jednak vanem zostaliśmy przetransportowani do centrum, gdzie w lokalnej, ulicznej restauracji zjedliśmy lunch.

Na początku wahałem się, czy taki typ zorganizowanej wycieczki aby na pewno mi się spodoba, jednak teraz wiem, że mógłbym powtórzyć to jeszcze raz.

Popołudnie spędzone w pałacu królewskim oraz w świątyni Wat Phnom.

Nie jest to super popularny przysmak, ale rzeczywiście na targowiskach, czy przydrożnych straganach można dostać robaki – wszelkiego rodzaju latające owady, żuki, larwy, pasikoniki, ale także żaby i kurze embriony. Kupiłem mix robaków, aby sam ocenić, czy będzie to jedzenie przyszłości. Wszystko smakuje bardzo podobnie bo i sposób przygotowania jest taki sam – smażone w głębokim oleju z dodatkiem pikantnych przypraw. Pojawiają się subtelne różnice, zwłaszcza w kruchości. Jedząc czarne żuki ma się wrażenie, że gryzie się szkło, larwy z kolei są całkiem miękkie i dość mocno wyczuwalny jest posmak ziemi lub błota. Zdecydowanie moim faworytem są jakieś latające owady wyglądające trochę jak osy – bardzo chrupkie, z pewnością mogłyby być serwowane razem z piwem zamiast orzeszków.

Nie jestem pewien, czy miasto nigdy nie zasypia, jednak nadal około północy ludzie bawią się w klubach, a okoliczne parki i skwery wypełnione są miejscowymi. Przed przyjazdem miałem wrażenie dużo mniej rozwiniętego kraju i chyba bardziej konserwatywnych obyczajów, rzecz jasna już tak nie myślę.

Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem, jednak jest to dosyć popularne rozwiązanie, z którego korzysta wielu mieszkańców stolicy. Chodzi o aplikację przypominającą Ubera, która działa na tuk tuki. Wystarczy wpisać swoją lokalizację i poczekać na kierowcę. Dzięki wyświetleniu się informacji o przebytych kilometrach oraz cenie za przejazd nie trzeba kłócić się o pieniądze.

Choć zwykle chcę zobaczyć wszystko w danym miejscu nie lubię robić czegoś na siłę, bez przekonania, bez jakiejś wewnętrznej potrzeby. Nie idę gdzieś tylko dlatego, że powonieniem. Coś mnie powstrzymywało przed wizytą w Tuol Sleng. Być może nie zrozumiałbym ogromu tragedii, którą spotkał khmerski naród zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Może ta historia jest mi zbyt obca? Może przyjechałem tutaj, żeby skupić się na czymś innym? Mając takie wątpliwości z tyłu głowy, postanowiłem nie odhaczać bezmyślnie kolejnej atrakcji na liście.

Dzień 6.
Autobus do Siem Reap. Nie spodziewałem się luksusu i rzeczywiście go nie dostałem. Zdziwiłem się tylko, że jestem jedynym obcokrajowcem na pokładzie, gdyż sadziłem, że jest to dość popularna trasa wśród backpackerów, a na dodatek za śmieszne pieniądze. Autobus miał mnie zawieźć na miejsce, a jednocześnie był punktem widokowym, z którego można spoglądać na senne krajobrazy prowincji.

Najbardziej typowymi budynkami są domy budowane na słupach – wąskie od frontu, z dwuspadowymi dachami, często pomalowane na odważne kolory. Zwykle część mieszkalna znajduje się na piętrze, a parter stanowi pustą przestrzeń dla cienia, w którym chowają się przed słońcem psy i kury. Gdyby nie panoszące się wszędzie śmieci, wioski miałyby naprawdę przyjemny klimat. Palmy i bananowce na miedzach.

Choć wiedziałem, gdzie zlokalizowany jest mój hostel, nie sądziłem, że mieści się na terenie starej świątyni. Miałem wrażenie, że naprawdę będę mógł poobcować z mnichami zamieszkującymi pozostałe budynki skupione wokół świątyni. Przed świątynią, której praktycznie nikt nie odwiedza, ustawiony został stożek z piasku, w którym mnisi rzeźbią roślinne wzory. Wszystko po to, aby celebrować zbliżający się nowy rok. Zaraz po nim misterna konstrukcja zostanie zburzona. Z resztą całe miasto szykuje się na te okazję – brzeg rzeki rozświetlają kolorowe lampki, na drzewach wiszą błyszczące gwiazdy, a nad ulicami unoszą się ogromne ornamenty.

Chcąc zjeść szybki, tani obiad wystarczy przejść się nad rzekę płynącą poprzez centrum miasta i za dolara kupić pożywny makaron z jednego z licznych straganów.

Siem Reap należy do miast klimatycznych, zwłaszcza nocą. Zza płotów, poprzez tropikalne zarośla wyłaniają się co chwila wille przypominające o francuskiej obecności w regionie. Choć architektura w mieście jest dość chaotyczna, zieleń przykrywa skrzętnie wszelkie niedoskonałości.

Dzień 7.
Angkor Wat to chyba takie miejsce jak piramidy lub Taj Mahal – odwiedza się je zwykle raz w życiu. Specjalnie wybrałem się na wycieczkę z przewodnikiem by dowiedzieć się czegoś więcej o tym miejscu – jaką kryje historię, czy nadal żywe są legendy sprzed lat, jaka symbolika zapisana jest w architektonicznych detalach. Niestety przewodnik większość sekretów zachował dla siebie. Nie mniej jednak warto było wydać $37 za bilet. Każda z pięciu odwiedzonych świątyń stanowiła wspólną całość, a jednocześnie charakteryzowała się pewną odrębnością. Zastanawiało mnie jakie uczucie musiało towarzyszyć pierwszym odkrywcom tego miejsca, kiedy przedzierali się przez zarośla i potykali o wystające korzenie, by później zobaczyć wzniosłe budowle. Z kolei jak wyglądało to miejsce wypełnione tętniącym życiem mieszkańców ważnego i silnego imperium. Mogę to sobie teraz tylko wyobrażać. Sznury osób ustawiają się w miejscach będących odpowiednim tłem do selfie, które rzucą później na żer portali społecznościach. Czy choć na chwilę stanęli w miejscu, rozejrzeli się dookoła i pomyśleli?

Chciałbym móc zostać cały dzień i z jednego punktu wpatrywać się w ciemną sylwetkę Angkor Wat połyskującą w promieniach zachodzącego słońca. Cały kompleks zmusza do myślenia – jak łatwo natura może przejąć kontrolę nad tym, co stworzył człowiek. Wystarczy dać jej trochę czasu. Świątynię Ta Prohm pochłonął las i zaplótł korzeniami każdy jej element, tak jakby chciał ja zdusić.

Spacer po targowisku w Siem Reap. Kolejna kolacja za dolara nad brzegiem rzeki.

Dzień 8.
Być może zmarnowałem pół dnia, ale jakby nie patrzeć mogę robić co chcę. Wstałem dopiero o 13:00 i tylko dlatego, że niebawem miałem udać się do pływającej wioski Kampong Phluk na jeziorze Tonle Sap. Jest kwiecień, pora sucha, więc spodziewałem się, że nie zobaczę tego, co na widokówkach sprzedawanych na targu. Ze względu na niski poziom wody w jeziorze, wioska nie unosi się na jego powierzchni, a raczej lewituje w powietrzu, ale dzięki temu można zaobserwować całą konstrukcję domów na palach.

Dawno nie spotkałem się z taką skalą ubóstwa połączonego ze wszystkim, co odrzuca większość osób przyjeżdżających tutaj tylko na chwilę – widok śmieci zmieszanych z błotem, zapach zgniłych ryb i palonego plastyku, generalne odczucie upodlenia tej społeczności przez konieczność bytowania w takich warunkach. Podobne, mgliste już obrazy pamiętam tylko z indyjskich wiosek i dzielnic nędzy.

To nie jedyna pływająca wioska na jeziorze Tonle Sap, ani nie największa. Nikt też dokładnie nie wie, ilu mieszkańców liczy. 95% społeczności zajmuje się rybołówstwem, reszta prowadzi drobne sklepiki i obsługuje turystów. W wiosce znajduje się wszystko, czego potrzebują mieszkańcy – szkoła podstawowa, prowizoryczny szpital, świątynia buddyjska, a nawet kościół. Ponoć dzieci niechętnie chodzą do szkoły woląc beztrosko bawić się z rówieśnikami lub pomagać swoim rodzicom w pracach domowych i łowieniu ryb. Rzeczywiście, z jednej strony mijam bandę małych urwisów, z drugiej widzę jak wielu chłopców obsługuje łodzie, którymi poruszają się turyści.

Powód, dla którego ludzie zdecydowali się żyć w takich warunkach jest prosty – w czasach francuskiego kolonializmu konieczne było odprowadzanie należnego podatku gruntowego. Dzięki przeniesieniu domów na wodę, ludność mogła uniknąć jego płacenia, a przy okazji łowić ryby bez konieczności jego opuszczania.

Po przejściu przez wioskę ubitą drogą z ziemi, wpłynęliśmy na brunatne jezioro. W porze deszczowej woda wydaje się być czysta i nic nie stoi na przeszkodzie, aby w niej popływać. Tym razem jednak nie znalazł się żaden śmiałek, i ja do takowych nie należę. Nie jestem pewien, czy pochmurne niebo dodało uroku zachodzącemu słońcu, czy całkowicie popsuło ten moment. Nie był perfekcyjny, wymarzony, pocztówkowy. Z resztą jak całe dzisiejsze doświadczenie. Mam skrajne odczucia – cieszę się, że zobaczyłem jak funkcjonuje społeczność w Kampong Phluk, ale o pewnych sprawach wolałbym nie wiedzieć i pozostać skrajnym ignorantem. Może nie przypomniałbym sobie, że dobra, o które inni usilnie zabiegają, nam po prostu się należą.

Naszła mnie dziwna refleksja – jeśli miałbym zamienić się na życia z 27-letnim chłopakiem z wioski, kto lepiej odnalazłby się w skórze drugiego? Czy ryba może żyć w przestworzach, a ptak pływać bez końca?

Dzień 9.
Choć krótka, to bardzo intensywna wizyta w Kambodży dobiega końca. Jeszcze tylko przejście graniczne i znów będę w Tajlandii (przejazd ma trwać 9h). Choć sama trasa na przejście graniczne w Poipet oraz formalności nie trwają aż tak długo, to czekanie na autobus po drugiej stronie ciągnie się w nieskończoność. Naczytałem się demonicznych opisów o tym przejściu, jednak żaden z mitów nie znalazł odzwierciedlenia w rzeczywistości, no może oprócz czekania. Nie da się ukryć, że atmosfera jest chaotyczna i aby dotrzeć do kolejnego punktu kontroli paszportowej trzeba zaufać intuicji lub w ciemno podążać za tłumem. Ale nikt nie robi żadnych problemów, ani nie stara się niczego na siłe wmówić. Jest czas żeby pogadać z innymi osobami dzielącymi wspólna dolę, albo na zaplanowanie tego, co zobaczyć w Bangkoku.

Przyjechaliśmy do centrum po 19:00, więc udałem się tylko na krótki spacer po okolicy i na pad thai w przydrożnej budzie.

Podróżnik – decyduje sam, turysta – ktoś decyduje za niego. Nie chcę być turystą we własnym życiu.

Dzień 10.
Masa młodych ludzi podróżujących przez dwa, trzy miesiące, nawet dłużej. W sumie spotkałem tylko kilka osób, które zatrzymują się w Azji na krócej. Rzecz jasna raczej czekam, aż ktoś do mnie zagada. Dłuższe rozmowy zdarzają się nieczęsto. Z jednej strony chciałbym z kimś porozmawiać, ale nie jestem osobą, która zaczyna pierwsza. Wstydzę się. Wracając do tych młodych osób – głównie Brytyjczycy przed dwudziestką. Wyruszają gdzieś na kilka miesięcy szukając swojego miejsca na ziemi. U nas nadal należy to do rzadkości. Może jest garstka takich osób, z pewnością piszą o tym blogi i traktują tę podróż bardzo poważnie. Te osoby jeżdżą z miejsca na miejsce w ramach rozrywki, bez konkretnego celu, trochę bezrefleksyjnie. Może się mylę, w końcu nie rozmawiamy zbyt wiele. Może po prostu im zazdroszczę?

Bangkok – ponad pięciomilionowa metropolia, która sprawia na pierwszy rzut oka wrażenie przestronnego i dobrze zorganizowanego urbanistycznego organizmu. Kompletnie nie znając systemu komunikacji miejskiej, autobusem dostałem się pod pałac królewski. Po raz drugi podczas tej podróży doznałem tego samego odczucia – nie wiedziałem, na co spojrzeć w pierwszej kolejności. Oszołomiony bogactwem wzorów, kolorów i kształtów szukałem punktu startu. Coś mnie przygniotło i przerosło, ale tylko w pozytywnym sensie. Kolejne miejsca były zaledwie uzupełnieniem tego, co widziałem w pałacu. Jeśli miałbym wybrać „to jedno” miejsce w Bangkoku z całą pewnością postawiłbym na pałac.

Pomiędzy szerokimi ulicami w środku miasta przebiegają wąskie, ciemne przecznice zamieszkałe przez najuboższe rodziny. Spotkałem się jedynie z kilkoma osobami proszącymi o pieniądze. Wydaje mi się, że członkowie rodzin się wspierają, a ludzie nie są tak wyizolowani jak u nas.

Kotlinę otoczoną wieżowcami dostrzega się dopiero po wyjściu na Złotą Górę – Wat Saket. Choć dla przeciętnego odwiedzającego sama świątynia nie ma w sobie nic szczególnego, to sam widok z niej gwarantuje pewnego rodzaju przeżycie.

Nie wiem ile kilometrów dzisiaj przeszedłem, ani co przegapiłem. Pewne miejsca nie były w moim programie, a niektórych nie udało się zobaczyć. Długo zastanawiałem się, czy udać się na kultową Koh San Road. Trochę odpychały mnie opisy wyszukane w sieci – ping pong show, prostytucja, alkohol i cała tajska cepelia. Za każdym razem trzeba sprawdzić wszystko samemu. Okazało się, że nikt nie jest nachalny, w spokoju można zjeść pat thai i napić się lokalnego piwa w barze. Nie szukałem atrakcji rodem z Sodomy, więc pewnie nie dostrzegłem, że takowe gdzieś są.

Bangkok może się komuś podobać. Zapewne jest tutaj wiele miejsc, które zaspokoją różnego rodzaju pragnienia – od drogich restauracji i butików po ekskluzywne przybytki w penthousach szklanych wieżowców. Ja nie mam już więcej pragnień, wystarcza mi zdjęcia z pałacu i świątyń.

Dzień 11.
Czas na dawną stolicę Tajlandii – Ayutthayę. Dojazd na miejsce lokalnym transportem nie miał stanowić problemu, bo dokładnie zapoznałem się z opisem przewodnika. Niestety postój busów zmienił swoją lokalizację i musiałem udać się na jeden z dworców. W masie wszelkiego rodzaju pojazdów użyłem starej zasady „koniec języka za przewodnika” by odnaleźć właściwy bus. Po kilku minutach byłem już w drodze.

Ayutthayę wyobrażałem sobie trochę inaczej, jako romantyczne miasteczko, gdzie pośród ruin można zjeść tradycyjną potrawę i wypić piwo. Miasto jest wymarłe. Szerokie ulice wyścielone wąskimi budynkami. Upał. Niewielki ruch. Tylko wokół ruin niegdyś okazałych gromadzą się nieliczni turyści. Zdecydowałem odwiedzić się większość świątyń na piechotę. Przemieszczałem się od jednej do drugiej w poszukiwaniu ducha przeszłości. Ze mnie też powoli uchodziło życie, byłem coraz bardziej zmęczony i spragniony. Tak naprawdę lubię ten stan – zmęczyć się do granic, wyżyłować, poczuć ból. Sam nie jestem pewien dlaczego. Może tylko wtedy wiem, że nie mogę zrobić już nic więcej i pozwalam sobie powiedzieć koniec, wracam.

Dzień 12.
Most na rzece Kwai. Park narodowy Erwan. Miałem może zbyt duże oczekiwania względem tego miejsca, które reklamuje się „najpiękniejszymi wodospadami w Tajlandii”. Wędrówka miała jednak swój urok. Co kilkaset metrów spośród gąszczy tropikalnego lasu wyłaniał się kolejny wodospad. Kąpiący się ludzie zagłuszali dźwięki przyrody. Wychodząc coraz wyżej tłumy topniały, a widok stawał się coraz bardziej malowniczy.

Dzień 12.
Przejazd z Bangkoku na Koh Chang. Pierwszy raz na tropikalnej wyspie. Już pierwsze widoki są egzotyczne, zjawiskowe, niecodzienne. Górzystą wyspę otaczają chłodne chmury przypominające wirujący dym z budzącego się wulkanu.

Hostel to mały domek na skale tuż przy brzegu. Nie ukrywam, że w pierwszej chwili chciałem się jak najszybciej ewakuować, jednak urok tego miejsca mną zawładnął. Poczułem się jak w domku na drzewie, który pamiętam z dzieciństwa. Kilka osób, które dzieliły ze mna wspólną przestrzeń od razu zaproponowały mi wyjście na plażę i grę w siatkówkę. Oczywiście pierwsze zanurzyliśmy się w ciepłym morzu oglądając jednocześnie zachodzące słońce. Choć wcześniejsze doświadczenia były niesamowite i z pewnością powtórzyłbym tę trasę ponownie, warto pozwolić sobie na kilkudniowe nicnierobienie. Wspólna kolacja w restauracji z blaszanym dachem.

Wyspa jest ewidentnie turystyczna, choć bardzo swojska. Nie ma ogromnych hoteli, głośnych klubów nocnych, czy wielkich centrów handlowych. Życie skupia się wzdłuż jedynej drogi i rzecz jasna na plaży. Wszystko wydaje się być autentyczne, a przynajmniej nieprzytłaczające.

Dzień 13.
Rozpoczął się tajski nowy rok. Ludzie polewają się wodą jak szaleni. Ma mieć to symboliczny wymiar oczyszczenia ze wszystkich problemów, które dotknęły ludzi w minionym roku. Po kilku godzinach ulica zmieniła się w rzekę. Nie sposób zliczyć litrów rozlanej wody. Wszyscy są oblewani, nie ma taryfy ulgowej – piesi, pasażerowie taksówek, a nawet kierowcy skuterów, co może być bardzo niebezpieczne, gdy jeździ się z dużą prędkością. Ma to swój urok, ale powinno mieć też swoje granice.

Kolejna wspólna kolacja z moimi nowymi znajomymi. Spędzając czas na plaży, będąc w beztroskim nastroju, poczuliśmy się jak przyjaciele znający się od lat, którzy przyjechali tutaj razem. To dziwne, że udało się nam zżyć w tak krótkim czasie.

Dzień 14.
Postanowiłem wybrać się na rejs łodzią po okolicznych wyspach połączony ze snorkelingiem. Choć samo doświadczenie było samo w sobie ciekawe, gdyż z bliska można było podziwiać rajskie bezludne wyspy, to sam podwodny krajobraz nie był tak kolorowy jak to sobie pierwotnie wyobrażałem.

Nowy rok trwa w najlepsze, nikomu jeszcze nie znudziło się polewanie wodą. Do hostelu przyjechałem kompletnie przemoczony. Na kolację postanowiliśmy udać się do tego samego miejsca, co poprzednim razem. Na deser owocowe smoothie i naleśnik z bananem. Całe wieczorne menu plus ananas na śniadanie kosztowało może z 15 złotych. Nie mogę pojąć, że w tak prowizorycznych restauracyjkach podawane jest wyśmienite jedzenie, które kosztuje bardzo niewiele. Nie ukrywam, że kilka razy przeszła mi przez głowę myśl o ponownym przyjeździe, ale na dłużej, może trzy, cztery miesiące. Po wypracowaniu pewnej codziennej rutyny można byłoby przyzwyczaić się do takiego życia. Plaża, ciekawi ludzie, dobre jedzenie, zero problemów. Znając siebie chyba nie wysiedziałbym jednak dłużej w tym samym miejscu nic nie robiąc.

Dzień 15.
Ostatni dzień na wyspie. Upał. Polewanie wodą trwa. Jedyna droga jest całkowicie zakorkowana. Masa Tajów, która przyjeżdża tutaj na krótkie wakacje, wraca do domów. Kiedy jechałem na wyspę, przejazd tego odcinka zajął może 20 minut, teraz 4 godziny.

Ostatnie przemyślenia i czas na podsumowanie. Nie zdawałem sobie sprawy, że Tajlandia i Kambodża mają tyle do zaoferowania, że tak ciekawie i intensywnie można spędzić tu czas. Cieszę się, że wyszedłem z bliskowschodniej strefy komfortu. Wiem też, że następnym razem też będę pozytywnie zaskoczony, ale pozwolę sobie chyba na dłuższy wypad. Czuję niedosyt, choć jestem spełniony.

Po tej podróży czuję się trochę spokojniejszy. Nie wiem, czy tylko dlatego, że zaspokoiłem pragnienie odkrywania nowych miejsc, czy oba te kraje tak na mnie wpłynęły. Ciekawe na ile tej pozytywnej energii mi wystarczy. Czy okaże się, że po tygodniu w pracy znów zacznę podróżować palcem po mapie? Z pewnością.

Budżet (można było zrobić to taniej):
– lot – 1700 zł
– dwa loty w regionie – 680 zł
– noclegi – 420 zł
– na miejscu – 1800 zł


%d blogerów lubi to: