turcja, cypr północny, bułgaria, rumunia

28.7.

Wylot z Katowic. W samolocie poznajemy dwie młode, sympatyczne dziewczyny z Polski. Po wylądowaniu pytamy się je o drogę do Bourgas, jednak nie wiedzą, gdyż czeka na nie znajomy i udają się prosto do Sunny Beach do prywatnego apartamentu. Decydujemy się zatem jechać razem z nimi. Na początek proponują nam pozostawienie bagażu u nich. Spędzamy razem dzień – plaża i gra w siatkówkę oraz wieczór – plaża i pub.

Typowy turystyczny kurort, nie ma nic specjalnego, pozostaje tylko Kadarka.

29.7.

Śpimy prawie do południa. Dowiadujemy się o biletach do Stambułu w biurze podróży za około 120 zł, z kolei w polskiej agencji miła pani oferuje wycieczkę za 53 euro. Decydujemy się w takim razie jechać do Burgas (12 zł) i szukać czegoś stamtąd. Znowu plaża i mocny filtr.

Po południu idziemy brzegiem morza do Nesebaru (ok. 4 km). Miejscowość ta położona jest na małym cyplu, którego główną atrakcją są ruiny fortu, stary młyn wiatrakowy, przystań i kościół z XIII w. Trzeba przyznać, że jest naprawdę ładnie, miłą atmosferę tworzą również jednopiętrowe domki rybackie i wąskie uliczki. Wracając zbieramy muszle, łapiemy kraby dla zabawy. Kupujemy wino Manastirska Izba, Kadarka oraz kilka piw. Dziewczyny nie pozwalają nam jechać do Turcji. Idziemy na wieczorny spacer, później zobaczymy co robić.

30.7.

Jest już 9:00 i szybko decydujemy się jechać do Warny. Podróż zajmuje dwie godziny. Śpimy całą drogę po wczorajszej imprezie. W Warnie nie ma nic ciekawego z wyjątkiem ładnej cerkwi, a przecież miasto aspiruje do bycia europejską stolicą kultury… Szukamy i szukamy rzymskich łaźni, a znajdujemy tylko stare fundamenty porośnięte trawą, co za szkoda. W towarzystwie słodkiego melona spacerujemy ulicą Władysława Warneńczyka, kiedy nagle zaczepił nas pan oferujący zioło, a drugi chce zamienić lewy na złotówki. Tak więc towarzystwo melona zostało zastąpione cinkciarzami.

Dowiadujemy się, że bilet do Stambułu kosztuje około 80 zł, więc chyba już znamy plan na jutro.

31.7.

Opuszczamy apartament z wielkim smutkiem, i nieskromnie przyznam, że dziewczyny nie mogły się rozstać i oczekują wiadomości z dalszej tułaczki. Niestety spóźniamy się na autobus do Stambułu i czekamy w nudnym Burgas do 22:30. Na dworcu jemy smaczne pieczywo popijając je jogurtem. Niestety nie ma już dla nas nic do zwiedzania więc czas dłuży się niemiłosiernie. W końcu wyruszamy prawie punktualnie i od razu próbujemy zasnąć. Kiedy nareszcie się to udaje musimy przejść przez punkt graniczny i opłacić wizę w wysokości 15 euro.

1.8.

O 7:00 wjechaliśmy do Stambułu, a dopiero o 9:30 byliśmy na dworcu; nie wiemy co i jak, ale z pomocą życzliwych ludzi już wiemy gdzie mamy iść. Korzystamy z metra, które przypomina bardziej nasze tramwaje. Płaci się 1,5 lira za żeton, który po wrzuceniu do specjalnej maszyny otwiera barierki na przystanek. Strażnicy na dworcu byli bardzo zaskoczeni kiedy na pytanie „gdzie jedziecie” odpowiadaliśmy ze spokojem – Van. Bilet kolejowy do tego miasta wyniósł ok. 145 zł, cena uwzględnia osobną kabinę dla dwóch osób, łóżka, pościel oraz kranik z wodą. Pokonamy ponad 1500 km i będziemy jechać 40 godzin, pokonując miejscowości Stambuł Haydar-Pasa (dworzec kolejowy w części azjatyckiej), Geibze, Izmir, Adapazar, Bilecik, Eskisehir, Ankara, Kirikkale, Kayseri, Sivas, Malatya, Elazig, Mus, Tatvan. Mamy szczęście, że przybyliśmy tutaj właśnie dziś, gdyż pociąg do Tatvan wyrusza ze Stambuły tylko dwa razy w ciągu tygodnia.

Oddajemy bagaż do skrytki i idziemy zwiedzać. Hagia Sophia – remont w środku świątyni trochę burzy nastrój, jednak sama budowla i ornamenty są imponujące. Niestety wstęp kosztuje 20 lir. Naprzeciwko Błękitny Meczet, przychodzimy o 13:00, jednak ze względu na rozpoczynającą się modlitwę nie możemy wejść do środka. Podejście drugie, udane. W budowli widać boskie tchnienie, zachwycające zdobienia i misterna konstrukcja wznoszą się nad nędznymi żywotami śmiertelników. E.-E. Schmitt nie mylił się pisząc, że obiekt sakralny można poznać po jego zapachu – cerkiew pachnie świecami, kościół kadzidłem, a meczet człowiekiem. Można poczuć się tu jak w domu – dywan na podłodze, bawiące się dzieci, ludzie chodzący boso, biblioteczka z świętymi księgami, przyjemny chłód i spokój sprzyjający refleksji. W kościele panuje zwykle nastrój grozy, winy i zimna, w meczecie wręcz odwrotnie. Nawet muzułmanin, który zwrócił mi uwagę, żebym nie kładł butów na podłodze, mimo że były w torbie, zrobił to z uśmiechem i przyjął to z uśmiechem. Jakże często krzywdzące są nasze europejskie stereotypy…

Następnie udajemy się do Yerebatan Sarayi – bizantyjskiej Zatopionej Cysterny. Niegdyś służyła do zapobiegania niedoborom wody w mieście, dziś pozwala przeżyć prawdziwe misterium. Wchodząc do niej odczuwa się zimno, a niewiadoma tego, co kryje się za kolejną kolumną pobudza zakamarki wyobraźni. Połączenie płaczących dźwięków opadających kropel wody, muzyki i echa szeptów ludzi różnych ras nadają temu miejscu miano mistycznego. Przechodzimy przez labirynt kolumn w poszukiwaniu zatopionej meduzy – rzeźby głowy kobiety o wężowych włosach. Ścieżkę do wyjścia wskazują przygaszone żarówki.

Kolejną atrakcję stanowi Topkai Sarayi – siedziba osmańskich władców. Również w ten sposób poznajemy uroki miasta – chodzimy wąskimi uliczkami, wstępujemy do cukierni na turkish delight, smakujemy jabłkowej sziszy i herbaty z maleńkich szklanek. Zrelaksowany i przejęty, dałem się namówić na czyszczenie butów u profesjonalisty w tejże dziedzinie. Za tę niecodzienną usługę płacę 5,5 lira, a i tak zszedłem z 20.

Idziemy w stronę portu, do którego prowadzą drogowskazy krzyczących nawoływaczy, zapachu ryb i budek z kebabem. Za przepłynięcie przez Bosfor płacimy zaledwie 1,5 lira, najtańszy bilet jaki zapłaciłem za dotarcie na inny kontynent, a wrażenia niezapomniane – pływać po wodach, o które przez stulecia toczone były wojny, wodach tak niespokojnych jak jego dzieje. Schodząc z promu wchodzi się jednocześnie na schody zabytkowego dworca. Poczułem się jak bohater „W 80 dni dokoła świata”, mój Orient Express czeka już na peronie, a świadomość tego, że jest się już w Azji i że za chwilę rozpocznie się podróż w jej głąb zamienia nogi w watę.

Na dworcu czekamy dwie godziny w międzyczasie jedząc kebab. Trzeba dojechać aż do Turcji, żeby przekonać się, że najlepszy kebab jest u nas. W końcu wsiadamy do naszej kuszetki o wymiarach dwa na dwa metry, z małym zlewem i rozkładanymi łóżkami. Po przygotowaniu naszego bufetu z tradycyjnymi tureckimi przekąskami zrobiło się naprawdę sympatycznie. Konduktor przyniósł świeżą pościel i ręczniki. W takich warunkach mogę jechać nawet i 40 godzin. W tym małym zlewie udało mi się nawet umyć głowę. W celach medycznych raczymy się colą z wódką, a po chwili padamy z nóg.

2-3.8.

Budzimy się dopiero o 9:00, pociąg stoi na stacji w Ankarze, cóż za powolna ciuchcia. Śniadanie – bułka z czekoladą. Mijamy ciągnący się wzdłuż torów ogromny poligon wojskowy.

18:00, Kayseri. Stajemy na chwilę dzięki czemu mogę wyskoczyć na peron i zrobić szybkie zakupy. Ku mojemu zaskoczeniu sprzedawca mówił po niemiecku, więc bez problemu się zrozumieliśmy. Na kolację jemy mało świeży serek, wczorajszy chleb i obitego pomidora, brakowało tylko czaju. W ostatniej części wagonu znajduje się skromna toaleta, a w niej mały brodzik. Dwa dni bez kąpieli skłoniły mnie do jego użycia, napełniłem więc dwie butelki wodą i pod „prysznic”.

P: Dlaczego ludzie patrzą na nas jak na atrakcję turystyczną?

R: Przecież jesteśmy atrakcyjnymi turystami!

23:00, Sivas. Znajdujemy się prawie na 1300 metrach n.p.m., robi się coraz chłodniej, zbliżamy się powoli do wrót Kurdystanu. Rysy Gór Pontyjskich skąpane w delikatnym, tzreciokwadrowym blasku księżyca tworzą idealne tło dla przygód byronowskich bohaterów i ich wojaży w odległych krajach orientu.

7:30, Elazig. Mimo panującej wszechobecnie biedy, na dachu każdego domu znajduje się antena satelitarna i baterie słoneczne. Ludzie leniwie pracują na polach, nieraz podjadając suszące się w pełnym słońcu warzywa i owoce.

15:00, Mus. Im dalej na wschód tym biedniej. Domy zbudowane z cegły i pokryte słomą ledwo utrzymują pion. Dzieci radośnie machają rękami na widok jadącego pociągu, niektóre próbują dogonić go biegnąć bez zadyszki poprzez arbuzowe plantacje. Im dalej na wschód tym wolniej porusza się pociąg. Pozostało jeszcze sporo drogi do Tatvanu, a już mamy kilka godzin spóźnienia.

17:30, Tatvan. Jesteśmy na miejscu. Z dworca ruszamy w nieznane nam wcześniej miasto w poszukiwaniu transportu do Vanu. Na swej drodze spotykamy dwóch chłopców, którzy pytają o nasze imiona. Nie skrępowani konwenansami, proszą o pieniądze lub papierosy. Nie możemy im „pomóc”.

Dwudniowa podróż pociągiem była czymś wyjątkowym. Za oknem wyświetlało się slajdowisko najpiękniejszych pejzaży natury. Trudno opisać ten nietypowy pokaz zwykłemu śmiertelnikowi. Choć smukłe topole chciały przeszkodzić widzowi, to mógł on dostrzec jak do nieba przedzierają się górskie szczyty i jak na piaszczystych polach rozciągających się pasmami, ludzie oddają część swojego istnienia. Podziwiając skaliste masywy i odczuwając surowość klimatu, człowiek nabiera nowego szacunku dla natury. Będąc jedynie pascalowską trzciną, marną i nietrwałą, warto dać wyraz myślenia i uniżyć się przed nią.

Dotarliśmy w końcu do centrum miasta, w którym byliśmy chyba jedynymi podróżnikami. Po zapytaniu jednego z mieszkańców o drogę do Van, kazał nam wsiąść do jego auta i zawiózł nas do siedziby lokalnego przewoźnika. Kupiliśmy bilety autobusowe za 10 lir i już niebawem mieliśmy ruszyć dalej na wschód. Okazało się, że autobus nie miał dla nas miejsc, dlatego też trzygodzinną podróż spędziliśmy grzecznie na schodkach. Na plecach dało się odczuć wzrok ciekawskich, i choć nie znam tureckiego wiedziałem, że rozmawiają o nas. Podczas postoju nikt się do nas nie odezwał ani słowem. Jedynie mała dziewczynka przez dziesięć minut zmagała się ze swoim wstydem by w końcu do mnie podejść i nieśmiało zapytać skąd pochodzę. Pewnie liczyła na inną odpowiedź.

21:00, Van. Znaleźliśmy się w końcu na dworcu. Ludzie z naszego autobusu szybko się rozeszli pozostawiając halę przyjazdów prawie całkowicie pustą. Miejsce to wydawało się być idealnym na nocleg. Rzecz jasna, że przed snem należy coś zjeść, dlatego też w tym celu przeszliśmy na drugą stronę ulicy do straganu z warzywami i owocami. Kupiliśmy lokalny kawon, który szybko wpisaliśmy do stałego menu. Przeszliśmy powrotem na dworzec, zajęliśmy dogodną ławkę i próbujemy zasnąć. Ja zasypiam od razu, kolega natomiast pilnuje bagażu. O 4:00 budzi mnie nawoływanie muezina do porannej modlitwy. Nie byliśmy jedynymi koczownikami na dworcu, ławkę obok okupuje starszy pan, bynajmniej nie oczekujący na autobus. Policjanci patrolujący okolicę nie zwracają na niego, ani na nas większej uwagi.

4.8.

Od samego rana próbujemy znaleźć postój dolmuszy, ale niełatwo znaleźć tutaj cokolwiek. Jeden starszy pan, którego spytaliśmy o drogę, widząc naszą dezorientacje w terenie zawiózł nas do upragnionego postoju. Już o 7:30 wyruszyliśmy do Dogubayazit płacąc za bilet 15 lir. Przez trzy godziny jedziemy krętymi, górskimi drogami omijając skromne domki i wypasające się owce. Przejeżdżamy przez wojskowy poligon i zatrzymujemy się na kontrolę. Dokumentów tożsamości wymagają tylko od miejscowych. O ile wierzyć tabliczce informacyjnej, znajdujemy się na wysokości 2600 m n.p.m.

W Dogubayazit ludzie spoglądają na nas z wielkim zainteresowaniem i pytają o imiona. Wychodzimy za miasto i czekamy aż chmury odsłonią szczyt Araratu, góry na której ma znajdować się Arka Noego. Kłębiasty puch nawet na chwile nie daje za wygraną, przez co nie możemy w pełnej krasie podziwiać legendarnej góry. Mimo to widok jest wart zachodu.

Kolejny poligon turecki. Turcy chyba obawiają się żywiołu kurdyjskiego więc demonstrują swoją siłę by zastraszyć ten naród bez ziemi.

By zobaczyć pałac Ishak Pasha Sarayi należy pokonać odległość 7 km pod górę w dodatku w palącym słońcu. Dlatego też wolimy wziąć tanią taksówkę. Sam pałac nie jest imponujący, tak naprawdę to ruiny w trakcie remontu, a 366 komnat to po prostu puste cele. Trzeba jednak przyznać, iż sprawia wrażenie jakby unosił się w powietrzu, dookoła góry, na dole stroma skarpa. Nieopodal znajdują się dwa meczety wyglądające jakby nikt już do nich nie przychodził. Z powrotem decydujemy się iść pieszo, prosząc jakieś bóstwo o zesłanie dobrego samarytanina z autem. Takowych było kilku, jednak żaden nie chce nas zawieść do miasta za darmo. Mając 15 kg na plecach decydujemy się na taksówkę.

Wracamy po południu, trochę rozczarowani, liczyliśmy na większe wrażenia, ale nie żałujemy. Zawsze można powiedzieć, że było się w najdalszym zakątku Turcji, nieopodal granicy z Iranem.

Skromne zakupy w miejscowym sklepie i oczywiście kawon. Na próbę piwo Efez (OK). Znów śpimy na dworcu czekając na poranny autobus do Nevsehir (70 lir). Sprzedawcy biletów częstują nas colą i sokiem, a ja mam nadzieję, że niczego do nich nie dosypali.

5.8.

Dzisiaj spałem już tak mocno, ze nawet nie usłyszałem głosu z minaretu. Nie mogę jednak powiedzieć, że się wyspałem bo tuż po wschodzie słońca wyruszyliśmy nad jezioro Van. Przeszliśmy około 7 km, ale wysiłek się opłacił. Widok czystej tafli wody otoczonej białymi skałami od razu wywołał uśmiech na zmęczonych twarzach. Sam musiałem sprawdzić czy jezioro jest rzeczywiście słone. Zaryzykowałem i ze stuprocentową pewnością mogę potwierdzić, że tak. Nie zdecydowaliśmy się na powrót na piechotę więc płacimy kilka kuruszy za dolmusz. O 11:00 wsiadamy do autobusu i opuszczamy Van. Jadąc brzegiem jeziora można podziwiać jego ogrom i odbicie nieba przeglądającego się w jego tafli. W pewnym momencie z wody wyłoniła się niewielka wyspa, na której wznosił się ormiański kościół. Kurdystan zachwyca swymi dziewiczymi krajobrazami, jakby odsuwał od siebie nieubłagalne widmo cywilizacji.

W autobusie pierwszy raz od ponad tygodnia piję kawę, to mój nowy rekordy i sam się dziwię, że udało mi się bez niej przeżyć. W trakcie postoju z ciekawości poszliśmy zobaczyć co serwują w tamtejszej jadłodajni. Oczywiście nie podano cen, więc nie wiedzieliśmy na co możemy sobie pozwolić. Zdecydowaliśmy się wziąć tylko jedną porcję gulaszu z kurczakiem, dorzucono nam jeszcze do zestawu pieczywo, ryż i jogurt. Kazali nam się nie przejmować i wziąć jeszcze jeden zestaw, co też uczyniliśmy. Okazało się, że podliczyli wszystko na ponad 26 lir! Zaczęliśmy udawać, że mamy tylko 10 lir i nie stać nas na drugi posiłek, dlatego odebrali nam jedną tackę. Nie trzeba być geniuszem żeby stwierdzić, że chcieli na nas konkretnie zarobić. Zaczęliśmy łapczywie zjadać pierwszy do tygodnia ciepły posiłek, wyrywając sobie na zmianę co większy kawałek mięsa. Sprzedawców musiało to ująć bo przynieśli nam po chwili drugą porcję. Nie mniej jednak czuliśmy się trochę głupio, podziękowaliśmy tylko i jak najszybciej uciekliśmy z restauracji.

6.8.

O 4:00 nad ranem dojeżdżamy na miejsce, idziemy prosto do toalety by się umyć. Butelka po wodzie służy jako polowy prysznic. Czuję ulgę, gdyż to pierwsze mycie od czasu pociągu do Vanu. Siedzimy w poczekalni na dworcu jedząc śniadanie i planując dalszą wycieczkę po Kapadocji. Nagle Allach zsyła nam Turka z informacji turystycznej, dla odmiany, mówiącego po angielsku i japońsku. Zaprasza nas uprzejmie do swojego biura (zwykłej, małej kanciapy) i proponuje jednodniową wycieczkę zawierającą wszystkie miejsca, które chcieliśmy zobaczyć w Kapadocji. Koszt 60 lir, a w cenie transport, przewodnik, bilety wstępów i przede wszystkim obiad.

Wyjeżdżamy dolmuszem w kierunku Goreme. Pierwsze widoki wprawiają nas w osłupienie. Kapadocja zdaje się być nierealną, baśniową krainą. Pragniesz zawiesić na wieki wzrok na jednym z przyrodniczych eksponatów, bo boisz się, że gdy odwrócisz wzrok na ułamek sekundy czar pryśnie. Zdjęcia nie oddają prawdziwego uroku tego miejsca, tym bardziej ja nie jestem godzien go opisywać. Upragniony obiad – szwedzki stół z tradycyjnymi tureckimi potrawami – kebab, bakłażan, makaron w jogurcie, a na deser owoce, chałwa i moje ulubione turkish delight. Pouczająca wizyta w wytwórni ceramiki, w której już od czterech pokoleń przetwarza się glinę w ozdobne naczynia. Tak jak wiele lat temu, glinę wydobywa się z Czerwonej Rzeki – najdłuższej rzeki w Turcji, choć wypływa niedaleko Morza Czarnego to do niego również wpada. Zostajemy namawiani na wycieczkę jutro, jednak pomimo wielkich chęci, perspektywa wydania kolejnych 60 lir nie pozwala nam w niej uczestniczyć. Za to pozwalamy sobie na nocleg w iście pierwotnych warunkach, których nie powstydziliby się ludzie kamienia. Pokój nieziemski, wykuty w skale, aż trudno uwierzyć, że ludzie nadal tak mieszkają. Wieczorem tak zwany lans po mieście. Z moich ust pada wiele przekleństw, które bynajmniej nie świadczą o złości, a raczej o niemożności wyrażenia zachwytu w inny sposób. Nie mogę znaleźć mocniejszych słów na opisanie tego co widzę. Pełnia księżyca rozświetla miasto wyrzeźbione w skałach, tworząc scenerię wręcz z innej planety. Już teraz żałuję, że kupiliśmy bilety w dalszą podróż. Absolutnie wyczerpani kładziemy się spać.

7.8.

Pobudka o 7:00, poranna toaleta i śniadanie w błyskawicznym tempie, biegiem na dworzec. Niepotrzebny pośpiech bo oczywiście autobus do Mersin został opóźniony o co najmniej piętnaście minut. Wyczekujemy kawy podziwiając Stary Newsehir.

Dojeżdżamy na miejsce, od razu można poczuć wyższą temperaturę i wilgotność powietrza. Łapiemy bus do Silifke za 10 lir, ostatecznie płacimy o lirę mniej bo kierowca wysadził nas w innej miejscowości. Musimy zatem wziąć kolejny bus. Niebawem jesteśmy już na miejscu. Nie ma tu nic specjalnego, typowa baza wypadowa na Cypr. Kupujemy ilet na jutro, który kosztuje 70 lir, a więc znacznie więcej niż się spodziewaliśmy. Wypływamy w samo południe. Chyba jest to dzień kryzysu, gdyż już nie mamy połowy pieniędzy, a na dodatek nie możemy znaleźć miejsca na rozbicie namiotu. Jedząc kebab spostrzegliśmy defiladę. Okazuje się, że przez kolejne trzy dni odbywać się tu będzie lokalny festyn.

Ostatecznie rozkładamy namiot na plaży pośród kłujących krzaków. Po chwili robi się w nim niezwykle gorąco, a sen osłabia poczucie, że ktoś zaraz może nas przegonić.

8.8.

Pewnie dlatego wstałem już o świcie słońca. Pozostaje mi spacer po plaży i odliczanie minut do opuszczenia miasteczka. Tuż po 10:00 idziemy do portu. Straż graniczna zachowuje pozory odprawy i nie przejmując się zbytnio podróżnymi. Jednak przechodząc przez bramki, celnicy spostrzegli polskie paszporty. Sprawiają wrażenie trochę zdziwionych tym faktem, ale reagują z sympatią, wbijają pieczątki, a my jesteśmy gotowi na statek do Girne. Oczywiście statek jest spóźniony, a przez cały dwugodzinny rejs połowa pasażerów wymiotuje. Jeszcze nigdy nie widziałem takiego widoku.

Miasteczko, do którego dobijamy, nastawione jest na zagranicznych turystów sądząc po cenach. Nie można mu odmówić portowego uroku, jednak nie wiele jest tu do zobaczenia, fort, kilka kościołów i meczetów. Z obserwacji cmentarnych nagrobków można dowiedzieć się dosyć sporo o historii miasta i jego mieszkańców. Płyty z greckimi nazwiskami zostały zdewastowane, z tureckimi stoją nienaruszone, znajduje się tu też stosunkowo dużo nagrobków z angielskimi nazwiskami – historia Cypru Północnego odzwierciedla się zatem również w takich miejscach. Już na pierwszy rzut oka można dostrzec brytyjskie wpływy na wyspie – ruch lewostronny, angielskie wtyczki, a w sklepach mnóstwo produktów z UK. Chodzimy dosyć długo w poszukiwaniu piaszczystej plaży, na której moglibyśmy rozbić namiot, ale takowej nie znajdujemy. Musimy kupić coś do jedzenia, tym razem padło na pożywną fasolkę z puszki. Idąc ścieżką nad samym morzem, dotarliśmy na jej koniec. Pod sygnalizatorem wjazdu do portu postanowiliśmy urządzić naszą bazę noclegową. Myśleliśmy początkowo, że jest to idealne miejsce, gdyż kto oprócz nas będzie tu chodził w całkowitej ciemności. Po chwili okazało się jednak, iż miejsce to upodobała sobie lokalna młodzież. Co chwilę przychodzili tutaj żeby się czegoś napić, albo zapalić i choć odstraszał ich nasz widok, przez całą noc musieliśmy się pilnować. Kryzysu dzień drugi. Ledwie zasnęliśmy, a tu nagle obudził nas blask sztucznych ogni. Koniec końców muszę przyznać, że nigdy nie wyobrażałem sobie czegoś podobnego – noc pod gołym niebem rozświetlona fontanną kolorowego żaru, krople słonej wody spadającej na twarz prosto z morza, a w tle monumentalne mury fortu.

9.8.

Budzimy się niewyspani w otoczeniu zaciekawionych niecodziennym widokiem wędkarzy. Standardowo śniadanie jemy na ławce na promenadzie. Udajemy się niebawem do informacji turystycznej by do wiedzieć się gdzie są ładne, piaszczyste plaże (na których moglibyśmy przenocować), a po drugie jak dojechać do Nikozji. Okazało się, ze piaszczyste plaże zajmują żółwie, które tam się wylęgają. Udaliśmy się zatem do rezerwatu Alagadi i nie znaleźliśmy ani żółwi, ani miejsca do spania ze względu na zakaz rozbijania namiotów.

Po powrocie wyruszyliśmy do oddalonej o 25 km od Girne stolicy Cypru. Miasto wydawało się być mocno zaniedbane, pozbawione cenniejszych zabytków i opustoszałe. To ostatnie może tłumaczyć duży upał, gdyż kiedy my gubiliśmy się w plątaninie ulic, miejscowi uciekali do swych chłodnych kryjówek. W mieście otoczonym starożytnym weneckim murem można odczuć typową śródziemnomorską atmosferę. Pomimo wysokiej temperatury i zmęczenia ciągłym noszeniem plecaków, zatrzymaliśmy się trochę dłużej przed urzekającym Ledra Palace oraz ruinami ormiańskiego kościoła.

Pomijając złożoność problemu związanego z podziałem wyspy i patowej sytuacji, to niesamowite, że przez jedno miasto przebiega skrupulatnie pilnowana granica. Po jednej stronie powiewają flagi Cypru Północnego oraz Turcji, natomiast po drugiej stronie można dostrzec flagi Cypru i Grecji.

Po dwugodzinnym zwiedzaniu stolicy wracamy do Girne. Błąkamy się po mieście w poszukiwaniu fasolki w puszce. Jesteśmy mocno rozdrażnieni przez upał, głód, zmęczenie i wzajemne towarzystwo. Kryzysu dzień trzeci. Opuściliśmy port i maszerując ponad godzinę skręcamy w pierwszą lepszą polną ścieżkę z nadzieją znalezienia jakiegoś miejsca by rozbić namiot. I co znajdujemy, piękną miejscówkę nad niewielką skarpą z kamienistą plażą, nie plączą się tu ludzie, a do sklepu jest zaledwie kilka minut. Rozkładamy namiot w zacienionym przez wysoką trzcinę miejscu. Koło siódmej kładziemy się spać.

Przyznam się, że miałem już dzisiaj iść do hotelu, poczekać na prom i wrócić do domu. Na szczęście tak się nie stało.

10.8.

Wstajemy leniwie, opalamy się i kąpiemy, idziemy do sklepu, jemy melona, pijemy wino, czyli zachowujemy się jak typowi turyści, tylko że bez kasy.

11.8.

Mniej więcej to samo co wczoraj – fasolka, wino, morze, opalanie, wypad do sklepu. Zrywamy słodkie figi prosto z drzewa, łapiemy jaszczurki i z nudów palimy suche krzaki nad brzegiem.

Od kąpieli w morzu pośród ostrych skał mam pokaleczone stopy. Choć nie mogę w to uwierzyć, ale kolor mojej skóry zmienia się z czerwonego na lekko brązowy. Widać nie jestem albinosem jak dotychczas przypuszczałem.

Zastanawiam się z czym będzie kojarzył mi się Cypr. Chyba najbardziej z cykadami, które każdego wieczora po mistrzowsku grają koncerty i popisują się swym muzycznym kunsztem, z jaszczurkami przemykającymi między stopami i suchym, gorącym klimatem otoczonym surowymi górami.

12.8.

Wstajemy, składamy namiot i idziemy do miasta wysłać kartki. Na śniadanie orzeźwiające owoce kaktusa. Stawiamy się na odprawę graniczną w porcie, w czasie której okazuje się, że musimy zapłacić jeszcze po 5 lir za jakiś wyimaginowany podatek. Naprawdę, kasują za wszystko.

Podróż do Alanya przebiegła spokojnie i już o 14:30 byliśmy na miejscu. Kolejny turystyczny kurort. W upale przechodzimy przez miasto i kierujemy się w stronę drogi wylotowej do miejscowości Antalya. Zdecydowaliśmy się łapać stopa, choć początkowo szczerze wątpiłem, że ktokolwiek się zatrzyma. Ustaliliśmy, iż każdy z nas będzie stał przez pięć minut, po czym nastąpi zmiana. Kolega napisał na kawałku kartonu nazwę miejscowości, a ja usiadłem na krawędzi chodnika i ochoczo nim wymachiwałem. Nie zdążył mi nawet zrobić pamiątkowego zdjęcia bo już po 30 sekundach zatrzymało się auto. Byliśmy totalnie zaskoczeni, choć ja pewnie bardziej dumny niż zdziwiony. Panowie ciągle próbowali częstować nas papierosami, a na postoju kupili herbatę. Chwalili urodę polskich dziewczyn więc przez półtorej godziny jazdy mieliśmy wspólny temat. Podróż przebiegła szybko i w miłej atmosferze, jednak dla nas liczył się najbardziej fakt zaoszczędzenia jakichś 20 lir.

Aby dostać się na dworzec autobusowy powinniśmy wsiąść do busa, jednakże zdecydowaliśmy się iść na piechotę. Nie spodziewaliśmy się jednak piętnastokilometrowego marszu. Do dworca doprowadził nas sympatyczny Turek w naszym wieku, pewnie sami błądzilibyśmy jeszcze przez kilka godzin. Po drodze zaopatrzyliśmy się w pieczywo i krem czekoladowy. Jedząc kolację na ławce przy sklepie, słodką przekąską poczęstował się nawet sam sprzedawca.

13.8.

Po noclegu na dworcu, tuż o poranku łapiemy autobus do Fethiye. Po 11:00 jesteśmy już na miejscu, idziemy na obiad do lokalnej restauracji. Raczymy się specjałami tradycyjnej kuchni.

Chcąc dojechać do grobowca Amyntasa i innych skalnych grobowców, daliśmy się namówić na taksówkę. Atrakcja miała być oddalona o rzekomo 3 km pod górę, a przeforsowani wczorajszym dystansem byliśmy skłonni wydać nawet 10 lir. W rezultacie jechaliśmy może dwie minuty, nawet nie zdążyłem zjeść batona po drodze. Zwiedzanie zajęło nam kilkanaście minut.

Po powrocie do centrum złapaliśmy lokalnego dolmusza by dotrzeć do oddalonej o 20 km od Fethiye, ponoć najpiękniejszej plaży w całej Turcji. Trzeba przyznać, że widok wprawia w osłupienie – błękitna laguna otoczona górami. Niesamowitym doznaniem jest pływać w przezroczystej wodzie, stąpać po białym piasku i podziwiać burzę, która nie wiadomo kiedy okryła porośnięte makią szczyty.

Wróciliśmy na dworzec ok. 18:00 żeby dowiedzieć się ile kosztuje ewentualny transport do Selcuk. Jakiś pan zaoferował nam super promocję za 30 lir, więc po chwili namysłu i rozważenia opcji łapania autostopu, zdecydowaliśmy się na bus.

Na miejsce dotarliśmy po 23:00. Naganiacze na parkingu zarzucali nas propozycjami noclegu w hotelach. Trochę zdezorientowani i senni, postanowiliśmy zgodzić się na ofertę jednego z nich. Do ceny noclegu za 15 lir wliczone było również śniadanie i transport do ruin Efezu. Stwierdziłem, iż raz na tydzień można sobie pozwolić na spokojny, wygodny sen oraz kąpiel pod prysznicem a nie w meczecie.

14.8.

Wstaję o 7:30 obudzony przez właściciela, który pokazuje pokój innym osobom. Okazuje się, że muszą zapłacić 25 lir, więc nam się udało. Jemy syte śniadanie – omlet, warzywa, arbuz, pieczywo i co najważniejsze, kawa.

Jedziemy do ruin antycznego Efezu z dwiema Hiszpankami, które również przyznały, iż ceny w całej Turcji są wysokie i niestety nieadekwatne do jakości wykonywanych usług czy standardu. Turcy chcą chyba wykorzystać boom i wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy od turystów.

Za wstęp do starożytnego miasta trzeba zapłacić aż 20 lir. Nie uwzględniają nawet zniżek studenckich, jednak pominę tę kwestię bo miejsce to jest naprawdę urzekające. Ruiny starożytnych budowli wprawiają odwiedzających w niesamowity klimat antyku, otaczając z każdej strony historią wyrzeźbioną kunsztownie w jońskich kolumnach i sakralnych obiektach. Wszyscy czekają na moment ujrzenia biblioteki oraz masywnego amfiteatru. Stojąc na skene mogłem sobie tylko wyobrazić z jakim trudem i poświęceniem aktorzy zmagali się z tekstami Ajschylosa. Siedząc na widowni powtórnie odczuwałem echo ludzkiego katharsis. Szepty słyszane są wyraźnie, a krótkie myśli wyobraźnia przemienia w ich burzę. Zastanawiam się jaki jeszcze element skrytej przeszłości zdołają wydobyć archeolodzy.

Z hostelu zabieramy plecaki i idziemy w stronę autostrady do Denizli. Mamy przeczucie, że tym razem nie będzie nam tak łatwo złapać stopa jak poprzednio. No i nie myliłem się, czekaliśmy jakieś dwadzieścia sekund dłużej. Wsiadamy zatem do nowego fiata i choć nie nawiązujemy rozmowy z kierowcą, to podróż mija sympatycznie, a na miejsce docieramy o 17:00. Zaskoczeni tym, że wszystko idzie tak płynnie, od razu pojechaliśmy do Pamukkale. Po piętnastu minutach znaleźliśmy się już u zbocza wzgórza. Przedzieramy się przez tłum hotelowych naganiaczy, którzy chcą oddać nam pokój za okulary kolegi. Nie chcieliśmy przedłużać tu pobytu, jednak propozycja była interesująca, zwłaszcza że okulary kupił za mniej niż trzydzieści złotych. W ogóle Turcy mają jakąś manię na punkcie okularów przeciwsłonecznych. Za moje Ray Ban’y jeden sprzedawca był gotów oddać ćwierć bazaru, a pewien taksówkarz podwieźć nas gdzie chcemy. O ile oddałbym okulary z Decathlonu kolegi to do moich jestem zbyt przywiązany (i się nie opłaca). Wstęp na Pamukkale kosztuje 20 lir, ale nie ma co oszczędzać.

Od nieziemskiego cudu natury dzieliło nas już tylko kilka kroków. Miejsce to wydaje się być większe niż pokazują je zdjęcia w przewodniku. Jak wygląda? Góra oblana lukrową polewą, otoczoną wstęgą błękitnej wody. To niesamowite, że tylko w tym jednym miejscu na świecie wypływa źródło, którego woda zawiera tyle wapna, iż może formować fenomenalne tarasy czy kalafiorowe rzeźby unoszące się nad urwiskiem. W mulistych brodzikach można zamoczyć nogi i wziąć nawet leczniczą kąpiel. Mimo wysokiej temperatury, ma się wrażenie spaceru po lodowych komnatach w polarnej krainie. Już Rzymianie docenili lecznicze właściwości tych wód, wznosząc uzdrowisko Hierapolis, po którym dziś zostały już tylko ruiny. Na szczycie wzgórza wszyscy obserwują jak karminowa tarcza zatapia się w błękitnej tafli.

Wracamy do miasta i szukamy transportu do Stambułu. Okazuje się, że w żadnym z autobusów nie ma już miejsc. W Turcji to nie problem. Dajemy kierowcy opłatę manipulacyjną i możemy jechać na schodach pojazdu.

15.8.

W Stambule jesteśmy już ok. 9:00 i od razu kupujemy bilet do Burgas na wieczór. Przez cały dzień spacerujemy po mieście, kolejny raz odwiedzamy Błękitny Meczet, idziemy na bazar, kupujemy lokalne jedzenie.

Wyjazd z Turcji nie kończy jednak naszej podróży. Informujemy nasze znajome z Sunny Beach, że wpadniemy do nich nad ranem.

16.8.

O 4:30 dotarliśmy do Bułgarii, dziewczyny wracały właśnie z Disco Orange. Miłe powitanie. Odsypiamy.

Plaża do 19:00 i kolacja w taniej, lokalnej restauracji. Okazało się, że nie tylko posiłki kosztują niewiele, ale także tequila. Skuszeni ceną 1,2 zł za kieliszek, nie kończymy na jednym.

17-19.8.

Plaża i wieczorne rozmowy przy bułgarskim winie. Piasek szybko przesypuje się przez palce dając znak o końcu wędrówki. Jedynie wspomnienia, jak pojedyncze ziarna, pozostają na dłoni przypominając o przygodach, które wcześniej wydawały się być nierealne.

20.8.

To już ostatni poranek z naszymi wakacyjnymi koleżankami, które wracają do Polski. Szybko się pakujemy i żegnamy.

Próbujemy złapać stopa do Warny, ale po godzinie stania na ruchliwej ulicy odpuszczamy. Do Warny jedziemy autobusem, a stamtąd pociągiem pod granicę, gdyż wydaje nam się, że tam złapiemy coś do Rumunii. Pociąg kursuje, jednak trzeba zapłacić aż 13 euro z przygranicznego Ruse do Bukaresztu. Taksówkarze zaczepiają nas i proponują 100 lv za tę samą trasę. Totalnie skołowani i zmęczeni wybieramy odjeżdżający o 3:00 pociąg. Okazuje się jednak, że kasa międzynarodowa jest nieczynna i nie możemy kupić biletu. Wszystko nam jedno. Wsiadamy do pociągu bez niego i nie zważamy na konsekwencje przejazdu przez granicę na gapę. Stała się rzecz niebywała. Pan konduktor, jak gdyby nigdy nic, zaproponował  nam układ polegający na płatności 5 euro od osoby, przez co zyskalibyśmy swoisty immunitet. Dla mnie nie ma problemu.

21.8.

O 7:00 jesteśmy w Bukareszcie. Na pierwszy rzut oka miasto wygląda fatalnie, przepędza pegaza natchnienia. Niebawem spotkamy się z koleżanką P., którą poznał rok temu w Egipcie. Dowiadujemy się, że bilet kolejowy do Krakowa kosztuje aż 380 zł, więc bardziej opłaca się chyba podróżować samolotem. Mała pomoc finansowa z kraju pozwoliła nam do niego wrócić.

Cristina okazuje się być bardzo miła i pokazuje nam największe atrakcje miasta, których z resztą nie ma zbyt wiele. Wrażenie wywiera na nas jednak Pałac Parlamentu i nowoczesne metro. Zobaczyliśmy jeszcze uniwersytet, operę, kilka cerkwi. Kilka godzin spędziliśmy rozmawiając na wszelkie tematy.

20 minut autobusem od centrum znajduje się dom Cristiny, niby niedaleko, a życie wygląda tu całkiem inaczej, zaniedbane domy, zaśmiecone ulice i podejrzani ludzie. Zostaliśmy zaproszeni na mały obiad do restauracji i pokaz ludowych tańców i muzyki zespołu, w którym występuje nasza znajoma. Jemy zupę i tradycyjny deser przypominający nasze oponki – „papanasi”. Jesteśmy pod wrażeniem występu i smaku deseru. Po wieczorze w mieście wracamy do jej domu.

Przepis na papanasi od mamy Cristiny:

– 500 g białego, słodkiego sera
– 250 g mąki
– 6 łyżek cukru
– 3 jaja
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia
– 2 torebki cukru wanilinowego i odrobina soku z cytryny

Wszystko razem wymieszać, uformować i na chwilę odłożyć. Smażyć kilka minut w głębokim oleju, podobnie jak pączki. Co najlepsze, przed podaniem polać śmietaną i dżemem.

22.8.

Rano jej szwagier odwozi nas na dworzec, kupują nam kawę i przekąski na drogę. Choć krótka, była to bardzo miła wizyta w Bukareszcie.

Podziwiając widoki górzystej Transylwanii zmieniam dotychczasowy stereotyp Rumunii. Choć ludzie żyją tutaj skromnie, to nie w rozsypujących się lepiankach. Większość domów pokryta została dachówką tworząc jednolitą połać. Na polach często dostrzegamy zaprzęgnięte konie. Warto odwiedzić ten kraj jeszcze raz i odkryć nieoczywiste uroki natury.

W pociągu rozmawiamy z dwiema Hiszpankami podróżującymi dookoła Europy oraz Finkę. Czas w miłym towarzystwie szybko upłyną. Kraków wita deszczem.

 

To już koniec mojego dziennika, wielu rzeczy nie mogłem opisać, czasami o pewnych zapomniałem, ale na pewno każdy moment przeżyłem.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: