wietnam

Prolog: Jak rzucić wszystko i wyjechać do Azji

Dzień 1. i 2.

Nie jestem pewien co dzieje się wokół mnie. Trafiłem do gęstwiny ulicznego chaosu i przeraźliwego dźwięku klaksonów wszelkiego rodzaju jednośladów i samochodów. Unik. Unik. Chyba w końcu znalazłem się w Hanoi. Przez kilka ostatnich tygodni pogrążyłem się w dziwnym limbo ograniczonym czterema ścianami i czarnym lustrem, które odbija uproszczony obraz świata. Uruchamiam wewnętrzny tryb „podróżowania” by wypuszczony na wolność móc odnaleźć się w rzeczywistości. Odsypiam zarwaną noc z nadzieją, że łagodnie wejdę w wietnamski czas. Szukam punktów odniesienia, miejsc w których mógłbym coś zjeść, sensu ulicznego ruchu i znaczenia tonowych dźwięków.

Ku mojemu zaskoczeniu jednym z pierwszych miejsc, w którym postawiłem stopę była katedra św. Józefa. Ponura od smogu fasada imituje sakralne budowle Paryża. Na wysokość kilkunastu metrów przypomina o dawnej obecności Europejczyków w tym regionie. Im dalej od francuskiej dzielnicy, obraz staje się bliższy współczesności. Mam problem z odnalezieniem odpowiednich kadrów do zdjęć. Na oparach snu poruszam się bezwolnie trafiając w końcu nad jezioro Hoan Kiem i do świątyni Ngoc Son. To pierwszy stereotypowy obraz jaki widzę. Tym razem architektura przypomina o obecności Chińczyków. Nie spieszę się nigdzie i pozwalam sobie błądzić.

Most Long Bien. Ulica Hang Bac. Dom historyczny 87 – Ngoi Nha Di San. Targowisko Dong Xuan. Muzeum podpisania przez Ho Chi Minh’a deklaracji niepodległości.

 

Dzień 3.

Od samego momentu wpłynięcia do Zatoki Ha Long wiem, że spotkam się z czymś niezwykłym. Nad powierzchnią wody po sam horyzont unoszą się niezliczone ilości fantazyjnych, wysokich wysp. Szarość skał przykrywa nierównomiernie zieleń roślinności próbującej przetrwać w trudnych warunkach. Każdy przebyty metr odsłania inną perspektywę nieoczywistego krajobrazu. W powietrzu już czuć zapach zbliżającej się tropikalnej ulewy. Kłębiaste chmury wykonują dynamiczny taniec tuż nad falującą wodą. Deszcz spada w końcu gwałtownie. Przede mną nie wyłania się krajobraz z pocztówek, czy katalogów biur podróży – niebo wcale nie jest błękitne, a woda turkusowa i przejrzysta. Nie mniej każda minuta spędzona w Zatoce pozwala się cieszyć chwilą, zwłaszcza, że nareszcie przestaje padać.

Być może powinienem zostawić sobie to miejsce na koniec mojego pobytu w Wietnamie i pozwolić, aby apetyt na nie rósł z czasem? Nie ma sensu się nad tym teraz zastanawiać i skupić na eksploracji wapiennej wyspy od środka w Jaskini Niespodzianek. Wszystko dzieje się tak szybko. Statek przypływa do ostatniej przystani. Mam w końcu szansę, aby przekonać się jak wygląda Zatoka po wyjściu na sam szczyt skalnej konstrukcji. W biegu chcę pokonać schody, potykając się często o własne nogi. Odkrywam zupełnie nowy wymiar piękna wytężając wzrok, aby bez pomocy lornetki móc dostrzec najdalsze zakątki tej części morza. Czy ktoś kiedykolwiek doliczył się wszystkich wysp? Kurtyna deszczu zbliża się w moim kierunku przysłaniając kolejne pasma krajobrazu. Dni jak ten pamięta się przez całe życie.

 

Dzień 4.

Pełni świadomy wyruszyłem odkrywać Hanoi – ulica po ulicy, świątynia po świątyni. Uważnie stawiam kroki, bo chodniki nie są przeznaczone dla pieszych. To przestrzeń dla rozwoju niewielkich biznesów. Tutaj znajduje się parking dla skuterów, tam kobiety smażą bananowe naleśniki, kilka kroków dalej można kupić papierosy na sztuki, przed skrzyżowaniem zjemy mięsne szaszłyki za kilkaset dongów, a tuż za nim napijemy się soku z trzciny cukrowej. W wąskich uliczkach pomiędzy budynkami działają kawiarnie i punkty masażu. Nie ma sensu w wynajmowaniu pomieszczenia, ulice należą do wszystkich.

Kolejne miejsca zbliżają mnie do wietnamskiej kultury. Zaczynam dostrzegać detale i przypominać sobie historię poznaną przed laty. W porośniętej roślinnością Świątyni Literatury odcinam się od zgiełku miasta będąc w jego centrum. Nad Jeziorem Zachodnim pozwalam sobie zostać trochę dłużej. Wyłaniający się przede mną obraz ukazuje urbanistyczny kontrast. Nad nieremontowanymi od dawna wąskimi kamienicami, pokrytymi starą dachówka, a najczęściej kawałkami blachy, wzbijają się wysokie budowle dając świadectwo nowoczesności i rozwoju. Przeszłość i teraźniejszość nie znalazły porozumienia. Odwracam zatem wzrok w drugą stronę. Pośród palm i kolorowych krzewów, tuż nad powierzchnią wody unosi się Pagoda Tran Quoc. Zapach kadzideł oraz dziękczynnych kwiatów jednych może wabić, a drugich odstraszać. Choć zwiedzanie kompleksu nie trwa długo, znajduję sobie ciche miejsce, by wraz z zachodzącym słońcem móc obserwować zmieniające się barwy fasady. Od tak, nagle wyspa rozjaśnia. Tworzy swoją wierną kopię w lustrze zasypiającego jeziora. Kolejny z pierwszych intensywnych dni minął.

Świątynia Literatury. Malzoleum Ho Chi Minha. Pagoda jednej kolumny. Jezioro Zachodnie. Pagoda Tran Quoc.

 

Dzień 5.

Gdy wstaję rano i widzę zachmurzone niebo, zmuszam się do myślenia, iż wkrótce wyjdzie słońce i nie spadnie ani jedna kropla deszczu. Zależało mi na tym szczególnie dzisiaj, wiedząc że nie będę mieć alternatywy, aby dłużej posiedzieć w świątyni albo przez kilka kwadransów popijać kawę w przytulnym lokalu. W drodze do Ninh Binh rozglądałem się za zwiastunami zmiany przygnębionej aury. Tym razem się udało, choć niebo pozostało jeszcze przez chwilę w moim ulubionym kolorze.

Autobus zamieniam na łódkę, której wiosła w ruch wprawiają nie dłonie, a sprawne stopy starszej Wietnamki. Nawet nie wiem, kiedy minęła prawie godzinna podróż prowadząca przez wapienne groty i wzniesienia. Miniatura Zatoki Ha Long na lądzie – takie określenie chyba pasuje do opisu tego miejsca. Kolejny raz przekonałem się, że aby dosadnie pojąć piękno, którym się otaczam muszę zobaczyć je z innej perspektywy. Choć pokonanie pięciuset schodów nie jest żadnym wyczynem, pozwala na dostrzeżenie zupełnie innego świata. Wielkie skały rozrzucone pośród zielonych ryżowych pól ciągnących się w nieskończoność są kolejnym argumentem utwierdzającym mnie w przekonaniu, że jestem we właściwym miejscu. Tak miało po prostu być. Po drugiej stronie roztacza się zupełnie inny widok – rzeka powoli opływa skały spokojnie wkraczając w głąb równiny. Ziemia paruje zamieniając niby zwyczajną dla wielu okolicę w tajemniczą, magiczną krainę. Nawet po zejściu na dół, urok wcale nie przestaje działać.

Pozostałości dawnej wietnamskiej stolicy w Hoa Lu. Tam Coc. Mua Cave.

 

Dzień 6-9.

Kościelne dzwony dały znak, że muszę ruszać dalej, tym razem na północ, w okolice górskiego Sa Pa. Dotychczas jeszcze nigdy nie jechałem autobusem z miejscami do spania. Sześć godzin bez problemu można przetrwać na siedząco, jednak taka opcja jest dużo bardziej komfortowa. W niewielkiej przestrzeni autokaru aż w trzech rzędach ustawione są piętrowe łóżka, które pozwalają wygodnie się rozsiąść i cieszyć z widoków za szybą. Droga malowniczo przecina zielone wzgórza i liczne plantacje biegnąc wzdłuż Rzeki Czerwonej. Miało być to tylko preludium do widoków czekających pod stromym dachem Wietnamu. Są to obrazy, które wydawały się tak odległe, że aż prawie nieosiągalne jeszcze kilkanaście lat temu. A jednak, jestem tutaj.

Przyjeżdżając tuż po zmroku nawet nie wiem czego mogę się spodziewać. Kręta droga wydaje się prowadzić donikąd, a taksówkarz wysadza mnie tuż przed kładką zawieszoną nad głośnym strumieniem. Krok po kroku cała konstrukcja kołysze się coraz bardziej, a drewniane deski pojękują pod stopami. Strome, kilkudziesięciometrowe podejście wyciska ze mnie resztki energii. W końcu odnajduje dom, w którym miałem zatrzymać się przez najbliższe dni. Tym razem zdecydowałem się oddalić od miasta, wybierając nocleg w wiosce Cat Cat zamieszkałej przez jedną z grup etnicznych tego regionu. Materac na podłodze i koc w zupełności mi wystarczają, mając nadzieję, że być może uda mi się podejrzeć jak wygląda tutaj codzienne życie ludzi.

Prognoza pogody nie wyglądała optymistycznie. Jedyny pogodny dzień wypada dzisiaj. Choć nastawiłem się już na samotną wędrówkę po okolicy, rankiem udało mi się dołączyć do kilku osób, które wraz z lokalnym przewodnikiem miały ruszyć poprzez ryżowe pola i liczne wzniesienia. Tak jak i innych turystów, prowadzi nas młoda dziewczyna ubrana w tradycyjny strój. Choć czas bujnie porośniętych wzgórz minął w lipcu i tak cieszę się z przyjazdu tutaj. Trudno wyobrazić mi sobie, jaki trud wkładają rolnicy własnoręcznie uprawiając stromo położone skrawki ziemi i jaki obraz na okolicę wyłania się, gdy soczyście zielone źdźbła kołyszą się na każdą stronę. Być może będzie mi jeszcze dane to zobaczyć.

Mijając kolejne wioski słońce zbliżało się coraz bardziej ku horyzontowi. Myślałem, że po powrocie do domu wezmę prysznic i położę się do łóżka chcąc odespać zarwaną noc i wyczerpującą wędrówkę. Kolejna niespodzianka czekała tuż za progiem. Właściciel wraz ze swoją rodziną biesiadował w głównym pomieszczeniu i bez cienia zawahania zaprosili nas do siebie. Wspólna kolacja okazała się cenną lekcją wietnamskiej kultury. Nie było to tylko kolejne spotkanie bliskich przy winie ryżowym, ale święto, w którym rodziny wspominają swoich zmarłych przodków. Kiedy alkohol zaczął przemawiać przez właściciela domu, coraz trudniej było mi go zrozumieć. Nie mniej nauczyłem się całkiem sporo – wznosząc toast, aby okazać szacunek kieliszek powinniśmy opuścić. Podobnie jak przy witaniu się, im niżej opuszczona głowa, tym większy wyraz szacunku. Oprócz standardowych dań typowych do mocniejszych trunków, na stole w pewnym momencie pojawiła się dość specyficzna potrawa. Ponoć jej zjedzenie jest symbolem zaufania i zażyłości wobec drugiej osoby. Dla mnie pokazuje także, że człowiek potrafi zjeść wszystko i nadać temu znaczenie. Nie pierwszy raz wegetariański argument pozwolił mi grzecznie uciec od wątpliwej przyjemności spróbowania czegoś, co może przypominać misę zlewek powstałych przy uboju zwierzęcia. W niewielkim naczyniu drobne kawałki mięsa zmieszano z krwią i olejem. Brunatnoczerwone danie najwyraźniej nie jest niczym niezwykłym dla wietnamskiego podniebienia, gdyż wszyscy bez wyjątku raczyli się nim przez resztę kolacji.

Wędrówka do pobliskich wiosek i do miasteczka Sa Pa. Krajobraz wydawał się podobny, jednak za sprawą deszczu roślinność nabrała soczystości. W domu zostałem sam, nie ma gości poza mną. Mogę się skupić i pozbierać myśli, zastanowić się nad tym, co już zdołałem zobaczyć i co jeszcze mnie czeka. Bez medytacji, bez zbędnych pomocy. Tasuję kartoniki biletów, drapię ołówkiem w notesie.

 

Dzień 11.

Ponad 18-godzinna przeprawa autobusem do Hoi An. Czas minął całkiem szybko. Nadrobiłem wiadomości i najnowsze odcinki serialu, obejrzałem zdjęcia, poczytałem co mogę robić przez najbliższe dni. W nocy udało mi się nawet spać przez kilka godzin. Zza szyb autobusu obserwuję ulice Da Nang i popis mniej lub bardziej udanych rozwiązań architektonicznych.

Już od wyjścia z autobusu miałem wrażenie, że to miasto mi się spodoba. Zieleń, przyjemny cień, chodniki, po których można przejść, niewielki ruch na ulicach. Bez większego problemu docieram do hostelu znajdującego się w równej odległości między plażą, a starym miastem. Kilka dni temu miałem dylemat, gdzie powinienem się zatrzymać – czy zależy mi bardziej na obcowaniu z historią i kolonialną architekturą, czy na długich spacerach po plaży i kąpieli w morzu. Wydaje się, że znalazłem idealny kompromis. Nieschludnie rzuciłem bagaż i wolnym krokiem ruszyłem na plażę. Wszędzie staram się dotrzeć na piechotę, przez co nie muszę zastanawiać się, gdzie zostawić rower lub skuter i swobodnie zatrzymywać się w miejscach, które przyciągają moją uwagę.

Nie jestem w stanie po prostu leżeć na piasku i cieszyć się z nic nierobienia. Po kilku minutach spędzonych w towarzystwie niepokornych fal, spaceruję aż do zachodu słońca, obserwując zbieraczy owoców morza i nielicznych turystów popijających kolorowe koktajle. Plaża niczym się nie wyróżnia, przez kilka kilometrów podążają za mną te same widoki. Cień pod stopy rzuca palmowy las. Wyspy Cham konturem zaznaczają swoją obecność między wodą a niebem. W oddali wyłania się industrialny skyline miasta Da Nang.

 

Dzień 12.

Nie mogłem doczekać się, aby nareszcie wyruszyć do historycznej dzielnicy Hoi An. Jeszcze przed przyjazdem, wabiły mnie do niego opisy przewodników i wysokie pozycje w rankingach najlepszych miast, które trzeba zobaczyć będąc w tej części świata. Nie zawiodłem się. Choć ulice i świątynie wypełnione są przez licznych turystów, to i tak znajduję sobie wyimaginowaną przestrzeń, w której jestem tutaj sam. Przytulna żółć fasad starych kamienic przenika przez każdy zakamarek. Pomiędzy budynkami kwitną kolorowe krzewy, nadając miejskiemu przeciągowi przyjemną woń. Chodzę bez celu, aby zostać niespodziewanie zaskoczonym. Co krok wyłania się kolejna kolorowa ulica. Dziesiątki szerokich drzwi zapraszają do klimatycznych kafejek, w których można bez trudu przenieść się myślami w przeszłość.

Kolejno zerkam do rozsianych po całej starówce hal zgromadzeń i niewielkich świątyń. Wyznaczam kurs na wyspę An Hoi, aby z dystansu przyjrzeć się szeregom wesołych budynków. Uciekając od skwaru, przez dwie godziny popijam mrożoną kawę i w cieniu obserwuję życie ulicy. Przed przyjazdem do Wietnamu myślałem, że spiczaste bambusowe kapelusze noszą tylko turyści, którzy kupują je za kilka dolarów w sklepach z pamiątkami. Sądziłem, że to tylko stereotyp utrwalany na pocztówkach i w wojennych filmach. Bardzo się myliłem. Od rolników na polach, po lokalnych sprzedawców, wszyscy noszą tradycyjne nakrycia głowy spełniające także funkcję parasola, wachlarza, koszyka, a ponoć czasami nawet krzesła.

Popołudniowe godziny mijają bardzo szybko. Choć wiem, że krążę po ulicach, które już wcześniej widziałem, ciągle odkrywam nowe szczegóły. Miękkie światło wydobywa coraz wyraźniejsze odcienie kolorowych detali. Głód zaprowadził mnie w końcu do hali targowej. Można kupić w niej prawie wszystko – od owoców oraz warzyw, po pamiątki, elektronikę i artykuły codziennego użytku. W jej centralnym punkcie znajduje się strefa gastronomiczna prowadzona przez starsze kobiety. Siadając naprzeciwko prowizorycznej lady z kuchenką, mogę śledzić każdy ruch rąk, każde użycie noża, kolejny składnik, który trafia na patelnię. Prawie jak co dzień wybieram smażony makaron z warzywami. Choć to danie jest nieodłącznym elementem mojego jadłospisu, od dwóch tygodni nie spotkałem się jeszcze, aby dwie różne osoby przyrządziły go tak samo. Każda kucharka ma swój przepis, używa innych warzyw, dodaje inne przyprawy. Podobnie jak dzisiaj, w poprzednie dni także zatrzymywałem się na obiad w ulicznych restauracjach. Miejsca te na pewno nie wabią wyglądem, ale za niewielkie pieniądze można zjeść całkiem przyzwoity posiłek.

Czym byłoby zakończenie miłego dnia, bez kolejnej kawy? Ruszam do jednego miejsca, które wpadło mi wcześniej w oko. Wypicie dobrej kawy w Wietnamie nie graniczy z cudem i nie ma znaczenia, czy kupimy ją na ulicznym straganie, czy napijemy się jej w spokoju w kawiarni. Możemy za to spodziewać się mocnych wrażeń, bo używana tutaj Robusta ma bardziej wyrazisty aromat i zawiera więcej kofeiny niż Arabica, która jest bardziej popularna w Europie. Wietnam będący drugim największym producentem tych ziaren, uzależnił swoich mieszkańców od czarnego trunku i wypracował własną kulturę jego picia. Od świtu do nocy, w kafejkach i na ulicach, parzone są niezliczone ilości kawy. W prawie każdej kawiarni można znaleźć również jajeczną kawę, która tylko z nazwy wydaje się być pomylonym połączeniem. Do kawy nie dodaje się jajka samego w sobie, a ubitą piankę z żółtka i cukru. Jeszcze nie skusiłem się na filiżankę jajecznej kawy, ale pewnie to tylko kwestia czasu.

Czując zmęczenie powoli opuszczam starówkę zmierzając do hostelu. W mieście zostanę jeszcze kilka dni, więc z pewnością zobaczę jeszcze kolorowe iluminacje na głównych ulicach.

Świątynia Quan Cong. Most Japoński.

 

Dzień 13-17.

Powoli tracę rachubę czasu, bo nie pamiętam jaki dzień jest dzisiaj. Wszystkie wypełnia entuzjazm z niewielką domieszką niepokoju. Muszę zatem przebywać poza domem już dobrych kilka dni i nie mieć planu, aby wrócić w najbliższych tygodniach. Przez dwa kolejne dni właściwie nie ruszam się z hostelu. Wychodzę tylko na obiad i na targ, aby kupić owoce, których nie mam okazji jeść codziennie będąc w Polsce. Zmiana temperatury i wysokości, nieprzespane noce, całe dnie spędzone na nogach mogą zmęczyć organizm. Nawet nie staram się tłumaczyć przed samym sobą marnotrawiąc czas.

Spacery plażą i kąpiele w morzu przerywają siłą wplatające się w rajski pejzaż obfite ulewy.  Nie czuję się jak w podróży, ale jak na wakacjach i nawet nie sięgam do przewodnika, żeby sensownie zaplanować kolejne dni.

Dzień 18-20.

Dwanaście godzin w autobusie nie robi już na mnie żadnego wrażenia, tak samo jak ruch na ulicach Da Lat. Do położonego na ponad 1500 m n.p.m. miasta przyjeżdża sporo wietnamskich turystów, aby odpocząć na chwilę od skwaru doskwierającego w innych częściach kraju. Rzeczywiście, można odetchnąć tutaj rześkim powietrzem. Wieczorami robi się chłodniej i mieszkańcy nie stronią od zakładania zimowych kurtek oraz czapek. Mi w zupełności wystarczają krótkie spodenki i cienka bluza.

Od pewnego czasu zauważam pewną niepokojącą tendencję – pierwsze dni zapowiadają się słonecznie, natomiast przez następne ma padać deszcz. Co prawda prognozy nie sprawdzają się zawsze w stu procentach, ale wolę nie ryzykować. Zaraz po przyjeździe nie tracę czasu na aklimatyzację i ruszam odkrywać kolejne miejsca.

Rekonesans miasta, które mnie nie urzekło. Cieszę się, że mogłem chociaż przyjrzeć się kupieckiemu kolorowemu folklorowi rozciągającemu się na jednej z ulic przy jeziorze. Każdy rozkłada to, co udało mu się wyhodować, zebrać albo złowić. Wszystko kusi wzrok. Poukładane w kolorową mozaikę warzywa i owoce na tle niebieskich fasad budynków. Po drugiej stronie połyskujące w srebrnych misach ryby wyłowione nad ranem. Krok dalej przeraźliwie gdaczące kury ściśnięte w bambusowych klatkach. Nawet nikt nie zwraca na mnie uwagi, wszyscy zajęci są ważeniem, przeliczaniem banknotów, pakowaniem, wybieraniem.

Początkowo nie planowałem wyjazdu kolejką linową do pagody Truc Lam. Szukałem w sieci ciekawych miejsc, które mógłbym zobaczyć będąc w mieście, bez konieczności wynajmu skutera lub płacenia za taksówkę. Szybko przekalkulowałem, że uda mi się tam dotrzeć jeszcze przed tym, jak zrobi się ciemno. Choć przejechanie całej trasy trwa zaledwie kilkanaście minut, to same widoki pozostawiają w pamięci na długo. Jeszcze chyba nigdy wcześniej nie miałem okazji, aby móc podziwiać iglasty las unosząc się nad wierzchołkami drzew. Splecione gałęzie, kłębki igieł, dwuwymiarowość – jak na lekcji biologii analizowana przez mikroskop komórka żywego organizmu. Dalej pojawiły się pola uprawne ze schludnie uporządkowanymi grządkami. Czerwoną połać ziemi przykrywały wstęgi i owale zieleni. W samej świątyni dałem się odciąć od świata i zachłysnąć dymowi kadzideł. W drodze powrotnej nadal przeżywałem przejazd kolejką, tym razem skupiając wzrok na oddalone wzgórza.

Podczas tego pobytu w Da Lat nie udało mi się wejść na Langbiang, ani zobaczyć jednego z pobliskich wodospadów. Być może za szybko się poddałem zniechęcony wizją moknięcia w deszczu, ale przynajmniej mam powód, żeby tu jeszcze wrócić. Zaczynam się przekonywać, że nawet przy teoretycznie nieograniczonym czasie, muszę dokonywać wyborów i liczyć się z kompromisami. Nie zobaczę wszystkiego. Ale czy odwiedziłem wszystkie niesamowite miejsca w Polsce? Z pewnością pozostało mi wiele do zobaczenia, choćby nawet w moim mieście i okolicach. Zastanawiam się, czy istnieją jeszcze nieodkryte miejsca, których widok mogą podziwiać tylko nieliczni. Czy gdzieś przyjezdni nie postawili stopy? Czy autorzy przewodników i internetowych wpisów pominęli jakieś punkty na mapie? Pewnie mógłbym się nad tym zastanawiać godzinami i tropić całymi dniami oddalonych od głównych szlaków lokalizacji. Mogę też cieszyć się z obecności tu i teraz, poszukując wrażeń i piękna na swój sposób, choć nadal będąc jednym z wielu. Rozmawiając ze spotkanymi backpacker’ami wymieniamy się spostrzeżeniami, subiektywnymi opiniami, rekomendacjami. Nie rzadko nasze zdania stają w kontrze. Natura – miasto. Spacer – wspinaczka. Historia – zabawa. Każdy ma rację. Jeśli nie mamy zgodności co do ulubionego koloru, nie możemy oczekiwać, że pinezki na naszych mapach pojawią się w tych samych punktach.

Nadal mam trudności z postawieniem pierwszego kroku i zainicjowaniem rozmowy z osobami, którymi spotykam w hostelach i autobusach. Wolę być tym, do którego ktoś odzywa się pierwszy. Widzę, że to się zmienia, ale irracjonalny dystans nadal stanowi pewną przeszkodę. Właściwie każda pogawędka ma podobny przebieg. Pytania się powtarzają, jakby istniał jakiś ustalony kwestionariusz. Skąd jesteś, jak długo podróżujesz, gdzie już byłeś i dokąd następnie jedziesz… Rzadko ktoś chce poznać imię, i tak szybko się je zapomina. Sam zadaję te pytania i na nie odpowiadam. Od ponad trzech tygodni mimowolnie wyrabiam sobie gotowca, który za każdym razem wybrzmiewa automatycznie i praktycznie tak samo. Czy wkrótce w ogóle przestanę reagować? Słuchając osób podróżujących od roku, dwóch, trzech lat nadal słyszę ekscytację, jakby opowiadali o tym pierwszy raz. Zatem może tak się nie stanie.

Czasami zwykłe pogawędki przeradzają się w ciekawe konwersacje. Krążą wokół społecznych problemów i dylematów współczesnego świata. Pochodzimy z różnych krajów, dorastaliśmy w innych społecznościach, nosimy inny bagaż doświadczeń, jednak jako nomadzi „pokolenia Y” reprezentujemy podobne poglądy. Nasza wizja idealnego stanu rzeczy pokrywa się w większości jego aspektów. To nas do siebie zbliża. Stajemy się wobec siebie bardziej ufni i otwarci. Czujemy się częścią rozproszonej w przestrzeni i nieuwikłanej w zobowiązania wspólnoty.

Pamiętam, że w zeszłym roku podróżując po Tajlandii i Kambodży czułem się wykluczony z grona backpacker’ów. Choć nikt nie dał mi powodu, żeby tak myśleć, sądziłem, że moja trzytygodniowa wędrówka nie może się równać z trwającymi miesiące podróżami innych. Teraz wydaje mi się, że dołączyłem do tego grona – nie mam konkretnego planu podróży; nie wiem dokładnie ile będzie trwać i jakie miejsca zobaczę po drodze; zamierzam pracować, aby móc poczuć się częścią lokalnej społeczności. Być może nawet po kilku miesiącach uda mi się kogoś zainspirować i to ja zacznę przekazywać dobre rady. Kto wie.

 

Dzień 21-24.

W Da Lat nie znalazłem tego, czego szukałem. Na Ho Chi Minh było jeszcze trochę za wcześnie. Tak więc zmieniłem początkowe plany i spontanicznie wybrałem się do nadmorskiego Mui Ne. W autobusie przeczytałem najważniejsze informacje o miasteczku i zarezerwowałem jeden z najtańszych hosteli – cztery złote za noc.

Dla wielu obiekt pozostawiałby wiele do życzenia, jednak szybko da się o tym zapomnieć. Od morza hostel dzieli tylko wąska plaża. Wstając z łóżka można właściwie wskoczyć bezpośrednio do wody trzymając szklankę mrożonej kawy w ręku. Całe popołudnie chodziłem to w jedną, to w drugą stronę plaży chłodząc się co jakiś czas w morskich falach. Całkowity spokój, brak krzyków i uporczywych klaksonów. Tak miło nie angażować zbytnio umysłu.

Przekonuję się, że nocleg w bezpośrednim sąsiedztwie morza ma też swoje minusy. Załamujące się na brzegu fale nie pozwalają spać. W równych interwałach upominają się o atencję przekraczając przyjęte normy. To jak tortura dla zmęczonych słońcem oczu i spieczonych od słońca policzków. Jednoczesny huk i szum, raz za razem. Rozdrażnione uszy wyłapują każdy szmer, nawet odgłos przebiegających po suficie przyjacielskich gekonów.

Noc i tak miała być krótka, bo zdecydowałem się na szaleństwo, którego miarę zrozumie tylko ten, kto mnie poznał. Kładę się spać zawsze bardzo późno i co do zasady, kiedy nie muszę z przyczyn istotnych, nie wstaję wcześnie. Nawet jeśli tak się dzieje, próbuję się cucić przynajmniej dwoma kubkami mocnej kawy. Chyba zatęskniłem za bliskowschodnim krajobrazem bo postanowiłem wybrać się na białe i czerwone wydmy Mui Ne. O wschodzie słońca. O czwartej rano. Niewiele pamiętam z tego poranka, bo nie dostarczyłem organizmowi odpowiedniej dawki kofeiny na start. Na pewno było ładnie. Pamiętam też, że piasek był chłodny i wilgotny. Teraz tylko zdjęcia pozwalają mi wrócić do tego momentu. Zawsze wolałem widok zachodzącego słońca.

Udało mi się dojść do siebie stosując sprawdzoną kombinację kawy i papierosów. Oczy się otworzyły, a tętno przyspieszyło. Wracając z porannej eskapady zatrzymałem się w porcie rybackim, którego kulminacja działalności właśnie miała miejsce. Rybacy cumowali baniaste bambusowe łodzie, a handlarze rozstawiali swoje stanowiska jednocześnie przebierając połów. Wszelkie kolory ukrytych pod powierzchnią owoców znalazły się tuż na wyciągnięcie ręki. Ryby, skorupiaki i mięczaki stają się teraz towarem. Być może z porannego letargu wybudziła mnie też oryginalna woń unosząca się nad zatoką. To nie pierwszy dzień działalności portu. Wczorajsze, przedwczorajsze i wcześniejsze szczątki morskich stworzeń, porzucone i zapomniane dają teraz o sobie znać wpadając z powiewem bryzy do nozdrzy.

Z niedowierzaniem patrzyłem na wskazówki zegarka pokazujące nadal wczesną porę. Wydawało mi się, że dzień trwa znacznie dłużej niż zwykle. Udałem się do jednej z najciekawszych atrakcji jaką widziałem do tej pory, a którą pewnie pominąłbym, gdyby nie odręcznie narysowany plan okolicy w recepcji hostelu. Otóż gdzieś w gęstwinie zieleni przepływa płytki strumień, po którym można się przejść kilkaset metrów. Na początku sądziłem, że to dość banalne, ale gdy tylko poczułem orzeźwiający chłód wody i miękki piasek pod stopami od razu zmieniłem zdanie. Łobuzerskim krokiem powróciłem do tych momentów z dzieciństwa, kiedy największą atrakcją była zabawa w deszczowej kałuży. Tak jak wtedy, nie krępowałem się chlapać wodą na wszystkie strony i od czasu do czasu wesoło skoczyć na dwie stopy. Dziwnym trafem wszelkie złe myśli zeszły na drugi plan, bo liczył się kolejny krok. Do pewnego momentu oba brzegi strumienia porastała bujna roślinność, kiedy nagle po jednej z nich wyłoniło się ceglane zbocze, strome i kruche jak wydmy widziane jeszcze nie tak dawno. Samo przejście się strumieniem nie było zatem jedynym powodem, przez który ludzie tak chętnie tutaj przychodzą. Fantazyjna formacja ciepłych barw przenikała przez tropikalną zieleń i wyjątkowo intensywnie niebieskie niebo. Nie wiedząc kiedy, znaki kazały zawrócić bo spacer po wodzie mógłby wkrótce skończyć się kąpielą w mulistym bagnie. Droga z powrotem cieszyła tak samo.

 

Dzień 25.

Ostrzegano mnie, że Ho Chi Minh to chaotyczny moloch. Pokonanie niewielkiego dystansu pochłania dużo więcej czasu niż zwykle, bo na każdym kroku czyha jakaś pułapka. Nie jest łatwo przedrzeć się przez rzekę samochodów i skuterów na drugą stronę ulicy. Nawet na chwilę nie mogę stracić czujności, gdyż wiąże się to z katastrofalnymi skutkami. Miasto próbuje mnie zdominować. Spokojne dni na prowincji uśpiły zmysły. Na nowo muszę zacząć uważać na niebezpieczeństwa skrywające się w miejskiej dżungli.

Im dalej od nowoczesnych budynków, tym wici miejskiego potwora stają się gęstsze. Pajęczyna wszelkiego rodzaju drutów i kabli plącze się tuż nad głową, kłębi na każdym słupie i rogu budynku. Kokony wydają dziwny dźwięk, jakby wysokiego natężenia. Na kogo poluje to mroczne stworzenie? Czy ukryło się w jednym z ciemnych zaułków, w którym nawigacja traci zasięg, czy podziało się w stercie śmieci wysypanej niechlujnie na krawężniku ulicy? Obyśmy nigdy nie spotkali się oko w ślepię.

Wysokie wieżowce jak korona osiadły na starych, kolonialnych budynkach miasta. I choć można dostrzec je z każdego punktu, chciałem popatrzyć na nie z dystansu i ująć je w jednym kadrze. Wyruszyłem w poszukiwaniu idealnego miejsca. Kierując się głównie szczątkowymi opiniami znalezionymi w internecie dotarłem w okolice mostu Thu Thiem przebiegającym nad rzeką Sajgon. Przez mglisty smog na szklane miasto spoglądałem nie tylko ja. W prowizorycznej kawiarni nad brzegiem rzeki przesiadywała garstka osób. Miałem dziwne wrażenie, że patrzyli na wysokie budynki, jak na obiekty dla nich niedostępne, do których dotrzeć mogą tylko nieliczni – wybrańcy lub szczęściarze. Wielkie miasta w tej części świata ujawniają ogromną przepaść między bogatymi a biednymi. Co prawda wszędzie można dostrzec te różnice, ale czy w tak skrajnym stopniu? Nie spotkałem się chyba ani razu z bezdomnym, albo osobą proszącą o pieniądze, jednak widok mieszkalnych szop wzdłuż rzecznych kanałów dosadnie pokazał, jak żyje duża część społeczeństwa. Kilka dni temu dowiedziałem się, że niedaleko Londynu w ciężarówce znaleziono kilkadziesiąt ciał wietnamskich obywateli próbujących nielegalnie przedostać się do Anglii. Niewiele godzin później przeczytałem kolejny artykuł – polskie służby zatrzymały na granicy grupę Wietnamczyków, na szczęście tym razem nie musiano identyfikować zwłok. Wszystkie te informacje w połączeniu z widzianymi na własne oczy kontrastami nie pozostawiły mnie obojętnym. Na zawsze wryły się w pamięć.

Po zmroku myślałem tylko o tym, aby zmyć z siebie oddech chaotycznego miasta. Nie miałem już siły, a przede wszystkim woli, aby wracać na piechotę. Taksówka-skuter zawiozła mnie do hostelu.

 

Dzień 26-27.

Nie mogłem sobie odpuścić rejsu po delcie Mekongu. Barwne ujęcia wiosek i pływających targów, które jeszcze nie tak dawno widziałem w spotach promocyjnych, skutecznie zachęciły mnie do odwiedzenia okolic My Tho i Can Tho. Szybko się przekonałem, że na te kolorowe obrazy musiał zostać nałożony jakiś filtr.

Przyjazd tutaj przypomniał mi o docenieniu tego, co dostałem właściwie za darmo. Zaliczam się do grona tych szczęściarzy, którzy mogą żyć, a nie codziennie walczyć o przetrwanie. Tak właśnie myślałem widząc podpływające liche łódki, z których sprzedawcy wydawali za grosze owoce i warzywa. Nie dostrzegłem kolorów.

Nad brzegiem Mekongu można spróbować wszelkich smaków odwiedzając przeróżne lokalne przetwórnie. Wytwórnia miodu, kokosowych cukierków, makaronu ryżowego, a nawet alkoholu z kokosa. Najbardziej zaskoczyły mnie jednak potrawy z krokodyli i szczurów. Co prawda takie dania pojawiają się w menu wielu restauracji, ale nigdy nie są przygotowywane na oczach gości. Tutaj można się natomiast ponieść fantazji i zamówić najbardziej nietypowe potrawy. Nigdy nie przekonam się jak smakują, ale chyba tak naprawdę nie chcę.

My Tho. Pływający targ w Can Tho. Pagoda Vinh Trang.

 

Dzień 28.

Ho Chi NIE! Tak myślałem o tym mieście po naszym pierwszym spotkaniu. Postanowiłem dać mu drugą szansę, a właściwie dałem ją samemu sobie łudząc się, że być może dłuższe zwiedzanie miasta wpłynie pozytywnie na jego ogólną ocenę. Mniej więcej z częstotliwością co drugiej ulicy zmieniałem zdanie – podoba się, nie podoba. Wytężam siły w wypatrywaniu zachwytu. W betonowych szczelinach wyszukuję autentycznej przeszłości. Nic nie jest oczywiste.

Ślady francuskiej obecności widoczne są nie tylko w architekturze. Popularnym fast food’em w każdym miejscu w Wietnamie są bagietki z dowolnymi dodatkami – najpopularniejsze są kanapki z wieprzowym pasztetem lub z jajkiem. Nie ukrywam, że kilkakrotnie w ten sposób stłumiłem głód, choć aby stać się całkowicie sytym musiałbym zjeść ich co najmniej trzy.

Podążając zaplanowanym wcześniej szlakiem i zatrzymując się na moment przy głównych atrakcjach, dotarłem w końcu do Pagody Nefrytowego Cesarza. Oddalona od centrum starego miasta, być może nie jest architektoniczną perłą, jednak coś mnie w niej urzekło. Oddani modlitwie wierni rozpalają kadzidła przed ołtarzami. Składają ręce, klękają, wyszeptują modlitwy. Na każdego kładzie się cień rozłożystego, starego drzewa. Mam wrażenie, że nie wypada mi robić zdjęć. Niedosłowna energia wypełnia to miejsce.

Targowisko Ben Than. Pałac Zjednoczenia. Katedra Notre Dam. Poczta. Opera. Pagoda Nefrytowego Cesarza. Kościół Tan Dinh.

 

Dzień 29-30.

Lot z Ho Chi Minh do Hanoi, który zarezerwowałem kilka tygodni temu został odwołany. Miałem polecieć następnym. Nowy lot z kolei był opóźniony o ponad trzy godziny. W końcu udało się dotrzeć do punktu wyjścia.

Po mieście chodzę bez zobowiązań, jakbym był tutaj nie raz. Ulice wydają się być spokojniejsze niż te, które zapamiętałem. W głowie robię podsumowanie miesięcznego pobytu pijąc tradycyjną wietnamską kawę z jajkiem, a właściwie z jajeczną pianką przypominającą kogel-mogel. Pierwsze dni nie wskazywały, że czas będzie gnał tak szybko, a nagle już koniec. Czy chciałbym zostać tutaj dłużej? Na pewno w niektórych miejscach, ale trzydzieści dni zupełnie mi wystarcza. Chyba wolę powoli już myśleć o tym, co mnie czeka w Laosie.

Trasa:
Hanoi (Ninh Bihn, Ha Long) – Sa Pa – Hanoi – Hoi An – Da Lat – Mui Ne – Ho Chi Minh (My Tho, Can Tho) – Hanoi

Podsumowanie kosztów podróży:
– wiza: 100 zł
– transport: 480 zł (autobusy oraz lot SGN-HAN)
– noclegi: 370 zł
– wyjazdy i wejściówki: 500 zł
– pozostałe: 920 zł
TOTAL: 2370 zł / 30 dni

Do kosztów podróży nie wliczałem przelotu z Polski oraz ubezpieczenia, gdyż są częścią całego „projektu”.


%d blogerów lubi to: